Święty uśmiechnięty, czyli prymas Wyszyński na co dzieńŚwięty uśmiechnięty, czyli prymas Wyszyński na co dzień. "Wykorzystywał każdą chwilę, nie lubił marnować czasu"

Zwykle po południu jeździł na wizytacje do parafii. Lubił spotkania z ludźmi. Niekiedy zdarzały się zabawne sytuacje.
Mało kto wie, że wynoszony właśnie na ołtarze Prymas Tysiąclecia podczas spotkań w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej często opowiadał przy stole dowcipy: żydowskie, góralskie, nawet umiał mówić gwarą. Bywał też sędzią w siatkówce, którą lubił rozgrywać z kard. Wojtyłą.
Zdarzało się, że prymas Wyszyński spędzał kilka dni urlopu w towarzystwie kard. Karola Wojtyły.
Jeździliśmy wtedy dużą grupą: pracownicy Sekretariatu Prymasa Polski, członkinie Instytutu Prymasowskiego, ojcowie paulini, no i kard. Wojtyła, ks. Stanisław Dziwisz i ksiądz prymas. Chodziliśmy na długie spacery, zawsze też graliśmy w siatkówkę…
– opowiadała Barbara Dembińska z Instytutu Prymasowskiego.
Kard. Wyszyński, który był sędzią, przykazywał, by drużyna, w której grał Wojtyła, wygrała!
Ojciec nas wręcz strofował: „Pamiętajcie, macie tak grać, żeby przegrać!”. Nie było to trudne, bo zarówno Wojtyła, jak i ks. Dziwisz grali bardzo dobrze. Nawet ścinali. A jak mocno serwowali!
Wieczorami urlopowicze śpiewali piosenki harcerskie, religijne, ballady. Było bardzo wesoło, zwłaszcza gdy zebrani przysłuchiwali się dialogom prymasa i kard. Wojtyły. Obaj mieli ogromne poczucie humoru. Prymas na urlopie dużo czytał: swoje ulubione powieści Makuszyńskiego czy Trylogię Sienkiewicza, i zachęcał do tego innych. Urządzał zresztą na wakacjach „akademie historyczne”. Jeszcze podczas ostatnich swych wakacji czytał „Historię Kościoła” ks. Kumora.
Kard. Wyszyński często też opowiadał dowcipy. Lubił czytać skecze. Barbara Dembińska wspominała:
Pamiętam takie zdarzenie: na kartce miał zapisaną anegdotę. Zajęła pół strony. A on ją czytał i czytał w nieskończoność. W końcu ktoś zagląda mu przez ramię i mówi: „Ojcze, przecież tego tutaj nie ma”. A on na to: „Oj, dziecko, nie umiesz czytać między wierszami!”. Doskonale pamiętam też, jak kiedyś Ojciec śmiał się do łez, gdy dwie dziewczyny – całkowicie fałszując – śpiewały: „Panie Boże mój, jam jest wołek Twój”.
W czasie wakacyjnych wieczorów tym żartom nie było końca. Przerywał je prymas, który zwykle przed północą wszystkich opuszczał. Nie lubił późno chodzić spać, wstawał natomiast o świcie.
Po kolacji częstował jabłkami
W siedzibie prymasa przy ul. Miodowej spotykali się różni ludzie. Biskupi przyjeżdżali tam na zebrania plenarne episkopatu, przychodzili przedstawiciele świata polityki, kultury, życia publicznego. Rezydencja prymasa w ówczesnym okresie stanowiła ważny ośrodek życia kościelnego i zarazem myśli społecznej.
W tym natłoku zajęć, jak wspominają do dziś bliscy współpracownicy prymasa, potrafił on znaleźć czas na modlitwę. Kard. Józef Glemp, który przez 12 lat był sekretarzem prymasa Wyszyńskiego, a więc także najbliższym współpracownikiem i domownikiem przy Miodowej, wspominał:
Zapamiętałem prymasa jako człowieka zawierzenia i wielkiej modlitwy. My go znamy może bardziej jako człowieka czynu: przemawiającego, jeżdżącego z jednego końca ojczyzny na drugi. Ale był to człowiek przede wszystkim modlitwy i skupienia. Prymas Wyszyński umiał się modlić stale. Nie przeszkadzała mu w tym ani podróż, ani rozmowa, ani posiłek, ani wykonywane zajęcia. Z modlitwy czerpał moc do działania.
