Unia Europejska nie ma uprawnień do narzucania państwom członkowskim definicji małżeństwa, a jednak to robi korzystając z prawnych sztuczek.
Naczelny Sąd Administracyjny nakazał 20 marca 2026 r. dokonanie transkrypcji „aktu małżeństwa” dwóch mężczyzn, którzy połączyli się w Berlinie. W listopadzie 2025 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu orzekł, odpowiadając na pytania prejudycjalne NSA w tej konkretnej sprawie, że Polska ma obowiązek dokonywać transkrypcji (uznania) takich małżeństw. W przeciwnym razie złamie unijne prawo. TSUE powołał się na przepis o swobodzie przemieszczania się i pobytu na terytorium państw członkowskich oraz prowadzenia w tym czasie zwykłego życia rodzinnego. Jakby to groteskowo nie brzmiało, odmowa transkrypcji została uznana za naruszenie swobody przemieszczania się obywateli Unii.
Wcześniej polskie sądy uznawały, że transkrypcja jest sprzeczna z polskim porządkiem prawnym, w tym z Kodeksem rodzinnym i opiekuńczym, który w art. 1 § 1 definiuje małżeństwo wyłącznie jako związek kobiety i mężczyzny. Organy administracji przez lata odmawiały wpisu do rejestrów, argumentując, że polskie prawo nie zna instytucji małżeństwa jednopłciowego, a jego rejestracja naruszałaby podstawowe zasady ustrojowe RP. Choć Kodeks rodzinny i opiekuńczy formalnie nie został zmieniony, wskazano, że nie trzeba zmieniać ustaw, aby umożliwić transkrypcję – wystarczy zmiana praktyki urzędniczej wymuszona wyrokami.
Zgodnie z najnowszymi wyrokami NSA i TSUE, Polska musi dokonywać transkrypcji zagranicznych aktów „małżeństwa” osób tej samej płci, aby umożliwić im korzystanie z praw obywatelskich (np. uzyskanie dowodu osobistego z nowym nazwiskiem). Transkrypcja polega na wpisaniu zagranicznego aktu do polskiego rejestru stanu cywilnego, czego efektem jest wydanie polskiego odpisu aktu małżeństwa.
To, że ktoś otrzyma polski akt małżeństwa na razie nic nie zmienia w polskim prawie, które nadal nie przewiduje zawierania takich związków w Polsce. Czyli mamy coś w rodzaju przymusowego importu obcych rozwiązań prawnych. A to dlatego, że ponoć prawo do swobodnego przemieszczania się i poszanowania życia prywatnego (wywiedzione z konstytucji i traktatów UE) stoi wyżej niż techniczne zapisy Kodeksu rodzinnego. Orzeczono, że polski urząd nie może zasłaniać się sprzecznością prawa polskiego i tzw. europejskiego, by pozbawić obywatela praw podstawowych.
Sądy uznały, że wpisanie zagranicznego aktu do polskich ksiąg (transkrypcja) nie jest „zawarciem małżeństwa” w Polsce, a jedynie potwierdzeniem faktu, który wydarzył się za granicą. Dlatego nie narusza to art. 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który mówi o „zawieraniu” małżeństwa przed kierownikiem polskiego USC.
Wcześniej twierdzono, że akt transkrypcji narusza polski porządek prawny. Obecnie uznaje się, że większym naruszeniem tego porządku byłaby dyskryminacja i tworzenie „martwych” obywateli, którzy są małżonkami w jednym kraju UE, a singlami w drugim. Jeśli transkrypcja zostaje dokonana (na mocy wyroku lub zmiany procedur), kierownik USC musi wydać odpis. Treść odpisu odzwierciedla stan z dokumentu zagranicznego (np. dwie osoby tej samej płci w rubrykach „małżonkowie”). Czyli urząd wydaje akt, ponieważ obowiązek uznania skutków prawnych małżeństwa zawartego za granicą (szczególnie w UE) jest obecnie uznawany za ważniejszy niż literalne brzmienie definicji małżeństwa w polskim Kodeksie rodzinnym.
Sąd uznał, że status cywilny „podróżuje” wraz z obywatelem UE. Jeśli para jednopłciowa po przeprowadzce do Polski traci status małżonków (stając się dla urzędów osobami obcymi), napotyka bariery, których nie mają pary różnopłciowe. Utrudnia to np. uzyskanie prawa pobytu dla małżonka spoza UE, wspólne rozliczanie podatków czy dostęp do informacji medycznej. TSUE uznał to za niedopuszczalne ograniczenie mobilności.
