„Grand Budapest Hotel” - wysmakowane dzieło, którego każda scena jest majstersztykiem

Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

Trudno ten film sklasyfikować, co nie jest szczególnie zaskakujące w przypadku kina Wesa Andersona. To perfekcyjnie wysmakowane dzieło, którego każda scena jest oddzielnym majstersztykiem. Subtelne, ironiczne poczucie humoru jest nieodłącznym elementem kina Andersona. Jednak ten wizualny, barokowy wręcz przepych to ostateczną eksplozją jego maestrii.

„Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom”, „Pociąg z Darjeeling”, „Genialny klan”, „Podwodne życie ze Stevem Zissou”. Nie „kumacie” i nie czujecie tych filmów? Nie czytajcie więc do końca tej recenzji, i nie wybierajcie się na „Grand Budapest Hotel”. Dla tych jednak, który dali się choć raz porwać światu Wesa Andersona i jego bezczelnemu geniuszowi, którym nie ma oporów nas hojnie obdarowywać, najnowsze dzieło zaledwie 44 -letniego Teksańczyka będzie niezapominaną ucztą. Eklektyczne kino Andersona jest jak połączenie prostego, ale przepysznego „ćwierć funciaka z serem”, z blinami opływającymi czarnym kawiorem z bieługi. Mógłbym zastosować jeszcze wiele równie grafomańskich porównań, by choć trochę przybliżyć klimat filmów Andersona, którego gejzerem jest „Grand Budapest Hotel”. To jednak trzeba po prostu obejrzeć.

Świat Andersona jest pełen ekscentryków, szaleńców i uroczych idiotów, jakże różnych jednak od tych z kina braci Coen. Teksańczyk lubi pracować ze stałą ekipą, którą wkłada w najróżniejsze nieprawdopodobne historie i miejsca na globie. Nie inaczej jest tym razem. Do jego przyjaciół Owena Wilsona i Billa Murraya, który zapewnia, że zagrałby u Andersona wszystko i za darmo, Jasona Schwartzmana, Tildy Swinton, Adriena Brody’ego , Edwarda Nortona, Harveya Keitela tym razem dołączył znany z wielkiej roli Salieriego w „Amadeuszu” F. Murray Abraham. W epizodach widzimy też Jude Law, Toma Wilkinsona, Jeffa Goldbluma czy Willema Dafoe. Pierwsze skrzypce w przepysznym koncercie fenomenalnie gra jednak Ralph Fiennes, którego nie podejrzewałbym o odnalezienie się w pokręconym świecie Andersona. Świetne, zdystansowane role tworzą też szerzej nieznani jeszcze Tony Revolori i Saoirse Ronan.

O czym jest film Andersona, który tak poruszył krytyków na całym świecie? No cóż, trudno streszczać obraz, który gładko przechodzi od sentymentalnej komedii, w dramat, parodię, makabreskę, kino akcji i kiczowate love story. Eklektyczny świat Andersona z jego umownymi, dopieszczonymi dekoracjami, przerysowanym aktorstwem i celowym przekuwaniem pompowanego balona trzeba brać całościowo, i nie do końca zwracać uwagę na główną linię scenariusza. „Grand Budapest Hotel” to szkatułkowo opowiedziana historia sprytnego, lekko zniewieściałego hotelowego kamerdynera Gustave H. (Fiennes), który jest twarzą, sercem i duszą położonego w fikcyjnym wschodnioeuropejskim państwie Zubrowka hotelu. Wypachniony, operujący kwiecistym językiem i nienagannymi manierami dżentelmen zajmuje się z pietyzmem nie tylko umilaniem czasu gościom, ale również romansami ze starszymi od siebie o kilkadziesiąt lat bogatymi kobietami. Gdy dziedziczy warty miliony obraz po Madame D ( nie poznacie znanej aktorki grającej tą postać!) wraz z wychowywanym przez siebie boyem hotelowym Zero (Tony Revolori) wpada w poważne tarapaty. Syn kobiety (Brody) wraz ze swoim komiksowo brutalnym ochroniarzem (Willem Dafoe demoniczny jak w „Dzikości Serca”) zamierzają wplątać Gustava w morderstwo Madame D. To dopiero początek zainspirowanej przez twórczość wiedeńskiego pisarza Stefana Zweiga oszałamiającej pięknem opowieści.

Ktoś napisał, że ten film to „kino totalne”. Nie wiem czy podzielę tak definitywne określenie. Zostawię je sobie na filmy opowiadające o ważniejszych problemach. Jest to jednak film, który przypomina, że sztuka przez wielkie „S” wciąż jest możliwa do odnalezienia w kinie. „Grand Budapest Hotel” tak perfekcyjnie gra na wizualnej wrażliwości widza i zmusza go do odnalezienia w sobie sprzecznych emocji, że niejeden będzie chciał zameldować się w tym hotelu na stałe. Jest to jednak niemożliwe, bowiem jego piękno funkcjonuje wyłącznie w opowieści jednego z bohaterów. Tak jak łódź podwodna Zissou, pędzący po Indiach pociąg czy obóz harcerski Moonrise Kingdom, tytułowy Hotel Budapest to sentymentalne wspomnienie o innym świecie. Świecie niedoścignionym i zarazem utraconym. Świecie, który można określić mianem bajkowego. Dobrze, że istnieje taki gawędziarz jak Anderson. Dzięki niemu magia tak szybko nie pryska w kina.

Łukasz Adamski

„Grand Budapest Hotel”, reż: Wes Anderson, dyst: Imperial - Cinepix

Autor

Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie Klikasz i czytasz tygodnik Sieci na telefonie
W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...