Historyk ks. Andrzej Gałka:
Jeżeli ktoś ma wiele spraw na głowie, zazwyczaj się zastanawia, czy zdoła wygospodarować czas na modlitwę, czy raczej powinien się zająć bieżącymi sprawami, a modlitwę odłożyć na później. Na ogół większość z nas zajmuje się załatwianiem codziennych spraw, a modlitwę odkłada. Prymas był tu natomiast konsekwentny i szedł najpierw na modlitwę. On wiedział, że bez niej wiele by nie zrobił. Był jak bezbronny dzieciak w wielkim, książęcym majestacie.
Jeszcze inna cecha przebijała w życiu codziennym kard. Wyszyńskiego: ogromna wrażliwość na drugiego człowieka. Kiedyś jechał samochodem. Na przystanku autobusowym, który mijał na skraju lasu, zobaczył niewidomą kobietę. Poprosił kierowcę, by się zatrzymał. Zabrał ją do samochodu i podwiózł do Warszawy.
Inny przykład: jeden z księży w pierwszą rocznicę swoich święceń kapłańskich postanowił wraz z kolegami zaprosić prymasa na zjazd kursowy dla księży. Wszyscy naokoło mówili mi, że to niemożliwe, że nie wypada, że prymasa to można zaprosić przynajmniej na 25-lecie kapłaństwa. Kiedy poszedł jednak do prymasa i powiedział mu o tej prośbie, usłyszał: „Synku, jak ja na to czekałem!”. Kiedyś jeden z duchownych wyznał mu, że jakiś proboszcz ma do prymasa żal i wymienił sprawę, Wyszyński odparł:
To była wtedy moja wina i mój błąd. Ale nie martw się, synku, prymas Polski ma mnóstwo sposobów do uleczenia takich sytuacji!
Barbara Dembińska podkreślała, że dla wszystkich pracowników Sekretariatu Prymasa Polski Wyszyński umiał być ojcem:
Bardzo się o nas troszczył. Nawet w codziennych, bardzo prozaicznych sytuacjach. Wiedział na przykład, że przepadam za jabłkami. Często po kolacji sam mi je obierał, a gdy zjadałam, zmieniał talerzyk i kładł następne.
Ojcowską troskę Wyszyńskiego wspominał też kard. Józef Glemp:
Zimą 1968 r. jechaliśmy z prymasem na wizytację parafii do Gniezna. Mieliśmy wypadek. Nasz samochód wpadł w poślizg i rozbił się na drodze w okolicy Krośniewic. Nie odnieśliśmy ciężkich obrażeń, ja jednak rozbiłem głowę o przednią szybę i miałem rozcięte czoło. Do dziś pamiętam ojcowską troskę i współczucie, jakie okazywał mi prymas Wyszyński.
Nie lubił, jak się przy nim narzekało. Nawet rodzonej siostrze Janinie tłumaczył:
Tobie nie wolno się skarżyć, przecież jesteś siostrą prymasa Polski!
Anegdota o psie Nerusiu
W Domu Arcybiskupów Warszawskich przy Miodowej Wyszyński mieszkał w pokoju, który wyglądał dokładnie tak jak pokój jego poprzednika. Co więcej – prymas spał nawet w łóżku kard. Hlonda. Obok łóżka przy ścianie stała szafa, stolik z lampką nocną, w rogu krzesło, na podłodze leżał chodnik. Wszystko w idealnym porządku. Bo – jak mawiał prymas – „kiedy wszystko jest na swoim miejscu, to i Pan Bóg jest na swoim miejscu”.
W gabinecie obok sypialni – tylko biurko i półki na książki oraz dokumenty. – Pamiętam, że wystrój tych wnętrz wywarł wrażenie na lekarzach, którzy przychodzili do księdza kardynała, gdy był chory. Dziwili się, że prymas Polski mieszka w tak skromnych warunkach – opowiadała Barbara Dembińska.
