Legendę „Solidarności” fałszuje się dziś jak za komunyPodmiana autorytetów, promocja bylejakości. Legendę „Solidarności” fałszuje się dzisiaj tak samo jak za komuny

Henryka Krzywonos, Lech Wałęsa, Władysław Frasyniuk - "legendy" Solidarności chętnie angażują się w politykę. Zawsze po jednej stronie...
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
Dzisiaj w cyklu WAŻNE ARCHIWA SIECI artykuł Marka Pyzy i Marcina Wikły o próbie podmiany legendy Solidarności praz esej Piotra Zaremby rozczarowanego postawą Lecha Wałęsy.
UKRADZIONA LEGENDA
Marek Pyza, Marcin Wikło
Artykuł ukazał się w numerze tygodnika „wSieci” Nr 1 (162) 2016
4–10 stycznia 2016 r.
Próbuje się ją przedstawiać jako legendarną opozycjonistkę o zasługach równych Annie Walentynowicz. Przeczy temu wiele faktów i relacji wciąż żyjących uczestników wydarzeń z sierpnia 1980 r. Także akta IPN, do których dotarliśmy, wskazują, że w życiorysie „Heni tramwajarki” istnieje więcej znaków zapytania, niż sądzono. Jest co wyjaśniać.
Z Henryką Krzywonos-Strycharską nie rozmawia się łatwo.
H.K.: Nie będę się tłumaczyła, że nie jestem wielbłądem. Koniec.
Ale problem polega na tym, że nie chcemy powielać plotek, dlatego…
Ale ja też dlatego nie chcę rozmawiać. Powiedziałam, że nie będę rozmawiała, dlatego że nie widzę powodu. W 2010 r. rozmawiałam na ten sam temat. Tyle tylko, że wtedy byłam alkoholiczką, a dzisiaj jestem złodziejką. Koniec na ten temat. Nie będę tłumaczyła.
Ale nie tylko o to chcemy zapytać.
O co jeszcze?
Mamy różne relacje dotyczące m.in. sierpnia 1980 r.
Od idiotów.
To ledwie początek kilkuminutowej rozmowy, jaką odbyliśmy w połowie grudnia na sejmowym korytarzu. Posłanka Platformy Obywatelskiej nie jest w stanie powstrzymać emocji, ucieka się do inwektyw, wreszcie zapowiada, że nas „oskarży”.
Happeningi w Sejmie
Mimo że podczas wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego w planie obrad Sejmu nie było dyskusji, Henryka Krzywonos z impetem wkroczyła na mnicę. „Chodzi o konstytucję… a to nie jest rzecz, którą dostaliśmy w prezencie, my żeśmy ją wywalczyli” — krzyczała, wymachując tekstem ustawy zasadniczej. Nie przebierając w słowach, straszyła Prawem i Sprawiedliwością. „Zaraz będzie 13 grudnia, ciężkie dla nas lata stanu wojennego… Dokładnie pamiętamy, jak to było. […] o godz. 6.00 rano pukali do naszych drzwi i nie było wcale wesoło” — mówiła podniesionym głosem. Kilkanaście minut później wypowiedziała się raz jeszcze. „Siedzieliśmy za tę konstytucję, za wolność, za demokrację. Siedzieliśmy i byliśmy poniewierani, drukowaliśmy i robiliśmy różne rzeczy, kawałki tej konstytucji. I nie wiem, czy wam nie jest wstyd, bo mnie za was bardzo. […] Proszę państwa, jeśli to zniszczymy, będą pukać do nas, do domów o 4.00 rano” — zakończyła przy burzy oklasków koleżanek i kolegów z PO.
To jej kolejne podejście do polityki, w wyborach do europarlamentu w 2014 r. przepadła, teraz do Sejmu dostała się z gdyńskiej listy Platformy. — Jest miłą kobietą, ale od początku było widać, że w tym parlamencie ma określone zadanie: wywołać awanturę. W takich momentach coś w nią wstępuje — tłumaczy nam jeden z posłów, który na sali plenarnej zajmuje nieodległe od niej miejsce.
Tuż po wyborach mówiła „Gazecie Kartuskiej”: „W Sejmie będę miała prawo głosu, będę mogła głośno wypowiedzieć swoje opinie i mieć wpływ na ustawodawstwo w zakresie polityki społecznej, a na tym najbardziej mi zależało”. Spójrzmy na jej poselskie statystyki po sześciu posiedzeniach. Należy do dwóch komisji: Łączności z Polakami za Granicą oraz Polityki Społecznej i Rodziny, które zbierały się w sumie osiem razy. Na żadnym posiedzeniu nie zabrała głosu. Zero interpelacji, zapytań, pytań, oświadczeń. Udział w głosowaniach także mało imponujący — ledwie 54 proc. Dwa happeningi ograniczające się do bezpardonowego ataku na PiS to jej jedyna aktywność w parlamencie. Odwiedziliśmy również jej główne biuro poselskie, które powinno się mieścić przy jednej z ulic w centrum Gdyni. Żadnej tabliczki, domofon nie odpowiada. Biuro widmo.
