Sylwester wychodzi z więzienia i niemal od razu po wyjściu dostaje własną ekipę filmową do kręcenia materiałów w telewizji publicznej. Funkcjonował w mojej głowie jako człowiek, który wyszedł z więzienia i momentalnie stanął na nogi, co w naszej rzeczywistości, w zasadzie chyba nie tylko w naszej, ot tak się nie zdarza. Musi się coś do tego przyczynić, tak to ujmę” - mówi Wojciech Sumliński w rozmowie z Aleksandrem Majewskim, autorem książki „Afery III RP”.

Aleksander Majewski: Przypomina mi się film Sylwestra Latkowskiego „Pedofile”. Jest w nim taka scena, w której mówi Pan do Latkowskiego, że nie sprzeda Pan informatora, natomiast Latkowski odpowiada z oburzeniem: „Przecież to pedofil!”.

Wojciech Sumliński: Sylwester Latkowski to materiał na kolejny wątek. Po kolei. Był 1998 rok. Miałem dyżur redakcyjny w ,,Życiu”, przyszedł do mnie wtedy pewien młody człowiek – był to Sylwester Latkowski. Wyłożył na stół kilka dokumentów, każdy na inne nazwisko, ale na każdym było jego zdjęcie. Powiedział: „Proszę pana, jestem ścigany listem gończym za podwójne zabójstwo. Nikogo nie zabiłem, ale wymuszałem haracze. Od kilku lat się ukrywam, mam tego dość. Nie widziałem swojego dziecka od lat. Chcę się panu wyspowiadać”. Zgłosił się do nas, bo ,,Życie” było wówczas najprężniejszą redakcją śledczą. „Chcę opowiedzieć tę historię, a potem proszę, żeby mnie pan odprowadził do prokuratury, bo chcę mieć dowód, że zgłosiłem się sam”. Do redakcji przychodziło wiele osób, które czasami konfabulowały. Tutaj jednak widziałem dokumenty tożsamości na różne nazwiska, ale z tą samą twarzą, więc wiedziałem, że muszę podejść do sprawy poważnie. Pogadaliśmy chwilę, poszedłem do redaktora naczelnego i do Tomka Wróblewskiego, zastępcy Tomka Wołka. Mówię do nich: ,,Słuchajcie panowie, mam takiego delikwenta…”. Jesz- cze wcześniej wykonałem telefon do mojego znajomego funkcjonariusza policji. Wiedziałem, że sam niczego nie zrobi z tą sprawą, bo mieliśmy prywatne relacje. Powiedziałem do niego: ,,Przyszedł taki delikwent, mówi, że zrobił to i to. Możesz go dla mnie sprawdzić?”. Po godzinie dostałem potrzebne informacje i – rzeczywiście – okazało się, że Latkowski jest ścigany listem gończym w kontekście podwójnego zabójstwa.

O tej sprawie niedawno znowu zrobiło się głośno…

Tak, to jest dokładnie ta sprawa. Podwójne zabójstwo i inne oskarżenia. Idę do Tomka Wołka i Tomka Wróblewskiego i pytam, co robić. Nie chciałem sam podejmować decyzji, bo zarzuty wobec tego człowieka były poważne. Oni mówią: „Zgłosił się do ciebie sam?”. „Tak, zgłosił się sam”. „Chce się oddać w ręce wymiaru sprawiedliwości?”. „Tak”. Zrobiliśmy wtedy małą naradę i postanowiliśmy się tym zająć. Latkowski przychodził do mnie przez dwa tygodnie. Przychodził, mówił, a my go nagrywaliśmy – audio i wideo. W sumie powstało z tego kilkanaście taśm, na których opowiadał o swoim życiu, o różnych rzeczach. To była jego historia. Myślę, że miała go ona w jakiś sposób wybielić. Ja, oczywiście, sobie wszystko weryfikowałem, bo na bieżąco miałem kontakt z policją. Sylwester przekonywał, że nie będzie mówił o innych, tylko o sobie. Chce się oczyścić, odsiedzieć swoje i zacząć życie na nowo. I rzeczywiście, po tym wszystkim, co powiedział, uznaliśmy, że to koniec. Poszedłem razem z nim do prokuratury, prosto z redakcji ,,Życia”, wtedy na rogu Alei Solidarności i Jana Pawła II, czyli w samym centrum. Poszliśmy pieszo na Nowy Świat do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Zadzwoniłem wcześniej do rzecznika prokuratury Ryszarda Kucińskiego, późniejszego adwokata Leppera, który – podobnie jak jego klient – zginął kilka lat temu w niewyjaśnionych okolicznościach. Zaprowadziłem Latkowskiego do Kucińskiego, który już na nas czekał. Wezwał policjantów, oni na moich oczach założyli Sylwestrowi kajdanki. Do dziś pamiętam jego zbolałą twarz. Wiadomo, że była to bardzo nieprzyjemna sytuacja – perspektywa kilkuletniego więzienia, a może więcej. Opublikowaliśmy z tego reportaż w dzienniku ,,Życie”. Była to opowieść człowieka, który został przestępcą, ale teraz chce z tym skończyć, oddaje się w ręce wymiaru sprawiedliwości. Zgłosił się do nas, a my go wysłuchaliśmy, zweryfikowaliśmy, odprowadziliśmy do prokuratury i publikujemy jego historię.