Stefan nigdy nie lubił luksusu
– wspominała jego rodzona siostra Janina.
Najbardziej szczęśliwy był wtedy, gdy miał w teczce brewiarz i jedną zmianę bielizny, a w kieszeni różaniec.
Nie przywiązywał wagi do stroju. Zakonnice kiedyś usilnie prosiły któregoś z współpracowników prymasa:
Zróbcie coś, żeby Ojciec zgodził się na uszycie nowej sutanny, ta, którą nosi, naprawdę już się nie nadaje
Ksiądz prymas usłyszał to i skwitował krótko:
Nie nadaje się, bo jest podarta. Jak siostra zaceruje, to się nada
Dzień zaczynał o czwartej lub piątej rano. Odmawiał brewiarz – bardzo lubił tę formę modlitwy – a potem odprawiał mszę świętą, na którą zapraszał wszystkich pracowników. O dziewiątej było śniadanie. Prawie zawsze uczestniczyli w nim goście. Bywali wśród nich: prof. Władysław Tatarkiewicz z żoną, prof. Jan Józef Szczepański czy pisarz Jan Dobraczyński. I obowiązkowo wszyscy pracownicy Sekretariatu, których prymas traktował jak domowników.
W rezydencji przy Miodowej wszyscy wspólnie jadali posiłki, które składały się z prostych potraw. Prymas Wyszyński nie uznawał wyszukanych i wykwintnych dań, a najbardziej lubił ziemniaki i zsiadłe mleko, kaszę gryczaną i placki ziemniaczane. Był na tyle bezpośredni, iż potrafił wstać od stołu, podejść do kogoś i powiedzieć:
No, co tam bracie, dlaczego nie jesz?
Albo nałożyć komuś kawałek wędliny na talerz. Także sam nigdy nie zaczynał jeść, dopóki wszyscy nie mieli nałożone na talerz.
Tradycją było, że przy stole prymas nigdy nie mówił o sprawach służbowych, a już na pewno o przykrych.
Starał się, aby to był czas relaksu, umiał świetnie bawić nas żartami
– wspominał ks. Hieronim Goździewicz.
Ojciec miał fantastyczne poczucie humoru
– przyznaje Anna Rastawicka z Instytutu Prymasa.
Wyszyński często sam opowiadał przy stole dowcipy: żydowskie, góralskie, nawet umiał mówić gwarą. Ulubionym był ten o psie Nerusiu:
Wraca jaśnie pan z podróży zagranicznej, wyjeżdża po niego stangret Józef i sadza do karety. Jaśnie pan pyta: – I co Józefie, co tam słychać? – A nic, jaśnie panie, nic się nie stało, tylko Neruś zdechł. – Neruś zdechł? A co się stało? – A to głupie psisko, jaśnie panie, nażarło się padliny, i zdechło. – Padliny? – Ano tak, jaśnie panie, bo jak się paliła obora z bydłem, to część bydła uciekła, część nie, wszystko się spaliło, a to psisko głupie nażarł się tej padliny i zdechło. – Co ty opowiadasz Józefie, obora się paliła? – No tak, bo jak się zapaliła stodoła, to od stodoły zapaliła się obora, potem bydło się popaliło i Neruś się nażarł padliny i zdechł. – Jak to stodoła się paliła? – No tak, jaśnie panie, bo jak się palił dwór, to od dworu stodoła się zapaliła, od stodoły obora, potem bydło i od padliny Neruś zdechł. – Jak to Józefie, dwór się palił? – No tak, bo od świecy zapaliła się firanka, a od firanki dwór. – Firanka się zapaliła? – No tak, jaśnie panie, bo jak przy trumnie jaśnie pani stała świeca, to się zapaliła firanka…
Gdy kiedyś ksiądz prymas skończył opowiadać, dodał jeszcze od siebie:
Tylko nie martwcie się, to wszystko było, ale u sąsiadów!
Anegdota była opowiadana tak dowcipnie, aktorsko, że wszyscy śmiali się za każdym razem, gdy słyszeli tę historię.