Zgodnie z orzecznictwem TSUE, definicja „małżonka” w kontekście prawa do przemieszczania się musi obejmować także partnerów tej samej płci, niezależnie od tego, czy w danym kraju (np. w Polsce) można taki związek zawrzeć. Europejski Trybunał Praw Człowieka oraz sądy unijne stoją na stanowisku, że państwo ma obowiązek zapewnić ramę prawną dla ochrony takich związków. Tłumaczy się to tak, że brak uznania aktu małżeństwa (transkrypcji) ingeruje w życie prywatne, bo zmusza ludzi do ukrywania swojej tożsamości rodzinnej przed organami państwowymi.
Sąd uznał, że choć Polska ma prawo samodzielnie definiować małżeństwo w swoim prawie krajowym (np. w Kodeksie rodzinnym), nie może tą definicją blokować praw przysługujących obywatelom na mocy prawa unijnego. W praktyce oznacza to, że Polska nie musi wprowadzać „ślubów jednopłciowych”, ale musi uznać skutki tych zawartych za granicą, by nie dyskryminować swoich obywateli korzystających z prawa do przemieszczania się. Obecna sytuacja prawna opiera się na orzecznictwie, a nie na zmianie przepisów. Polskie przepisy i systemy teleinformatyczne nadal operują kategoriami „mąż” i „żona” lub „mężczyzna” i „kobieta”.
Sądy, nakazując transkrypcję, wskazują, że urzędnik musi dostosować zagraniczny akt do polskiego rejestru. W praktyce oznacza to wpisanie danych osób tej samej płci w istniejące rubryki, nawet jeśli ich nazwy sugerują inną płeć (np. wpisanie mężczyzny w rubrykę przewidzianą dla współmałżonka). Polska nie wprowadziła dotychczas alternatywnych określeń typu „strona związku” czy „partner”, które zastępowałyby słowo „małżonek” w oficjalnych drukach dotyczących ślubów. Obecnie transkrypcje małżeństw odbywają się przy wykorzystaniu dotychczasowych wzorów dokumentów, co wymusza ich specyficzną interpretację przez urzędników.
Wyroki międzynarodowych trybunałów nie są oczywiście w Polsce źródłem prawa, podobnie jak wyroki polskich sądów, w tym administracyjnych. Obowiązuje jednak zasada pierwszeństwa prawa unijnego. Zgodnie z polską konstytucją (art. 91), ratyfikowana umowa międzynarodowa (np. traktaty UE) ma pierwszeństwo przed ustawą (np. Kodeksem rodzinnym), jeśli ustawy nie da się z nią pogodzić.
Jeśli obywatel zaskarży odmowę USC do sądu i wygra (np. przed NSA), to zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego, urząd jest bezwzględnie związany oceną prawną wyrażoną w tym konkretnym wyroku. Nie może ponownie odmówić, powołując się na te same argumenty. Gdy sądy administracyjne (zwłaszcza NSA) zaczynają wydawać serię spójnych wyroków w podobnych sprawach, tworzy się tzw. linia orzecznicza. Urzędy zaczynają ją stosować dobrowolnie, aby unikać przegranych procesów, które generują koszty i podważają autorytet administracji.
Państwo (i urzędnik) może ponieść odpowiedzialność finansową za wydanie decyzji sprzecznej z wiążącym Polskę prawem międzynarodowym lub utrwalonym orzecznictwem. Urzędnik nie zmienia treści ustawy, ale pod wpływem wyroków zmienia sposób jej interpretacji i stosowania, aby była ona zgodna z nadrzędnymi normami (konstytucją i prawem UE).
Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 25 listopada 2025 r. nie obliguje polskiego państwa do zmiany definicji małżeństwa zawartej w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. TSUE wyraźnie zaznaczył, że Polska nie musi wprowadzać do swojego prawa krajowego instytucji małżeństw osób tej samej płci. Każde państwo członkowskie zachowuje kompetencję do definiowania małżeństwa według własnego porządku prawnego. Choć Polska nie musi zmieniać definicji małżeństwa, ma obowiązek uznać skutki prawne małżeństwa zawartego legalnie w innym państwie UE. Oznacza to, że dla potrzeb korzystania z praw unijnych (np. swobody przemieszczania się, prawa pobytu), osoby te muszą być traktowane jak małżonkowie.