Andrzej Kołodziej, sygnatariusz Porozumień Sierpniowych i działacz pierwszej „Solidarności” oraz „Solidarności Walczącej”: — Ona nic nie rozumie. Jest wykorzystywana, ale nawet nie czuje, że oni potrzebują kogoś naiwnego do wystawienia na plan pierwszy, bo sami są mocno zgrani — mówi nam zdegustowany opozycjonista. — Przypisywanie siebie do ludzi, którzy siedzieli za konstytucję, to już jest nie tylko nadużycie, lecz kłamstwo. Zwykłe świństwo — dodaje Kołodziej.
Inny uczestnik Sierpnia ’80, Jan Karandziej, członek Komitetu Założycielskiego WZZ Wybrzeża, obecną aktywność byłej tramwajarki ocenia ze smutkiem. — Władze wykreowały to, co chciały, ale… nie da się na siłę kogoś zrobić bohaterem, jeżeli ktoś kieruje się czymś innym niż miłość do Polski, to prędzej czy później wychodzi — puentuje.
Na salonach
Medialna kariera Henryki Krzywonos rozpoczęła się w 2010 r. W czasie rocznicowego zjazdu „S” weszła na mównicę i zrobiła fantastyczny prezent Donaldowi Tuskowi — w niewybredny sposób zaatakowała Jarosława Kaczyńskiego. „Panie prezesie, bardzo pana proszę, żeby pan nie buntował ludzi przeciwko sobie. Nie wiem, co panu się stało. Ja panu bardzo współczuję, ale proszę współczuć innym i dać im normalnie żyć. Bo wszystko, co pan robi, to — przepraszam bardzo — mnie to obraża, że pan niszczy godność Lecha. To pan ją niszczy!” — wykrzyczała. Tę scenę telewizje powtarzały do znudzenia, a Krzywonos stała się bohaterką lewicowo-liberalnego salonu.
Stylizowana na Matkę Boską trafiła na okładkę „Przekroju” z tytułem: „Ikono uczciwości, czuwaj nad nami. I politykami”. Została Gdańszczanką Roku. Otrzymała Nagrodę Kisiela i tytuł Człowieka Roku „Wprost”. Wraz z mężem została uhonorowana Srebrnymi Jabłkami przez miesięcznik „Pani”. Była też nagroda Kobiety Roku „Twojego Stylu” i Nagroda im. ks. Józefa Tischnera w kategorii Inicjatywy duszpasterskie i społeczne współtworzące „polski kształt dialogu”. Kongres Kobiet przyznał jej zaś tytuł Polki Dwudziestolecia. Z feministycznej organizacji odeszła wraz z Jolantą Kwaśniewską w 2013 r.
Celebryckie życie sprawiało jej wyraźną frajdę. Chętnie uczestniczyła we wszelkiego rodzaju galach, pozowała do zdjęć z żoną eksprezydenta — a to w limuzynie, a to na różnych rautach. Znalazła się także w „elitarnym” gronie gości na ślubie córki postkomunistycznej głowy państwa. Wcześniej to Kwaśniewska pomagała w promocji książki o Krzywonos „Duża Solidarność, mała solidarność”, wydanej przez lewacką „Krytykę Polityczną”. Premiera tej pełnej fałszów laurki odbyła się… dzień po słynnym występie Krzywonos w hali gdańskiej stoczni.
W 2013 r. na ekrany kin wszedł film Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Stanowił kolejny etap fałszowania historii. Obok stawiania pomnika eksliderowi „Solidarności” — bez chęci wyjaśnienia jego najciemniejszej karty, jaką była współpraca z SB — do rangi legendy podniósł Krzywonos. Postać zagrana przez Dorotę Wellman (panie przy okazji pokazów filmu chętnie obsypywały się buziakami w błysku fleszy) miała za zadanie wbić się w pamięć widzów jako najdzielniejsza kobieta Sierpnia. „Henia tramwajarka” była zachwycona. Rosły jej fałszowana legenda i popularność.
Charakter pani Heni i jej specyficzną słabość do pieniędzy obrazuje zaproszenie na wyprawiane z mężem imieniny w 2011 r. (publikujemy je). Wydrukowane w formie banknotu o nominale miliona dolarów z podobiznami Strycharskich kłóci się z wizerunkiem kobiety skromnej i altruistycznej.
— W prezydium MKZ były cztery kobiety: Joanna Duda- -Gwiazda, Henryka Krzywonos, Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz. Alina i Anna nie żyją. Platforma nie może Joanny pokazać, bo wie, co by powiedziała. Więc „kupili” Henię Krzywonos. Napisali sztuczny życiorys, który pozwala jej teraz używać jako „cyngla” PO — opowiadał portalowi wPolityce.pl Andrzej Gwiazda, komentując operację medialną wokół byłej motorniczej.
Kluczowe w tej operacji było wypaczenie zdarzeń z sierpnia 1980 r.
Bohaterka czy łamistrajk?
