Wraz ze zbliżaniem się komunizmu walka klasowa się nasila, takie nasunęło mi się skojarzenie po lekturze wakacyjnego wydania miesięcznika „Odra”, w szczególności omówienia dwóch tomów poezji. Ale o poezji za chwilę. Wychodzące we Wrocławiu pismo, wydawało się zachowywać jakiś dystans wobec „Wojny w kulturze”, opisując to, co się dzieje, z różnych pozycji poznawczych. Ale to się skończyło.

Nie wiem czy to dlatego, że prof. Zygmunt Bauman upodobał sobie Wrocław jako miejsce gościnnych występów? Najpierw Kongres Kultury Polskiej, potem „głośny” wykład na Uniwersytecie Wrocławskim. W 2013 roku prof. Bauman został laureatem nagrody „Odry”. Ciekawe czy istnieje związek między tymi występami a upadkiem standardów intelektualnych w tym niegdyś szacownym miesięczniku.

Upadek standardów oznacza zamianę: analiza i próba zrozumienia zjawisk zostaje zastąpiona przez ideologizowanie, niszczenie inaczej myślących, stygmatyzowanie. Publicysta zaczyna się upodabniać do chińskiego hunbejwina.

A takie zdolności do bycia hunbejwinami ujawniło dwoje autorów „Odry” Joanna Orska i Przemysław Witkowski. Piszą o poezji, zatem wydawać by się mogło, że są osobami szczególnie predestynowani, aby być otwartymi, empatycznymi, rozumiejącymi innego, ceniącymi literaturę, która „przepracowuje traumę”, ceniącymi inność, odmienność. Te wszystkie wymienione rzeczy, charakterystyczne dla „liberalnej”, „oświeconej” elity, błyskawicznie znikają, gdy ktoś deklaruje przywiązanie do polskiej tradycji romantycznej, lub co gorsza nie daj boże, że jest wierzącym katolikiem. A takie „alergiczne” dla naszych krytyków deklaracje złożyło w swoich książkach poetyckich dwóch autorów: Przemysław Dakowicz i Wojciech Kudyba. Pierwszy jest przywiązany do polskiej romantycznej tradycji, drugi też jest przywiązany i jest jeszcze katolikiem i nie ukrywa tego pisząc wiersze. Zgroza!

I jaka była reakcja krytyków? Zdaje się że duch majora Baumana wstępuje we wrocławskie klony chińskich hunbejwinów, podobnie jak Duch Święty w Kudybę, którego stara się ośmieszyć Przemysław Witkowski. Inaczej nie mogę tego wyjaśnić. I jeśli mam wybierać, to wolę mimo wszystko Ducha Świętego Kudyby, gdy poeta podziwia stworzenie niż ducha majora Baumana.

Problem z tym, że to są bardzo dobre poetyckie książki : „Teoria wiersza polskiego” Przemysława Dakowicza (2013) i „W końcu świat” Wojciecha Kudyby (2014). Dakowicz i Kudyba, to silne osobowości znakomici poeci i subtelni intelektualiści. Obydwa tomy to poważne propozycje artystyczne. Nie jestem w tym odczuciu odosobniony, podobnego zdania są np. Tomasz Burek widzący w „Teorii…” świetne ponowienie tradycji „Czarnego poloneza” Kazimierza Wierzyńskiego czy prof. Maciej Urbanowski piszący o tym samym tomie: „Teoria wiersza polskiego to poetycki traktat o naszej najnowszej historii i zarazem medytacja o narodowych obowiązkach poezji. A raczej o ich związku, o związku krwi i atramentu, ciała i litery jako szczególnego etosu polskiej liryki”. I głównie o tę krew poszło Joannie Orskiej, piszącej że jest ona (ta krew bohaterów) nazbyt prawicowa, nazbyt historyczna, nazbyt makabryczna (i jeszcze to zdjęcie na okładce książki, ze zbiorów Muzeum Katyńskiego!), że u Dakowicza krew staje się i rękojmią prawdy, i wielkości „poetyckiego czynu” (skąd ta socjalistyczna fraza?), że bez krwi ani rusz. Nota Orskiej jest notą prześmiewczą, ironiczną, obśmiewającą nie tylko zamierzenie poetyckie autora „Teorii wiersza polskiego”, ale i „głębie polskiej przeszłości, które stanowią dla prawdy zwykle miejsce zamieszkania”. Bo, jak pewnie uważa autorka, nie stanowią. Więc gdzie według niej mieszka prawda? Jak to gdzie? „Aż żal – pisze zachwycona własną inteligencją krytyczną – że nie może podobnej funkcji spełnić patronująca początkom lat dziewięćdziesiątych krew miesięczna, przelewana wszak często i niezupełnie na marne!”. „Teoria Wiersza Polskiego” Dakowicza jest swoistym poematem a wyciągniecie jednego fragmentu i na tej podstawie rzucanie światła na całość jest podręcznikową manipulacją. To tak jakbym opisał Joannę Orska na podstanie brodawki na policzku, pominięciem całej reszty. To jest właśnie perwersyjne odczytywanie literatury. Pomijam ahistoryczną perspektywę, w której tkwi Orska, ( wojna i obrona ojczyzny do dla niej abstrakcja) która wskazuje na kompletny odlot. Na Ukrainie to właśnie „Mesjanizm ukraiński”, tak jak kiedyś polski, który alergicznie działa na Orską, stanowił fundament ideowy oporu najpierw wobec reżimu Janykowycza a teraz agresji Putina. Ja tego nie oceniam, tylko konstatuje fakt. Kto się z tej tradycji teraz nabija, staje się w Polsce pomocnikiem Putina, jest pożytecznym idiotą albo agenturą wpływu. Nie żyjemy na księżycu a w XX wieku jak zauważyła znakomita poetka Wisława Szymborska wszystko jest polityczne, literatura także. Czasami cnota roztropności nakazuje nam zamilknięcie, jeśli nie pozwala na to szerszy kontekst. Ale jak ktoś jest we władzy obsesji? Cóż. Równie „mądrze”, „obsesyjnie” w tym samym numerze „Odry” 7-8/2014 pisze niejaki Przemysław Witkowski o tomie Wojciecha Kudyby „W końcu świat”. Recenzent zarzuca poecie, że książkę podzielił na części (!?), że obrazy „monotonne” i zabiegi (?) „klasyczne do bólu”, że książka zawiera „klasyczną polską poezję katolicką”, że patos, że za mało zwykłego życia, że udawana prostota, i że przywołanie dzieciństwa. Wyznaje: „Nie mogę już znieść w polskiej poezji tej afirmacji dzieciństwa, magiczności, pozwalającej każdemu piszącemu zakląć w wersy swoje najmłodsze lata…” itd., itp. Co mnie obchodzi czego Witkowski nie może znieść, a co może. Co mnie odchodzą stany emocjonalne krytyków? Witkowski i Orska to modelowi przedstawiciele tego, co znakomity amerykański krytyk literacki Harold Bloom nazwał „Szkołą Resentymentu”.

To, że piszą krytycznie, to jest naturalną powinnością krytyka, ale zamiast podjąć próbę interpretacji tekstu, jego zrozumienia, ośmieszają i książki, i ich autorów. Jak to wytłumaczyć? Po pierwsze są to bardzo dobre książki. Po drugie. W tle guru duchowy środowiska major Bauman. A jaki miał on i ma stosunek do polskiej tradycji, ofiar stalinowskiego ludobójstwa, który organizował i Pana Boga? Wiadomo. A czy autorzy „Odry” mogą pozwolić sobie na inny?