Ruch „księży-patriotów” to świadectwo– mówiąc delikatnie – uległości części duchowieństwa wobec komunistów w okresie stalinowskim. Ciekawą rzeczą jest w związku z tym zobaczyć, jak „księża-patrioci” myśleli sami o swoim uczestnictwie w tym ruchu.

Przykładem takiej samo-refleksji jest wydana dawno już temu książka ks. Stanisława Owczarka*. Miała ona być, zapewne, w zamyśle jej Autora swego rodzaju usprawiedliwieniem tego zaangażowania. A więc usprawiedliwieniem zaangażowania po stronie ustroju zmierzającego do wyeliminowania wszelkiej religii, a szczególnie Kościoła katolickiego.

To, swoją drogą, zabawne: jak kapłan katolicki może w ogóle coś takiego usprawiedliwiać? Otóż, może. Kto nie wierzy, niech przeczyta.

Zapewne w ramach tego, co tu gadać, kompromitującego uczciwych ludzi ruchu, znajdowali się księża działający z różnych pobudek. Mniej czy bardziej przestraszeni. Mniej czy bardziej interesowni. Mniej czy bardziej złamani moralnie (jest rzeczą wiadomą, że pewną część kadr ruchu „księży-patriotów” stanowili kapłani mający problemy z wymaganiami celibatu czy z wymaganiami trzeźwości, i szukający w zaangażowaniu po stronie komunistów po prostu ochrony przed karami kanonicznymi). Także mniej czy bardziej naiwni. Autor tych wspomnień chyba powinien być zaliczony do tej ostatniej kategorii. A w jej ramach do subkategorii „bardziej”. To co pisze o Polsce powojennej, Kościele, komunistach, ubekach, „imperialistach” i „walce o pokój” po prostu zwala z nóg poziomem naiwności. Na początek dwa przykłady.

Po powrocie z obozu w Dachau ks. Owczarek czuł się nieco zagubiony w nowej Polsce. No dobrze, każdy by się tak czuł w jego sytuacji, ale żeby do tego stopnia? Otóż, nasz dzielny kapłan był do tego stopnia zagubiony, że nie wiedział, na czym polega różnica między AK i AL (s. 86). Naprawdę. Nie widział, że ta pierwsza to podziemne wojsko kierowane przez legalny rząd na wygnaniu, walczące o niepodległość, a ta druga (wielokrotnie mniej liczna) to – niewiele upraszczając - komunistyczna agentura, działająca na rzecz sąsiadującego z Polską mocarstwa, które – tak się przypadkiem złożyło – w r. 1944/1945 zaprowadziło tu swoje porządki.

Ks. Owczarek był krytykiem decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie on jeden. Zaciętym krytykiem tej decyzji był Stefan Kisielewski, podobnie – występujący z zupełnie innych pozycji ideowych – Wiesław Chrzanowski. Wielu polskich patriotów uważało wtedy Powstanie za narodową katastrofę. Mieli po temu powody. Ale ks. Owczarek miał powody cokolwiek inne. O ile Chrzanowski i Kisielewski uważali, że Powstanie osłabiło polski potencjał oporu przed komunizmem, który to opór oceniali jako niezbędny do tego, żeby Polska w ogóle przetrwała jako zbiorowość, o tyle ks. Owczarek, oceniał, że nic złego nam ze wschodu nie groziło. Pisał o tym po latach (książka powstała u schyłku lat 70-tych):

Dlatego decyzja o wybuchu powstania jawiła mi się przede wszystkim jako operacja czysto polityczna zmierzająca, w bezpośredniej i dalszej perspektywie , do podważenia wartości tej wolności, która szła do nas ze Wschodu” (s. 87-88).

Po prostu, Bór-Komorowski z Rzepeckim nie zauważyli, że zza Wisły zbliża się do Warszawy armia-oswobodzicielka. Że też brakło przy ich boku wtedy ks. Owczarka, żeby ich na ten temat oświecić!

I tak dalej, i temu podobne. Zatem trudno się dziwić, że ktoś tak „odklejony” od rzeczywistości kilka lat później przystępuje, będąc księdzem, do organizacji, która systematycznie piętnuje biskupów za nie dość przyjazny stosunek do „ludowego państwa”. I dzieje się to w sytuacji, gdy to państwo aresztuje księży, internuje biskupów, obsadza diecezje swoimi nominatami, montuje kapłanom i katolikom świeckim procesy pokazowe, w których zapadają wyroki śmierci.

Księża-patrioci” publicznie głosili, że polityka wyznaniowa „państwa ludowego” jest wielkoduszna, tylko Episkopat, nie wiedzieć czemu, jakoś tych komunistów nie lubi.

A ks. Owczarek 20 lat po owych wyczynach napisał książkę, w której dowodził, że jego kapłańskie w sumienie nie mówi mu, że zbłądził.

Ks. Stanisław Owczarek dawno nie żyje. Niech mu Pan Bóg poczyta wszystkie te brednie jedynie za skrajną naiwność. I oby nigdy nie wróciły czasy, w których tacy ludzie byli o krok od przejęcia rządów w Kościele.

Roman Graczyk

  • Ks. Stanisław Owczarek, Być zaangażowanym – być księdzem, Wydawnictwo Caritas, Warszawa 1982