„Nazywam się Henryka Krzywonos-Strycharska. Jestem sygnatariuszem Porozumień Sierpniowych, to ja zatrzymałam komunikację w Gdańsku” — tymi słowami „legendarna” tramwajarka rozpoczęła swoją tyradę podczas obchodów 30-lecia „Solidarności” w Gdyni. Taką wersję wydarzeń z sierpnia 1980 r. słyszeliśmy jeszcze wielokrotnie. Samotna „Henia tramwajarka” zatrzymująca swój pojazd na rozdrożu, by zablokować drogę innym. To miał być początek strajku, z którego m.in. zrodziła się „S”. Najbarwniej ta historia, w formie intrygującego monologu wewnętrznego, została opisana w hagiograficznej książce o Krzywonos autorstwa Agnieszki Wiśniewskiej wydanej przez „Krytykę Polityczną”. „Nie stawać. Ludzie do pracy jadą, spieszą się. Stanąć. Gdzie? Pod Operą Bałtycką. Jak tam stanie, to inne tramwaje też staną. Nie będzie przelotu na miasto. […] — Ten tramwaj dalej nie pojedzie. Głos Henryki, niski, zdecydowany, zawisł nad głowami ludzi. […] — Stajemy, bo Stocznia stoi. […] Ludzie zaczęli klaskać. W środku Henryki nie było słychać bicia serca, tylko płacz. Młoda, dwudziestoparoletnia motornicza stała przed bijącym jej brawo tłumem pasażerów”. Gdy książka się ukazała, Krzywonos była już bardzo nachalnie kreowana na „Henię Solidarność”, swoisty ersatz wyrugowanej z mediów Anny Walentynowicz. Po głośnym „występie” w gdańskiej hali Krzywonos została zaproszona do programu Tomasza Lisa. Drwiną próbowała odpowiedzieć tym, którzy zarzucali jej konfabulację. „Panie Tomaszu, przecież pan wie, że najważniejsza jest prawda, a prawda broni się sama”. W tym samym programie zarzekała się, że nigdy nie będzie startować w żadnych wyborach. Przypomnijmy, że w polityce znalazła się już w 1995 r., gdy wstąpiła do Unii Wolności. Dopiero wtedy obecność „legendy” na swoich łamach odnotowała „Gazeta Wyborcza”. Przez wcześniejsze sześć lat — ani słowa.
Kiedy miała okazję konfrontować swoje opowieści z prawdziwymi przywódcami strajku, tak wylewna jak u Lisa nie była. W roku 2000 TVP wyemitowała program Marii Dłużewskiej i Jolanty Kessler. Głos zabierali głównie Anna Walentynowicz, Bogdan Borusewicz i Andrzej Kołodziej. „Ja po prostu nigdzie wcześniej się nie wychylałam, byłam nauczona z domu, że nie należy wystawiać zbytnio głowy i też tak nie robiłam. […] 15-tego wyjechaliśmy wszyscy, stała stocznia, więc i ja stanęłam i rzeczywiście obstawiliśmy wszystkie stacje. Ludzie zaczęli zjeżdżać na Karola Marksa, tam ustanowiliśmy komitet strajkowy” — mówiła skromnie Krzywonos. Żadnego przywództwa, żadnego samotnego powstrzymywania całej komunikacji. Po prostu udział w proteście.
Arkadiusz Kazański z gdańskiego oddziału IPN przez lata zbierał relacje świadków, by odtworzyć moment rozpoczęcia strajku komunikacji w Trójmieście. — Według moich badań nie jest prawdą, że akcję rozpoczęła samotnie Henryka Krzywonos. Dotarłem do wielu osób, które twierdzą, że strajk rozpoczął się z samego rana w dwóch innych zakładach, zajezdni przy ul. Karola Marksa (obecnie Józefa Hallera) i w zajezdni tramwajowej we Wrzeszczu przy ul. Wita Stwosza — tłumaczy nam historyk. Motorniczowie (w tym Krzywonos) z dwóch pozostałych zajezdni tramwajowych — w Gdańsku-Nowym Porcie i przy ul. Łąkowej — wyjechali tego dnia na trasę, stanęli dopiero wtedy, gdy zorientowali się, że pojazdów z innych zakładów nie ma na mieście.
Jednym z inicjatorów protestu był Marian Posyniak, nieżyjący już kierowca autobusu z zajezdni przy Marksa. Miał pierwszy wyjechać na „trasę dzienną” o godz. 4.07. W jednym z mejli do Kazańskiego wspominał to tak: „Parkując, widziałem już grupkę moich kolegów — głównie pracowników stacji obsługi, z którymi zresztą miałem kontakt wieczorem poprzedniego dnia i w nocy — nawołujących do strajku. […] Zostało już tylko kilka minut do wyjazdu pierwszego dziennego autobusu, a gdyby wyjechał choć jeden, to strajk — najprawdopodobniej — nie udałby się. […] Zaraz po zablokowaniu bramy sytuacja zmieniła się diametralnie. Kierowcy chętnie gromadzili się koło dyspozytorni i po kilku minutach zrobiła się dość spora, bo kilkudziesięcioosobowa grupa”.