A jak Pan ocenia tę sprawę z perspektywy czasu, w kontekście ostatnich doniesień?

Sytuacja wyglądała tak, że Sylwester po około trzech latach zadzwonił do mnie, do redakcji. Byłem już chyba wtedy w ,,Gazecie Polskiej”, ale nie jestem pewny. W każdym razie funkcjonowałem w mediach, więc odnalazł mnie bez problemu. Powiedział, że chciałby się spotkać. Ucieszyłem się i z chęcią zgodziłem. W czasie spotkania powiedział: ,,Bardzo ci dziękuję, że wtedy mnie odprowadziłeś”. Podziękował mi również za dwa listy, które napisałem do aresztu i więzienia, w związku z negowaniem faktu, że sam zgłosił się do prokuratury. Gdzieś w papierach zostało zapisane, że został złapany i to miało mieć w sądzie negatywny wpływ na ocenę jego zachowania. Napisałem więc sprostowanie. Te listy bardzo mu pomogły i dlatego mi podziękował. Powiedział mi wtedy o czymś, co bardzo mnie zszokowało: „Słuchaj, zaczynam nowe życie. Przekonałem Ninę Terentiew, żeby dała mi ekipę telewizyjną. Zrobię film o przestępcach, z którymi siedziałem”. W końcowym etapie siedział w Gdyni, a tam była drużyna wśród osadzonych…

Rugbiści.

Tak, rugbiści. Zdobyli wicemistrzostwo Polski w rugby. Latkowski postanowił zrobić o nich film. Pomyślałem sobie wtedy, że to prawdziwy cud. Człowiek odbija się od głębokiego dna i zaczyna robić film w Telewizji Polskiej. O święta naiwności! Dzisiaj myślę o tym trochę inaczej, ale wtedy rzeczywiście traktowałem to jako prawdziwy cud.

A jak Pan myśli o tym dzisiaj?

Dzisiaj wiem, że takich cudów nie ma. Nie chcę jednak mówić o tym wprost, bo nie mam na to dowodów. Wydaje mi się, że domyśla się Pan, o czym mówię.

Ja – tak. Ale czytelnicy?

Mówiąc krótko, Sylwester wychodzi z więzienia i niemal od razu po wyjściu dostaje własną ekipę filmową do kręcenia materiałów w telewizji publicznej. Patrzyłem na niego jak na biblij- ny przykład człowieka, który zmartwychwstaje. Siedział w pudle z bardzo poważnymi zarzutami. Udowodniono mu parę rzeczy, ta sprawa podwójnego zabójstwa gdzieś przepadła, jakoś się z tego wybronił. Chyba nawet nie postawiono mu oficjalnych zarzutów w związku z tą kwestią. W każdym razie wychodzi z więzienia i zaczyna robić film za filmem dla TVP. Dostaje nawet własny program ,,Konfrontacja”. Zaprasza mnie i innych dziennikarzy, m.in. Piotra Pytlakowskiego, do współpracy. Po prostu swobodnie wszedł w ten świat. Funkcjonował w mojej głowie jako człowiek, który wyszedł z więzienia i momentalnie stanął na nogi, co w naszej rzeczywistości, w zasadzie chyba nie tylko w naszej, ot tak się nie zdarza. Musi się coś do tego przyczynić, tak to ujmę.

WOJCIECH SUMLIŃSKI (ur. 1969) – jego dorobkiem dziennikarskim można byłoby obdzielić kilku reporterów, choć on sam skromnie przyznaje, że nie czuje się żadną ikoną dziennikarstwa śledczego, a do zawodu trafił przypadkiem jako… psycholog dziecięcy. Publikował m.in. w„Życiu”, „Gazecie Polskiej” i „Wprost”. Dwie nominacje do nagrody Grand Press nie oddają bogactwa jego dokonań. Jako pierwszy ujawnił akta świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego, ps. Masa. Za swoje dążenie do prawdy o działalności ludzi służb w „nowej, demokratycznej III RP” zapłacił wysoką cenę – w 2008 roku został aresztowany, sam chciałby wiedzieć, za co… Swoje traumatyczne przeżycia opisał w książkach „Z mocy bezprawia” i „Z mocy nadziei”.

KSIĄŻKĘ „AFERY III RPMOŻNA KUPIĆ W KSIĘGARNI INTERNETOWEJ WSKLEPIKU.PL