Unia Europejska nie ma uprawnień do narzucania państwom członkowskim definicji małżeństwa. I Polska nie musi wprowadzać ślubów jednopłciowych w swoim Kodeksie rodzinnym. Trybunał Sprawiedliwości UE stoi jednak na stanowisku, że państwa członkowskie muszą wykonywać swoje kompetencje (nawet te wyłączne, jak prawo rodzinne) w sposób zgodny z prawem unijnym. Jeśli krajowe przepisy o małżeństwie uniemożliwiają obywatelowi UE korzystanie z prawa do swobodnego przemieszczania się (np. przez brak uznania dokumentów), to prawo unijne wymusza ustępstwo.
Z punktu widzenia trybunałów, konieczność transkrypcji aktu nie jest ograniczeniem suwerenności, lecz zapewnieniem skuteczności prawom podstawowym obywatela. Polska nadal decyduje, kto może wziąć ślub w polskim USC, ale traci swobodę w ignorowaniu faktu, że taki ślub legalnie odbył się w innym państwie UE. Krytycy takiego podejścia (w tym polski Trybunał Konstytucyjny w niektórych składach) argumentują, że wymuszanie uznawania instytucji nieznanych polskiemu prawu jest formą „pełzającego” rozszerzania kompetencji UE i narusza tożsamość konstytucyjną państwa. W praktyce mamy do czynienia z podziałem ról: Polska zachowuje suwerenność w tworzeniu własnego modelu rodziny, ale jest ograniczona w zakresie blokowania skutków prawnych modeli przyjętych przez inne państwa UE, jeśli dotyczy to wspólnych praw obywatelskich.
W związku z „eksportem” rozwiązań z jednych państw do drugich pojawia się czasem argument, że w ten sposób można „eksportować” eutanazję. Ci sami sędziowie, którzy uznają „eksport” małżeństw jednopłciowych twierdzą, że jednak Polska nie ma obowiązku umożliwienia eutanazji na swoim terytorium, nawet jeśli jest ona legalna w innym kraju UE. Bo nie występuje tu „mobilność” skutku prawnego. W przypadku małżeństwa TSUE orzeka w oparciu o swobodę przemieszczania się. Chodzi o to, by obywatel, który już nabył status (np. męża) w jednym kraju, nie tracił go po przekroczeniu granicy, co utrudniałoby mu życie (np. brak wspólnego ubezpieczenia). Eutanazja nie jest natomiast „statusem cywilnym”, który się ze sobą zabiera, lecz usługą medyczną lub czynnością prawnie uregulowaną, która odbywa się w konkretnym miejscu.
Polska konstytucja w art. 38 gwarantuje każdemu człowiekowi prawną ochronę życia, a art. 91 (pierwszeństwo umów międzynarodowych) nie działa „automatycznie” w kontrze do fundamentów konstytucyjnych, jeśli nie ma wyraźnego przepisu unijnego nakazującego legalizację takich praktyk. A UE nie ma kompetencji w zakresie definiowania dopuszczalności eutanazji. Może tylko jeszcze nie ma?
Chyba nikt rozsądny nie zaprzeczy, że państwa mogą odmówić stosowania obcych przepisów lub uznawania pewnych stanów, jeśli są one rażąco sprzeczne z podstawowymi zasadami ich porządku prawnego. O ile w kwestii małżeństw jednopłciowych orzecznictwo (TSUE i polski NSA) uznało, że sama transkrypcja nie narusza tego porządku, o tyle dopuszczenie pozbawienia życia (eutanazji) byłoby uznane za naruszenie fundamentalnych zasad RP. Ale furtka została otwarta, bo tym jest „eksport” obcych przepisów. I może być tak, że zanim się obejrzymy, suwerenne polskie rozwiązania prawne zostaną zastąpione „europejskimi”. W imię postępu i dominującej ideologii liberalno-lewicowej. I w tym wszystkim Polski będzie coraz mniej, aż do jej pełnego ubezwłasnowolnienia bądź ograniczenia do jakiejś folklorystycznej enklawy.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/kraj/756095-polski-bedzie-coraz-mniej-az-do-jej-pelnego-ubezwlasnowolnienia
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.