W publikacji wydanej z okazji jednej z rocznic Sierpnia Kazański przywołuje również postać Stanisława Kinala, motorniczego z zajezdni we Wrzeszczu. To jego tramwaj stał pierwszy do wyjazdu, to jemu dyrektor zakładu groził zwolnieniem z pracy, jeśli tramwaj nie wyjedzie. „Sam Kinal […] nie wiedział do końca, jak ma się zachować wobec stanowczej postawy dyrektora i czy tym groźbom w końcu nie ulegnie, wolał zniknąć z pola jego widzenia i udał się do ubikacji, gdzie udawał, że dotknęły go kłopoty żołądkowe”. Na trasę jednak ostatecznie nie wyjechał, skutecznie blokując wyjazd innym.
„Henryka Krzywonos w ogóle nie powinna wyjechać na trasę. Nowy Port wiedział, że jest strajk i kolejne zakłady się przyłączają. Przejechała koło zakładu autobusowego, który już strajkował. Jest relacja Jana Wojewody, że strajkujący wygrażali jadącemu tramwajowi” — mówił w rozmowie z portalem Wybrzeże24. pl Zenon Kwoka, kierowca z WPK Gdynia Redłowo. Romuald Śliwiński, kierowca autobusu z zajezdni, którą zablokował Posyniak, o podmienionej legendzie Henryki Krzywonos wypowiada się najostrzej: „Ironia losu zrobiła z łamistrajka ikonę nowo powstałego ruchu. […] Heńka, łamistrajku, przestań kłamać! To nie ty zaczęłaś strajk. Wmawiasz sobie to kłamstwo od 30 lat. Wystarczy. Ty jedyna powinnaś milczeć” — napisał w liście do portalu wPolityce.pl.
Jest kluczowa kwestia. Stały dwa zakłady już w momencie, w którym pani wyruszała tramwajem czy nie?
H.K.: Jakie zakłady?
Dwa zakłady komunikacyjne w Gdańsku. Czy już strajkowały, czy nie?
Błagam pana, niech pan przestanie wymyślać bzdury, bo ja już nie chcę ich słuchać.
Ale są takie relacje w książkach historycznych.
Proszę porozmawiać z ludźmi ze stoczni, to panu powie. W książkach historycznych to pisze pierdoły Centkiewicz [właściwe nazwisko historyka: Sławomir Cenckiewicz — przyp. red.]. W jednej pisze o mnie pozytywnie, a w drugiej źle. Wypowiada się dobrze, za chwilę wypowiada się źle. A ja nie będę w tym brała udziału, bo dla mnie to jest idioctwo.
Alkohol na strajku
W jaki sposób Henryka Krzywonos weszła w skład Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (a od 31 sierpnia Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego Niezależnego Związku Zawodowego)? Ona sama lubi kolportować wersję, według której wybrała ją załoga Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji. Uważna lektura jej różnych wspomnień każe jednak uznać, że inicjatywa nie wyszła od kolegów. „Tygodnik Powszechny” w 2003 r. tak opisywał zdarzenia z 16 sierpnia na podstawie jej własnej relacji: „Weszła na jakieś skrzynki — a może to były palety, nie ma pamięci do szczegółów, tak samo jak do dat — wokół zaspani mężczyźni wychodzili ze swoich autobusów. Powiedziała im, co się dzieje .na stoczni., i zapytała, czy chcą, by reprezentowała ich w MKS”.
„Zaspani mężczyźni” zgodzili się. Stąd udział Krzywonos w prezydium MKS i jej podpis pod Porozumieniami Sierpniowymi. Jednak już 16 września 1980 r. — a zatem po ledwie miesiącu — została odwołana z prezydium na mocy uchwały swojego zakładu pracy. Co spowodowało, że tak zasłużonej postaci jak Henryki Krzywonos, rzekomej inicjatorki strajku trójmiejskiej komunikacji, koledzy z pracy nie chcieli mieć za swoją reprezentantkę w najważniejszym gremium tworzących się związków zawodowych? Krzywonos nigdy tego nie wyjaśniła.
Według Joanny i Andrzeja Gwiazdów przyczyny były kompromitujące. „Prawdziwym powodem jej odsunięcia było to, że ją złapali na kradzieży pieniędzy! Mieliśmy o tym nie mówić, ale wobec takiej bezczelności — trzeba!”. Współzałożyciele Wolnych Związków Zawodowych zdecydowali się o tym wspomnieć po grudniowym wywiadzie Krzywonos dla „Gazety Wyborczej”. Tłumacząc swój sejmowy show w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, znów atakowała Jarosława Kaczyńskiego: „Jak pomyślę o Lechu Wałęsie, który pewno wpół się składał ze złości, jak pomyślę o Bogdanie Borusewiczu, Andrzeju Gwieździe, Ani Walentynowicz, Alinie Pienkowskiej i wielu, wielu innych, którzy walczyli o wolność, to wstyd mi za pana Kaczyńskiego. I za Morawieckiego, który gadał w Sejmie, że ta wolność nie jest taka ważna. […] Gdyby był inny prezydent, nigdy nie dopuściłby do tego. […] Gdyby Lech Kaczyński wstał z grobu, toby się chyba ze wstydu jeszcze raz położył, jakby zobaczył, co tu się dzieje”.
