Jedną z kanonicznych tez lansowanych na studiach filologicznych przez postmodernistycznych badaczy była teza o końcu powieści. Inną była o końcu podmiotu.

Pisano eksperymentalne książki, których formalna oryginalność skrywała pustkę treści, ale wytwarzano presję, aby koniecznie czytać te dzieła, ponieważ ich znajomość, czyniła  z czytelnika człowieka „wyższej’ kultury, członkiem wtajemniczonym w „nowoczesne” trendy, członkiem „lepszego towarzystwa”. Naszą kulturą rządzi, na szczęście z coraz mniejszą skutecznością, mechanizm rozdawnictwa prestiżu. To mechanizm, który żeruje na kompleksach Polaków wobec narodów Zachodu, umiejętnie „uprawiany” przez media zdominowane przez miłośników „nowoczesności”.

Warunkiem dobrej reklamy książki w mediach mainstremowych jest oczywiście wątek prześladowania homoseksualistów, a jeśli książka jest historyczna, to rzecz jasna krytyczny stosunek pisarza do polskiej historii. Przedstawia się Polaków jako nację wyjątkową w sensie negatywnym, a ona nie różni się zasadniczo w niczym od narodów, których historia była podobna. Wystarczy przywołać Irlandczyków. Wytwarzane w celach politycznych i ideologicznych projekcie kulturowe to jedno, a potrzeby normalnych ludzi ceniących tradycyjną powieść z przejrzystą narracją to druga rzecz. Harold Bloom, wybitny amerykański krytyk literacki ale przede wszystkim myśliciel, zwrócił uwagę na istnienie w człowieku czegoś, co nazwał „podpiwniczeniem duszy”. Jest to dziedziczone uposażenie, często nie uświadamiane, związane z naszą osobistą historią, historią naszych rodzin uwikłanych z dziejowość narodu, w szerzej świata. Narracja czyli powieść służy rozpoznaniu tego głębokiego zanurzenia w historii a to zrozumienie czyni z człowieka świadomego uczestnika „tu i teraz”, daje mu mocną tożsamość. Mam nadzieje, że na dłuższą metę człowieka nie da się oszukać. Ta potrzeba rozpoznania własnej tożsamości, wraca przynajmniej u tych wrażliwszych i inteligentniejszych, którzy stanowią elitę. O tym, że poważna powieść historyczna nie umarła, i że czytelnik „walczy” o swoją mocną tożsamość, w czasach w których lewacka kultura chce mu ją odebrać, świadczy popularność książek Elżbiety Cherezińskiej. Powieściopisarstwo pisarskie Elżbiety Cherezińskiej należy bowiem do jednych z najciekawszych fenomenów polskiej kultury ostatnich lat. Dzięki jej „Legionow”i (2013) Brygada Świętokrzyska, bohaterska formacja Narodowych Sił Zbrojnych, wyszła z cienia niepamięci. Przede wszystkim jednak pisarkę (i – na szczęście – jej licznych czytelników) interesują czasy piastowskie.

Jej cykl o początkach państwa składa się z trzech potężnych tomów. W 2010 roku ukazała się „Gra w kości”, osadzona w realiach początku drugiego tysiąclecia, zjazdu gnieźnieńskiego i planów sojuszu Bolesława Chrobrego z cesarzem Ottona III. Dwa lata później powstała „Korona śniegu i krwi”, której fabuła osnuta jest wokół próby odbudowy państwowości przez Przemysła II po okresie rozbicia dzielnicowego. Niedawno do księgarń trafiła „Niewidzialna korona” o czasach Władysława Łokietka. I to jeszcze nie koniec.Dlaczego warto te książki czytać i o nich rozmawiać Żaden powód nie byłby wystarczająco przekonujący, gdyby to nie były powieści dobrze napisane.

Owszem, lektura wymaga uwagi, galeria postaci jest rozległa, niektóre rozpoczęte wątki powracają po kilkuset stronach. Czytelnik ma jednak przez cały poczucie przebywania w świecie starannie skonstruowanym, z wiarygodnie przedstawionymi detalami historycznymi, skomplikowanymi postaciami i wciągającą fabułą. A wszystko to podane za pomocą konsekwentnie stosowanej stylizacji: pisarka posługuje się językiem z lekka archaizowanym, nieco podniosłym, ale nigdy nie koturnowym. Po powieści Cherezińskiej warto sięgać jednak nie tylko ze względu na walory literackie (a jest pisarstwo warsztatowo znakomite). Myślę, że jej cykl stanowi naturalne uzupełnienie „Dziejów Polski” Andrzeja Nowaka, których pierwszy, potężny tom zatytułowany jest „Skąd nasz ród” ukazał się przed kilkoma miesiącami. Oboje – powieściopisarka i historyk – postanowili opowiedzieć historię od początku, od wielkiego cywilizacyjnego przedsięwzięcia, jakim było stworzenie zrębów państwa. Nawiązują przy tym do starych, ale – jak widać – ciągle aktualnych i atrakcyjnych tradycji. To przecież w dziewiętnastym wieku wybitni historycy (by wspomnieć choćby Karola Szajnochę) pisali dzieła oparte na źródłach i zgodne z najnowszą wiedzą, a jednocześnie czytane przez wszystkich. Podobnie było z powieściami o dawnych dziejach, by wspomnieć monumentalny cykl Józefa Ignacego Kraszewskiego. Oczywiście, rzecz nie w tym, by współczesnych autorów nobilitować poprzez porównania z ich poprzednikami z czasów zaborów. Najważniejsze, że powrócił fenomen powszechnego zainteresowania dziejami państwa (a więc także jego charakterem, miejscem na mapie Europy, wyzwaniami) i że znaleźli się autorzy zdolni na tę potrzebę odpowiedzieć wartościowym pisarstwem. O jeszcze jednym skutku, jaki niesie niezwykła popularności cyklu Cherezińskiej, warto wspomnieć. Jej książki wydaje poznańska oficyna Tadeusza Zyska, a można odnieść wrażenie, że Wielkopolska współcześnie znalazła się w jakiś przedziwny sposób na marginesie spraw polskich. O znaczeniu np. Powstania Wielkopolskiego czy Czerwca 56 mówi się półgębkiem, to ciągle elementy tradycji lokalnej, a nie ogólnopolskiej. O wkładzie Wielkopolan w dzieje polskiej literatury i sztuki też wspomina się raczej rzadko. Prymitywny praktycyzm, przejmowanie wzorów kultury niemieckiej, wąskie horyzonty i interesowność – kto wie, czy nie te cechy są przez mieszkańców innych regionów Polski kojarzone z Wielkopolską.

Tymczasem Cherezińska przypomina, że w pierwszych wiekach to tu działy się sprawy dla państwa i narodu najważniejsze, to tu przebiegała linia cywilizacyjnego sporu między światem słowiańskim i germańskich, pogańskim i chrześcijańskim. Może jednym ze skutków lektury tego powieściowego cyklu będzie także lepsze zrozumienie samych siebie przez Polaków mieszkających na Wartą.