Nikt nie może wyjść z żalem
Umiał rozładować napięcie. Kiedyś przyszedł do prymasa profesor zdenerwowany sytuacją polityczną. Z przerażeniem w oczach zapytał: „Ojcze, co z nami będzie?”. A ksiądz prymas przytulił go i odparł: „Bracie, Bóg jest, a ty z Nim”.
Wykorzystywał każdą chwilę, nie lubił marnować czasu.
Był tytanem pracy mimo słabego zdrowia
– podkreślał ks. Hieronim Goździewicz, kierownik Sekretariatu Prymasa Polski.
Prymas był też niezwykle systematyczny. Wszystkie akta były drobiazgowo uporządkowane w teczkach. Każda odpowiednio oznaczona. Wieczorem kładłem zwykle teczki na biurku z napisem: „do wglądu” lub „do podpisu”. Rano po mszy św. odbierałem wszystkie teczki z podpisami i z decyzjami. Umiał sobie zorganizować pracę. Prowadził kalendarium prac wykonanych z dokładnym określeniem terminów. – Kalendarz leżał na biurku
– wspominał ks. Goździewicz – tak aby co dzień rano można było sobie przypomnieć, jakie audiencje, jakie wyjazdy duszpasterskie, jakie prace przypadają na dany dzień.
Z prymasem Wyszyńskim pracowało się dobrze, lubił zorganizowaną pracę, był bardzo stanowczy i konkretny, stabilny w osądach, nie zmieniał raz podjętej decyzji. To mi pasowało, umieliśmy się „zgrać”
– opowiadał kard. Glemp, dodając:
Niekiedy prymas Wyszyński chciał poznać moje zdanie na określony temat, wysondować, jaką mam opinię. Czynił to zręcznie, przejawiając wielką troskę o Kościół. Ja natomiast nigdy mu nie przytakiwałem, tylko wprost mówiłem, co myślę. I to się podobało prymasowi, chociaż często nasze opinie się różniły, a ja bywałem nawet krytyczny.
Niezależność myślenia i otwartość w wyrażaniu poglądów była jedną z cech, którą Wyszyński bardzo cenił.
Prymas także odpowiadał na każdy list. Jak mówił do swego sekretarza:
Z naszego domu nikt nie może wyjść z żalem lub urazą
Zwykle po południu jeździł na wizytacje do parafii. Lubił spotkania z ludźmi. Niekiedy zdarzały się zabawne sytuacje. Kiedyś jeden z wiernych przywitał go, mówiąc: „Najprzewielebniejsza Ewidencjo”. Innym razem, gdy zbliżał się do drzwi kościoła, przedstawiciel parafii zdjął czapkę i wydusił z siebie: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie”. Po chwili szybko dodał: „Oj, psia mać, w pacierz zaszedłem”. Prymas się śmiał.
Nadziewał pączki na widelec
Kiedy nie było wielkich uroczystości, spotkań, wyjazdów, brał udział w zakończeniu rekolekcji dla lekarzy, prawników czy duszpasterstw akademickich. W okresie Bożego Narodzenia zawsze organizował opłatek dla studentów. Siostry smażyły pyszne pączki z nadzieniem różanym. A prymas słynął z tego, że… osobiście nadziewał te pączki na widelec i częstował nimi gości.
Chodziliśmy na te pączki do prymasa raz w roku, zawsze w styczniu
– opowiada Krzysztof Gołębiowski, który jako student należał do Duszpasterstwa Akademickiego przy kościele Świętego Krzyża w Warszawie.
Była nas ponad setka. Kto mógł, siadał na krzesłach, część na podłodze. Odbywał się program artystyczny, a po nim głos zabierał ksiądz prymas. Na koniec był poczęstunek. Na długich stołach stały patery z piramidami pączków – z owocem dzikiej róży. Zdarzało się nieraz, że ksiądz prymas, gdy zobaczył, że u kogoś na talerzu nie było pączka, brał go widelcem z patery i podawał tej osobie, mówiąc z powagą: „Jedz, bracie, żebyś nie wyszedł głodny od prymasa Polski!
Artykuł stanowi fragment książki Mileny Kindziuk „Kardynał Stefan Wyszyński Prymas Polski”, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2021, która ukazała się pod patronatem tygodnika „Sieci”.
Artykuł z 36/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