Za przełamanie bariery milczenia wdzięczny Gwiazdom jest Janusz Walentynowicz. — Odważyli się powiedzieć, jak było naprawdę, kim jest ta „bohaterka”. Od dawna widzę, że to, co się dzieje wokół Henryki Krzywonos, to próba takiego jej „zalegendowania”, by spróbować nią zastąpić moją mamę — mówi w rozmowie z tygodnikiem „wSieci”. Najbardziej zabolało go, gdy w 2010 r. Tomasz Lis jeden ze swoich tekstów zatytułował „Henia Solidarność”, bezceremonialnie zagrabiając charakterystyczny przydomek przynależny Annie Walentynowicz. Syn „Anny Solidarność” wspomina jedną z rozmów, której był świadkiem w mieszkaniu mamy, gdy ta udzielała wywiadu. — Nie bardzo chciała rozmawiać na ten temat. Naciskana stwierdziła, że opowie troszeczkę więcej, ale pod warunkiem że to nie będzie opublikowane. Jak stwierdziła, rzeczy, których dziennikarka się dowie, nie powinno się mówić o kobiecie. Wtedy właśnie mama powiedziała, że zdarzały się kradzieże pieniędzy, że w czasie strajku pani Henia była „w stanie wskazującym”, ale prosiła na wszystkie świętości, by to nie pojawiło się w artykule.
Okazuje się, że fragment tej rozmowy wciąż znajduje się w serwisie YouTube (został opublikowany po katastrofie smoleńskiej). Anna Walentynowicz mówi w niej: „Ona po skończeniu strajku wycofała się. Na strajku była w porządku, tzn. w porządku prowadziliśmy rozmowy. Natomiast nie była w porządku jako członek, jako przedstawiciel, bo kradła, piła… Ja nie mogę tego mówić, bo przecież wódki nie było, bo nie można było przenieść wódki, a ona jednak była pijana. Zapytaj Wyszkowskiego, to ci powie”.
Krzywonos także na ten temat nie chciała z nami rozmawiać.
Krzysztof Wyszkowski w Telewizji Republika wspominał, jak 22 lub 23 sierpnia straż strajkowa znalazła Henrykę Krzywonos pijaną, wręcz nieprzytomną. W obawie, by nie zaszkodziła i tak atakowanym przez władze stoczniowcom, polecił wynieść ją poza bramę. „Zmęczeni porzucili ją w krzakach […]. Traf chciał, że w tym momencie ze stoczni wyszedł członek KOR, który miał zawieźć do Warszawy najnowsze informacje, i w tych krzakach trafił na ciało. Bojąc się, że może została ona np. siłą doprowadzona do tego stanu, wrócił i poprosił chłopców ze straży strajkowej, by przynieśli tę Krzywonos z powrotem. I w holu między dużą a małą salą BHP ukryta za krzesłami, pod stołem oddzielającym te dwie sale, została tam złożona”.
Kto zatrzymał strajk?
Drugą powszechnie powielaną nieprawdą jest rola, jaką Krzywonos miała odegrać w gdańskiej stoczni 16 sierpnia. Tego dnia dyrekcja zakładu zgodziła się na spełnienie części postulatów załogi. Lech Wałęsa ogłosił zakończenie strajku. Stoczniowcy zaczęli się rozchodzić. Do bram natychmiast pobiegły Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska i Ewa Ossowska. Henryka Krzywonos od zawsze twierdzi, że też była w gronie dzielnych kobiet niepozwalających robotnikom opuścić zakładu. Odniosła się do tego „Anna Solidarność” we wspomnianym wyżej internetowym nagraniu, w którym opisała kulisy telewizyjnej konfrontacji z 2010 r.: „Alina Pienkowska z Borsukiem siedziała przy stole — jeszcze nie byli wtedy małżeństwem — ja przy drugim stoliku zanim weszliśmy do studia, siedzę z Krzywonos i ona mi opowiada, jak to ona zatrzymała strajk. Ja ją wzięłam za rękę i idę do drugiego stolika do Alinki […] i mówię: .Henia, powtórz jeszcze raz tutaj przy Alinie to, co powiedziałaś przed chwilą […].. I ona to opowiada […]. A Alina powiedziała: Henia, nie było ciebie, nie było wózka akumulatorowego i nie zatrzymywałaś. To my obie biegłyśmy na bramę nr 1, żeby zatrzymać strajk, zamknąć bramę.. I nic. Zamilkła. I już w studiu tego nie mówiła”.
Taką wersję tego zdarzenia podtrzymuje też „Encyklopedia Solidarności”, która nie wymienia Krzywonos wśród kobiet zatrzymujących strajkujących.
