Antyfeministycznie, antykomunistycznie i prokatolicko. "Obce ciało", czyli Krzysztof Zanussi ostentacyjnie uderza w lewicowe dogmaty. [RECENZJA]

materiały prasowe
materiały prasowe

Krzysztof Zanussi poszedł swoim najnowszym filmem mocno w prawą stronę. Jest antyfeministycznie, antykomunistycznie i bardzo prokatolicko. Należą się twórcy brawa za łamanie lewicowej poprawności politycznej. Szkoda, że momentami film jest strasznie łopatologiczny i zbyt dosłowny.

Oglądając „Obce Ciało” trudno nie wierzyć zapewnieniom Zanussiemu, że feministyczne lobby blokowało dofinansowanie filmu z PISF. Rację ma Krzysztof Kłopotowski pisząc, że autor „Barw ochronnych” czy „Roku spokojnego słońca” wziął głęboki oddech i wypalił, co o tym wszystkim myśli. A myśli, pisząc delikatnie, nie najlepiej o rugowaniu religii z przestrzeni publicznej, bezduszności i pustce korporacji oraz w braku rozliczenia ze zbrodniami komunizmu. Zanussi chciał też podsumować tym filmem kondycję współczesnej Warszawy, która śni nie swój sen o potędze metropolii oderwanej od „zacofanych” wartości. Jednak twórca „Iluminacji” nie zagłębia się w analizę polskiej duszy, usilnie odrywanej od tradycji przez wszelkiej maści „naprawiaczy świata”. Zanussi przekazuje o wiele bardziej uniwersalną opowieść o zderzeniu się płycizn świata korporacji z głębią chrześcijaństwa.

Angelo (Riccardo Leonelli) i Kasia ( solidna Agata Buzek) poznali się we Włoszech w grupie modlitewnej. Kasia w przeciwieństwie do Włocha ma wątpliwości czy chce spędzić życie z ukochanym mężczyźną, czy woli raczej poświęcić życie Bogu. Wraca więc do Polski, gdzie próbuje odnaleźć się w zakonie. Angelo by być bliżej ukochanej przyjmuje posadę w międzynarodowej korporacji w Warszawie, gdzie jednak czyhają na niego dwie wampirzyce: Kris ( kolejna dobra rola Agnieszki Grochowskiej) i Mira (bezbarwna jak zwykle Weronika Rosati). Kris pragnie posiąść niedostępnego i zaobrączkowanego różańcem Angelo, niczym Demi Moore Michaela Douglasa we „W Sieci”. Ten jednak nie zamierza się złamać pod obcasem „zimnych suk” z korporacji, które zrobią wszystko by pokazać wyższość lewackiej transgresji nad „zacofanym” katolicyzmem.

Liberalni krytycy filmowi zarzucają Zanussiemu zbyt czarno-białe ujęcie świata. Oto mamy twardego i niezłomnego katolika, który potrafi przejść nawet tortury z rąk ruskich kryminalistów, nie wyrzekając się swoje wiary. Z drugiej strony prześladowcami są kroczące po trupach kobiety, które nie mają oporów by sprzedawać swoje ciała w imię kariery, nazywając jawną prostytucje „wyzwoleniem”. Mimo szlachetnych intencji rzeczywiście momentami Zanussi ciosa wszystko zbyt grubo. Subtelny intelektualista z „Barw ochronnych” gubi się w topornym dialogu ateisty z niedoszłą zakonnicą, czy słabo wyłożonym monologu płynącym z ust komiksowo złej korporacyjnej hieny o „trendy” imieniu Kris. Tam, gdzie czołowy przedstawiciel kina moralnego niepokoju mógłby przypomnieć o wielkości polskiej szkoły filmowej, dostajemy pogadankę nie znoszącego sprzeciwu starego moralisty, któremu nie chce się nawet wysilić wysilać. Choć walcujący dogmaty napuszonej lewicy Zanussi powinien wzbudzać zachwyt każdego konserwatysty, to jednak sposób w jaki reżyser opakowuje główne tezy filmu pozostawia spory niedosyt.

Z drugiej strony Zanussi przypomina o swoim talencie w finale filmu. Wręcz perwersyjny jest montaż scen z dwiema głównymi żeński bohaterkami. Oto mamy zaślubimy niepoprawnie szczęśliwej niewiasty z Bogiem oraz żałosne biczowanie męskich prostytutek przez cierpiącą korporacyjną hienę. Bezgraniczna miłość i absolutne oddanie Stwórcy są zestawione z pustką mechanicznego seksu osoby, dla której złotym cielcem jest awans w „korpo”. Nie mniej istotne jest nakreślenie istoty zła Kris, która została wychowana przez komunistyczną sędzię Różę Nilską ( Ewa Krasnodębska). Zanussi w tym ciekawym wątku pokazuje jakim złem był brak rozliczenia czerwonych siepaczy, którzy moralną karłowatość niczym najgorsze geny przekazali swoim dzieciom. Czy czołowy moralista polskiego kina mówi, że nieukarane zło rodzi zło jeszcze większe?

Szkoda, że Zanussi nie pokusił się w filmie o większą dawkę ironii. Zabawna jest scena, w której Angelo kpi z Kris nakazującej mu zdjąć z palca różaniec, oznajmiając jej, że jest… muzułmaninem, któremu nie powinno się odmawiać praktyk religijnych. Nieraz szyderstwo o wiele skuteczniej zrywa maski z obłudnego oblicza piewców tolerancji niż najbardziej słuszne, ale pałkarskie moralizatorstwo.

Mimo wielu zarzutów, jakie mam do konstrukcji „Obcego ciała” ( warto odczytać tytuł w kontekście wcale nie jednoznacznej końcówki filmu), chylę czoło przed Krzysztofem Zanussim, który wbrew swojemu środowisku zrealizował wizję kompletnie niepoprawną politycznie. Widać, że autor „Życia jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową” zrobił swój międzynarodowy film ( niemal cały po włosku i angielsku) z potrzeby serca i bez wyrachowania. W końcu ktoś odważył się głośno wykrzyczeć, że katolik powoli staje się na zdezelowanym moralnie świecie personą non grata.

Autor

Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...