Twórcy określają swój film elegancko z angielska „spiritual thriller”, bo to „historia, która przekracza granice wyobraźni”. Na warunki polskie jest to megaprodukcja. Kosztowała 24 miliony, z międzynarodową obsadą i bogatymi efektami specjalnymi.

Marszałek Województwa Wielkopolskiego Marek Woźniak (PO) sądzi, że film „uwiedzie widzów”, a reżyser Łukasz Barczyk, że jest tak piękny, że można go „jeść łyżeczką” tzn. delektować się nim. Zanim wyrażę swoją opinię, odpowiem na bardziej podstawowe pytanie.

Czy Marszałek Województwa powinien angażować się w produkcje filmowe?

Moim zdaniem z dwóch powodów ani Marszałek, ani instytucje podległe co do zasady nie powinni. Po pierwsze, ze względów finansowych, po drugie, ze względu na ograniczone doświadczenia i możliwości w realizacji filmów, tym bardziej superprodukcji. Mimo tych zastrzeżeń, dla powstania wielkopolskiego można było zrobić wyjątek. Postawiłbym jednak sprawę jasno. Marszałek podejmując wyzwanie, a jednocześnie osobiście nadzorując produkcję oraz ignorując obawy dotyczące reżysera i scenariusza, uczynił z filmu swój autorski projekt.

O czym, dla kogo i jaka jest „Hiszpanka”

Na te pytania twórcy odpowiadają w zależności od oczekiwań. Raz słyszymy, że to film o powstaniu, innym razem, że jedynie zainspirowany wielkopolską insurekcją. Padają także deklaracje, że powstanie jest tylko tłem. Jeśli tak, to po co urządzać premierę 27 grudnia, a na stronie filmu reklamować: „Hiszpanka to opowieść o kluczowych dla wybuchu Powstania Wielkopolskiego zdarzeniach – dramatycznych okolicznościach przybycia do Poznania Ignacego Jana Paderewskiego, i o ludziach, którzy przygotowywali powstanie, a potem w nim walczyli i zwyciężyli.” Jeśli powstania w filmie jest niewiele, ryzykowne może być przekonanie Marszałka, iż widzowie uwierzą, „że powstanie wielkopolskie, to wspaniała historia nas wszystkich, wszystkich Polaków”.

Film nie spełnia także innego z oczekiwań – nie jest klasyczną produkcją popkulturową. Fabuła dzieła wydaje mi się dziwaczna. Ukazać powstanie wielkopolskie przez pryzmat seansu spirytystycznego, majaków w tytułowej grypie-hiszpance oraz zabawki jojo jest zabiegiem oryginalnym, ale czy rzeczywiście dla masowego odbiorcy? Nie jestem także przekonany, że młodsi widzowie wychowani na magicznych, ale spójnych światach z „Hobbita” i „Harrego Pottera” docenią artystyczną głębię i teatralność „Hiszpanki”. A czy film da się polubić? Momentami tak, bo mogą się podobać fragmenty, gdy reżyser odchodzi od groteskowych postaci jasnowidzów, hipnotyzerów i teozofów, a pokazuje Poznań z epoki, samo powstanie i powstańców. Trailery wypadają lepiej niż film. Obrazy są lepsze niż fabuła: piękne kobiety, efektowne samoloty, stylowe kostiumy.

Czekamy na werdykt

Jest pewne podobieństwo między „Hiszpanką”, a nowym-starym logo i hasłem „Poznań, miasto know-how”. W obu przypadkach rozumiem intencje twórców („chcemy być nowocześni”, „chcemy być cool”), ale realizacje uważam za nieudane. W „Hiszpance” oryginalność przysłoniła przesłanie, spirytyści powstańców. Film nie oburza, a rozczarowuje. Ale uważam także, że w megaprodukcjach za publiczne pieniądze, jedynym sędzią są widzowie. Jeśli wydadzą pozytywny werdykt, a to wypadkowa liczby i opinii widzów w kinach, gratulacje za odwagę i sukces dla Marszałka. Jeśli nie, powinien wziąć za niepowodzenie odpowiedzialność.

dr Bartłomiej Wróblewski, dyrektor Instytutu Prawa SWPS w Poznaniu, radny Sejmiku Wielkopolskiego.