Dla dzieci wszystko
Henryka Krzywonos-Strycharska przez lata prowadziła z mężem Krzysztofem rodzinny dom dziecka. Strycharski, według jej opowiadań, był dla niej i dzieci zawsze bardzo dobry — dlatego wybaczyła mu nawet to, że był kiedyś w ZOMO. Wychowali wspólnie dwanaścioro dzieci. Własnych nie mogła mieć, po tym jak poroniła, gdy ubek pobił ją w stanie wojennym. Sama urodziła się w więzieniu, w szpitalu WUBP w Olsztynie. „Moja matka siedziała za Stalina. […] Siedziała przez ojca, który był w więzieniu i uciekł. A matka nie chciała go wydać. Siedział, bo wmieszał się trochę w politykę, ale za co siedział, nie mam zielonego pojęcia” — opowiadała „Krytyce Politycznej”. „Było nas w domu czworo rodzeństwa, rodzice byli alkoholikami. Gdy byłam małym dzieckiem, ojciec oddał mnie i brata do domu dziecka. Po krótkim pobycie wróciłam do domu. Po raz drugi trafiłam do domu dziecka jako 13-letnia dziewczynka, tym razem na dłużej, do pełnoletności” — mówiła także w „Gazecie Kartuskiej”.
Z tak trudnego dzieciństwa wynika zapewne jej troska o wychowywane wraz z mężem dzieci. Nie zawahała się pójść po pomoc nawet do… Jolanty Kwaśniewskiej. We wspomnianej książce Agnieszki Wiśniewskiej czytamy: „Kwaśniewska załatwiła Strycharskim pomoc finansową. Kilka miesięcy później Henia robiła imprezę mikołajkową dla dzieci w ośrodku adopcyjno- opiekuńczym. Gdy zastanawiały się z koleżankami, kogo zaprosić, zaproponowała, że spróbuje namówić prezydentową. Namówiła. Prezydentowa przywiozła każdemu dziecku w prezencie łyżworolki. Odwiedziła też dom rodzinny Strycharskich. Prywatnie. Przyjaźnią się do dziś”. Ta pomoc nie zawsze była bezinteresowna. Prośba o rewanż nadeszła w mało spodziewanym momencie. Krzysztof Wyszkowski na spotkaniu w Filadelfii w 2013 r. opowiadał o czasie, gdy prezesem IPN po Leonie Kieresie chciał zostać Bogdan Borusewicz. Pojawił się apel, by zrezygnował z kandydowania. Podpisała go również Krzywonos. „Wieczorem telefon od Heni: .Krzysiu, proszę cię, wycofaj mój podpis, bo tu wiesz, Jola Kwaśniewska dzwoniła….. óco Jola?.. .No wiesz, ona mi daje pieniądze na mój dom dziecka itd… Wycofałem. Mam ten oryginał oświadczenia z jej podpisem, ale do PAP zadzwoniłem: ówykreślcie tę biedną Krzywonos….. I ona tak — kto jej zapłaci, z tym idzie. A ponieważ z naszej strony nie ma specjalnie chętnych do płacenia, więc idzie z tamtymi” — mówił zdegustowany Wyszkowski.
O związkach z byłą prezydentową posłanka PO nie chce oczywiście opowiadać. Jak i o wielu innych rzeczach. Całkowicie niezrozumiałe jest np. ukrywanie tego, ilu nazwisk używała w życiu. Próbowaliśmy o to zapytać. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że Krzywonos nas oskarży.
Proszę bardzo, ale to są państwowe dokumenty, ogólnodostępne.
H.K.: Ogólnodostępne — to ciekawe.
Każdy obywatel może do nich sięgnąć, jeśli ma takie życzenie.
No więc ja panu powiedziałam, że ja sobie…
Obowiązuje w Polsce ustawa o dostępie do informacji publicznej.
To ciekawe. A ja wiem, że też ochrona.
Ale ochrona czego?
Moich danych osobowych.
Ale to są dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej między innymi…
[ŚMIECH]
…dotyczące różnych…
To ciekawe, że w Instytucie Pamięci Narodowej są takie dokumenty, a innych znaleźć nie możecie.
W gdańskim oddziale IPN rzeczywiście nie ma zbyt wielu materiałów na temat „legendarnej” działaczki. Większość dokumentów została zniszczona. Jej nazwisko figuruje na listach osób przeznaczonych do internowania, do którego ostatecznie nie doszło. Dlaczego? Nie wiadomo. Znaleźliśmy za to dokumenty potwierdzające jej udział w wypadku, do którego doszło 19 listopada 1977 r. O godz. 22.15 pijany ubek Kazimierz Nowakowski nie zmieścił się swoją Syreną 105 w zakręt ul. Uczniowskiej w Gdańsku. Auto uderzyło w filar i przewróciło się na bok. Henryka była… jego pasażerką. Wracała wraz z mężem (Józefem Krzywonosem), jego siostrą i jej mężem z rodzinnego przyjęcia. Zeznała, że kierowca był tak dobry, iż zdecydował się podwieźć towarzystwo do domu. Kaprala Nowakowskiego wydalono po tym ze służby.
= = =
Kiedy Henryka Krzywonos-Strycharska została posłanką, musiała złożyć oświadczenie majątkowe. Opinię publiczną poruszyło to, że była tramwajarka dostaje miesięcznie 6 230 zł emerytury. Okazuje się, że 3,5 tys. z tej kwoty to świadczenie specjalne przyznane przez ówczesnego premiera Donalda Tuska w lipcu 2009 r. To wtedy Krzywonos przeszła na emeryturę w wieku 56 lat. Na ten temat także oczywiście nie chce rozmawiać.
