Ida” idzie po Oscara. I nie wątpię, że ma spore szanse na statuetkę. Sprzedaje bowiem nasz najlepszy produkt eksportowy – prapolski, wyssany z mlekiem matki, nieprzemijający antysemityzm.

Świat uwielbia nam zarzucać nienawiść do Żydów, ale jeszcze bardziej uwielbia, gdy sami o niej głośno mówimy i czynimy ją bezdyskusyjną. Jeśli do tej tematyki bierze się Pasikowski, to otrzymujemy „Pokłosie” – kiczowaty obrazek będący pokolorowanym teledyskiem propagandowym, z kiepsko napisanymi rolami i polskopodobnym landszaftem. Ale Pasikowski to filmowiec przygodowy, facet od kryminałów i tak naprawdę lubiący kraj, w którym kręci filmy. Można mieć pretensje o scenariusz, o generalizację zdarzeń, o wydumany finał, ale w „Pokłosiu” reżyser opisuje coś, jakieś zjawisko, jakieś wydarzenia, które chce opowiedzieć, w zasadzie nie troszcząc się o to, czy są prawdziwe. A jeśli tak, to na ile.

Twórca „Idy” natomiast zrobił film z zaciśniętymi pięściami i zaciętymi ustami o kimś. To więcej niż film, to cała precyzyjna, mistrzowska machina, to emocjonalny walec. Wszystko w tym filmie gra, wszystko ma swoje znaczenie i wszystko jest przeciw widzowi.

Głównym aktorem filmu jest polska brzydota. Podłe czyny muszą wszak mieć stosowną oprawę. Zatem film ze szczegółami pokazuje szpetotę. Jest ona wszędzie. Wylewa się z ekranu i cuchnie. Brudne i brzydkie są ulice, ściany mieszkań, drogi, rury kanalizacyjne, fugi między kafelkami, paznokcie, knajpy, szyby w oknach. Odrażające są szpital, posadzka w kościele, plebania. Ohydny jest dom sprawców mordu, ohydny jest sam morderca, ma rzadkie, tłuste i zmierzwione włosy, zepsute zęby i brudne ręce. Ma obleśną i grubą żonę. Bohaterka – sędzina, obrzydliwie smaruje chleb i wstrętnie cuchnie wódą (to osiągnięcie multimedialne filmu). Widoczna w każdym narożniku ekranu brzydota poraża, a z czasem męczy. I na tak rozmiękczoną recepcję nakładany jest właściwy przekaz filmu. Ten naród mieszkający w tym obrzydliwym kraju jest tak brudny jak ten kraj.

Przekaz jest silny i precyzyjny. Stalinowska oprawczyni pije, bo ma zapewne wyrzuty sumienia (oj, niesforna była w przeszłości), młoda mniszka jest głupiutka (zapewne tak urobiona przez zakon) i mimo ciągłych modlitw oraz wieloletniej formacji musi się puścić z muzykiem, bo kino na to pozwala. Muzyk wesołek to powiew innego świata. Tego, który nie będzie wiedział, że jesteśmy winni zagłady. A nawet jeśli się o tym dowie, to się nie przejmie. A chłop morderca filmowany jest jak bydlę, ale takie bydlę „ogólnopolskie” (jak milicjant, karczmarz, prokurator czy amanci z dansingów). Bo film mówi o tym, że właśnie jesteśmy winni. Można robić filmy z sympatii i miłości do ludzi, do świata, ale można też użyć znakomitego warsztatu filmowca, aby zrobić film z nienawiści. I taka – w mojej ocenie – jest „Ida”.

I nie polemizuję tu z tłem faktograficznym, ale boję się takiego pokazywania świata. Film – moim zdaniem – został nakręcony w złej wierze, jest arcydziełem mającym urazić, opluć, zranić. W tej realizacji nie ma współczucia dla Żydów ani sympatii do narodu wybranego. Zdaje się, że on autora w ogóle nie obchodzi. To tylko pretekst, aby pokazać nasze odwieczne i nieuleczalne narodowe zło.

Obraz niczego nie wyjaśnia, lecz rzuca w twarz widzowi:

„Jesteś kanalią”.

Przez samo to, że obejrzałem ten film, poczułem się gorszy i upokorzony. Odnosiłem wrażenie, że twórca chciał mnie uwalać jakimś swoim kompleksem, jakimś swoim brudem, czymś, z czym sam nie daje sobie rady. Kupowałem bilet na film, a nie na seans o czyjejś terapii. „Ida” od początku do końca jest o triumfie zła. I myślę, że amerykańska Akademia Filmowa to kupi, a przynajmniej doceni. Obraz zrobi zapewne jeszcze większą karierę, odniesie sukces, posypią się nowe propozycje. Następne dzieło będzie już o prześladowaniu homoseksualistów, a kolejne o księżach pedofilach. Będą produkcje o Polakach-kundlach. Wszystkie pewnie będą tak samo kąsać.

Felieton ukazał się w jednym z sierpniowych numerów tygodnika „w Sieci”


Przypominamy Państwu, że felietony prof. Aleksandra Nalaskowskiego znajdą Państwo co tydzień w tygodniku „w Sieci”. Także w najnowszym, świątecznym wydaniu. Serdecznie polecamy!