Związki przyjacielskie” to jest książka* o tym, jak wielką siłą w polityce może być przyjaźń, zaufanie i poczucie przyzwoitości. Ludwika Wujec opowiada o swoim publicznym zaangażowaniu: działaczki opozycji demokratycznej za czasów PRL-u, potem „Solidarności”, potem Unii Demokratycznej i Unii Wolności. I o swoich korzeniach żydowsko-komunistycznych.

Te korzenie, do pewnego stopnia przezwyciężone, a w pewnym stopniu żywe, sprawiają, że ta historia jest tak fascynująca. Bo obiektywnie, niezależnie od biografii Ludwiki Wujec ów splot żydowsko-komunistyczno-polski jest frapujący. Niekiedy płodny, niekiedy irytujący, ale zawsze fascynujący. Dlatego tak ciekawa jest ta książka.

Obydwoje rodzice Ludwiki Wujec byli Żydami, oboje nie należeli do bogatej elity, lecz do biednego żydowskiego ogółu, oboje zerwali z religią, oboje komunizowali, matka mniej, ojciec więcej – za co trafił nawet w II RP do więzienia. To ich komunizowanie można widzieć jako próbę emancypacji i z biedy, i z żydostwa („proletariat nie ma ojczyzny”). Taki kontekst pozwala spojrzeć na marksizm jako na ideologię prometejską, jak na wielkie marzenie o lepszym świecie. Ale, uwaga: przy takim spojrzeniu gubimy z oczu, a co najmniej redukujemy do rozmiarów nieadekwatnie małych, aspekt zbrodni – bądź co bądź wpisany w ten projekt. No bo skoro trzeba zbudować nowe społeczeństwo bardzo szybko, to nie ma innej drogi niż wychowanie „nowego człowieka”, totalną przemianę jego świadomości – a do tego potrzebny jest terror. A jak jest terror, to są ofiary.

Michał Sutowski, jeden z liderów „Krytyki Politycznej”, jest dobrze przygotowany do tego, by rozumieć komunizm jako wielkie marzenie – i dobrze, bo on był także i tym. Gdy się tego nie rozumie, nie rozumie się siły przyciągania komunizmu w Europie od schyłku XIX wieku aż do połowy XX. Ale takie widzenie komunizmu nie opisuje go jeszcze w całości, bo nie pokazuje jego drugiej, koniecznie związanej z tamtą pierwszą, twarzy – wielkiego terroru. Sądzę więc, że o ile Sutowski dobrze rozumie komunizm jako siłę przyciągającą i prometejski projekt, o tyle niedostatecznie rozumie go jako wielki terror. Ma więc ta książka swoje zalety, ale i ma swoje wady.

Powiedzmy dwa słowa o wadach. Pytania o rozliczenie intelektualno-moralne komunizmu są wątłe. Chodzi o ten czas w historii komunizmu, kiedy jego adherenci (a w tej liczbie matka Ludwiki Wujec) widzą ekscesy stalinizmu i załamywanie się systemu w okresie referatu Chruszczowa w ZSRR i Października w Polsce. Ludwika Wujec próbuje rozpoznać stanu umysłu swojej matki w tym czasie – komunistki, ale rozczarowanej komunizmem, tak:

Nie wiem, nie umiem do końca powiedzieć… Część się tłumaczyło takim modnym określeniem, jako >>błędy i wypaczenia<<. Mówiło się, że przecież komunizm jest dobry, tylko ludzie są ułomni… Sądzę też, że było w tym coś z wiary, coś zastępczego. Tym ludziom komunizm faktycznie zastępował nieraz religię, której nie mieli. Człowiek chce w coś wierzyć – w sprawiedliwość, w szczęście ludzi. I jak tak wierzyłeś, poświęciłeś temu swoje lata, a jeszcze twój mąż za to zginął [mąż matki zginął pod Dreznem jako oficer polityczny II Armii Wojska Polskiego – RG], to trudno się z tym myśleniem rozstać.

Ta odpowiedź wydaje się roztropna, ale niewystarczająca. Ale za jej niewystarczalność winę ponosi także pytający, skoro ogranicza traumę stalinowską matki Ludwiki Wujec jedynie do czystek w łonie partii komunistycznej, a milczy o tysiącach Polaków, którzy z komunizmem nie mieli nic wspólnego, przeciwnie, walczyli o Polskę wolną od komunistów. Jakie pytanie, taka odpowiedź.

Podobna niewystarczalność pojawia się, gdy rozmowa dotyczy małżeństwa bohaterki książki z Henrykiem Wujcem. Obydwoje pochodzili z innych światów (z jednej strony świat żydowsko-komunistyczno-ateistyczny, a z drugiej – polsko-wiejsko-katolicki). Sutowski o to pyta, ale nie drąży tematu. A temat jest wielki. Bo odmienność tych światów nie sprowadza się do tego, że jeśli w Wigilię Bożego Narodzenia polska Żydówka podaje z dobrego serca polskiemu katolikowi kurczaka, to on nie może go w tym dniu zaakceptować na stole. Pytania są poważniejsze, takie o jakich w książce się wspomina, gdy mowa o kontaktach młodzieży KIK-owskiej (do której należał Henryk Wujec z młodzieżą rewizjonistyczną) na przełomie lat 60. i 70.: z jednej strony: jak można nie wierzyć w Boga?, z drugiej: jak można wierzyć w Boga? I chodzi nie tylko o samo przekonanie o naturze tego świata (z Bogiem lub bez) ale także o to, co z tego wynika dla natury stosunków międzyludzkich, dla prawa, dla życia społecznego. Także o to, czym jest polskość i czym jest Polska jako idea oraz czym jest Polska jako państwo demokratyczne. Tych pytań w książce brakuje.

Ale i tak jest to opowieść nader pociągająca. Co pociąga najbardziej? Świadectwo przyjaźni. W pewnym momencie jej główna bohaterka wspomina Lecha Wałęsę i jego dziwaczną sytuację braku przyjaciół. Podczas, gdy jej całe życie było takie, jakie było, dzięki przyjaciołom:

W naszej rozmowie często przewijał się wątek przyjaźni: mówiliśmy o tym, że naszego życia opozycyjnego, politycznego i towarzyskiego nie da się właściwie oddzielić, że wspólna sprawa łączyła tak samo jak więzy prywatne… Ale to wszystko jakby nie dotyczyło Lecha. Odnoszę wrażenie, że Lech nie miał żadnego przyjaciela, kogoś mu równego.

Trafna uwaga i co do Wałęsy, i co do środowiska KOR-owskiego.

*Związki przyjacielskie. Z Ludwiką Wujec rozmawia Michał Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013