Jako postscriptum tego tekstu przytaczamy literalnie wypowiedź pani poseł z konferencji prasowej, którą zorganizowała w Sejmie po tym, jak próbowaliśmy uzyskać od niej odpowiedzi na wiele pytań: „W tej chwili napada się też na moją rodzinę i szuka w moich aktach. Mówię o Trybunale w tej chwili Konstytucyjnym. Jeśli do moich akt wchodzą ludzie i grzebią w nich jak w swoich rzeczach, to przepraszam bardzo — jeśli pozbędziemy się Trybunału Konstytucyjnego, naprawdę uprzedzam państwa, nie będziemy musieli zamykać drzwi. Oni wszędzie wejdą. Wszędzie, naprawdę, bo nikt nas nie będzie bronił […]. Po prostu przyszedł tutaj pan dziennikarz, albo też nie, oni chowają mikrofony, bo ja rozmawiam nie z wszystkimi dziennikarzami, dlatego że powstała na mnie nagonka w tej chwili. Usłyszałam od pana, że… pytał mnie o mojego byłego męża, o Krzywonosa, pytał mnie o inne rzeczy i mówi: ja sobie weszłem, bo miałem prawo. Przepraszam, nikt nie ma prawa grzebać w mojej rodzinie czy w moim życiu poprzednim. Ja jestem politykiem i proszę bardzo w tej chwili traktować mnie w ten sposób. Natomiast uważam, że skoro się szuka i tak dalej, to znaczy, że to jest bardzo złe. Dlatego też mówię, przypominam, że jeśli nie będzie nas miał kto bronić, to przejdziemy po prostu tragedię”.
Jak było naprawdę — właśnie państwu opowiedzieliśmy.
= = = = = =
KŁAMSTWO, CZYLI FUNDAMENT
Piotr Zaremba
Artykuł ukazał się w numerze tygodnika „wSieci” Nr 6 (219) 2017
6–12 lutego 2017 r.
Nie upadek Lecha Wałęsy z początku lat 70., ale decyzja, aby podporządkować mu własną politykę, zatruła organizm III RP. Najpierw jako realny motyw niszczenia przez niego państwa, później już tylko jako symbol. Komunikat grafologów działających na wniosek IPN też jest symbolem – końca tamtej epoki.
Pamiętam dokładnie moment, kiedy jako dziennikarz dowiedziałem się, że są „papiery” na Lecha Wałęsę. Było to 4 czerwca 1992 r., w najdłuższy dzień, jaki mi się zdarzyło przeżyć w Sejmie. Dzień zakończony późną nocą obaleniem rządu Jana Olszewskiego, który poważył się na niedoskonałą, ale konieczną jako pierwszy krok, lustrację klasy politycznej.
Co groziło państwu?
Listy polityków zarejestrowanych jako tajni współpracownicy zostały już rozdane klubom parlamentarnym. A mnie i Igora Zalewskiego, z którym wtedy pracowałem w „Życiu Warszawy”, wziął na stronę pewien poseł Unii Demokratycznej, którego znałem z dawnych czasów, człowiek przyzwoity. Zduszonym głosem, paląc papierosa, powiedział nam, że jest jeszcze jedna lista przekazana przez szefa MSW Antoniego Macierewicza marszałkowi Sejmu. Na liście tej figuruje prezydent państwa.
„Oni uderzają w same podstawy państwa” – wybuchnął ów parlamentarzysta. Chodziło mu tyleż o możliwy paraliż prezydenckiego ośrodka władzy, ile o szkody dla wizerunku Polski, skazę na solidarnościowym micie. On akurat nie mówił tego cynicznie.
Pamiętam, że moja reakcja była całkiem odwrotna. Ja, obserwując od ponad półtora roku prezydenturę Wałęsy, zobaczyłem ją raz jeszcze z lotu ptaka.
Dwuznaczną reakcję na pucz Janajewa w roku 1991. Podchody pod usiłowania ekipy Olszewskiego, aby ukrócić samowolę dziedziczonych po PRL służb specjalnych, a również pod jednoznacznie prozachodnią opcję w polityce zagranicznej. Do dziś niewyjaśniony, także przez obrońców Wałęsy, pomysł dziwnych, wprowadzanych na siłę do traktatu z Rosją mieszanych polsko- -rosyjskich spółek, które gołym okiem jawiły się jako narzędzie penetracji naszego państwa. Już wtedy wiele o tym wiedzieliśmy, choć jeszcze więcej argumentów dostarczyła wydana za kilka miesięcy książka „Lewy czerwcowy”.
Z mojej perspektywy ta prezydentura stawała się horrendalnym problemem. Jeśli podstawy państwa miały nie być zagrożone, to właśnie ona powinna się jakoś zakończyć. Powinno zostać dokonane jakieś oczyszczenie.
Jak z greckiej tragedii
Oczywiście sytuacja była jak z greckiej tragedii, bo dylemat dotyczył lidera solidarnościowej rewolucji wyniesionego do władzy przez tych, którzy go teraz demaskowali. Ale właśnie dlatego tylko konsensus solidarnościowych elit mógł wtedy prowadzić do jakiegoś sensownego rozwiązania. Rozwiązania chroniącego polską rację stanu.
Choćby przed taką sytuacją, że Mieczysław Wachowski, prawdopodobnie kilka lat wcześniej łącznik między Wałęsą a SB, ma wgląd w największe tajemnice państwowe, prezydencka kancelaria zaś jest obsadzona niemal bez wyjątku przez dawnych tajnych współpracowników, a więc ludzi złamanych (nawet ks. Franciszek Cybula, kapelan głowy państwa, figurował na takiej liście).
Zamiast konsensusu pojawiła się zacięta walka lewego skrzydła dawnych solidarnościowców z lustracją i podsuwanie z satysfakcją Wałęsy jako pasztetu, który prawica musi koniecznie zjeść. Refleksja nad zagrożeniem racji stanu wśród antylustracyjnych środowisk nie pojawiła się ani na moment.
W efekcie Wałęsa stał się na powrót panem sytuacji. Najpierw patronując, potem szkodząc rządowi Hanny Suchockiej, a wreszcie rozwiązując parlament jednak z solidarnościową większością – po to, aby go nie zlustrowano. Ten krok utorował drogę postkomunistom. Stworzyło to nową sytuację, w której Wałęsa mógł występować okazjonalnie jako rycerz wymachujący antykomunistycznym sztandarem.
Nie uratowało go to od klęski i eliminacji z polityki. Temat jego lustracyjnych kłopotów był oczywiście jedną z wielu okoliczności grzebiących jego fatalną prezydenturę i myśl o przedłużeniu jego przywództwa na solidarnościowej prawicy – a były takie pomysły. Był on zarazem argumentem za tym, że to błogosławiony finał. Wałęsę wypchnęło powstanie skupionego wokół „Solidarności” AWS. Ale potem nie było już dla niego miejsca na żadnym etapie. I dobrze.
Mam świadomość, że cała ta opowieść jest bardziej skomplikowana, niż chcieliby autorzy obecnych hejterskich memów sprowadzających całą jego działalność do roli groteskowego i szkodliwego kapusia. Gdyby tak było, dlaczego pod koniec 1980 r. jego czołowy dziś krytyk Krzysztof Wyszkowski bronił jego przywództwa w „Solidarności” przed ludźmi lewicy skupionymi wokół Jacka Kuronia, ale i przed Andrzejem Gwiazdą? Ze świadomością, że „coś na Wałęsę jest”.
I dlaczego w roku 1990 postawili na niego Lech i Jarosław Kaczyńscy, też ze świadomością, że „coś na niego jest”? Ale z przekonaniem, że tylko on, ze swoją żądzą władzy i pewnym mirem wśród ludu, może być taranem przyśpieszającym zmiany i ograniczającym wpływy lewego skrzydła dawnej opozycji.
Kim był Wałęsa?
Piszę to nie po to, aby oskarżać tych ludzi, możliwe, że nie mieli innego politycznego wyboru, na dokładkę między „coś jest” a znajomością papierów jest jednak różnica. Te zaś można było poznać, tylko zyskując wgląd w komunistyczne archiwa – nieznane opozycjonistom, a w pierwszych latach III RP pozostające w rękach takich ludzi jak pierwszy szef UOP, potem minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski. Niemniej zwracam uwagę na prymitywizm argumentacji tych wszystkich, którzy teraz ogłaszają, że sprawa „Bolka” była prosta i łatwa. Nie była.
Gdy czytamy dziś wypowiedzi Lecha i Jarosława Kaczyńskich o latach 80. (choćby w wywiadzie rzece „O dwóch takich”), poznajemy zresztą ich wyważone opinie na temat ówczesnej roli Wałęsy. Oni nie twierdzą, że był przez cały czas marionetką SB, a w związku z tym cała „Solidarność” jest jak stworzony przez bezpiekę V Zarząd WiN, co dziś z upodobaniem powtarzają niektórzy prawicowi komentatorzy.
Nie tylko analogia jest fałszywa, bo „Solidarność” była wielomilionowym ruchem, zbyt skomplikowanym, aby manipulował nim jeden sprytny agent. Ale i dlatego, że Wałęsa był w wielu swoich decyzjach prawdopodobnie suwerenny. Najmocniej wtedy, kiedy w roku 1982, po wprowadzeniu stanu wojennego, odmówił firmowania szopki z kontrolowaną przez władze łże-„Solidarnością”.
A zarazem granic tej jego suwerenności nie będziemy pewnie nigdy znali. Gdy piszę o Wachowskim jako łączniku między liderem opozycyjnego związku a peerelowskimi służbami (wskazują na to jego dziwne zachowania w latach 80.), mam świadomość konsekwencji tego założenia. To popycha jednych do totalnego zwątpienia w solidarnościową rewolucję. A innych prowadzi do zaskakującego wniosku, że tylko taki, podatny na naciski władzy, choć częściowo samodzielny, trybun mógł przeprowadzić zmianę kończącą się zdemontowaniem komunizmu. Ułomnym, częściowym zdemontowaniem, ale jednak.
Tak jak nie ma pełnej odpowiedzi na pytanie, kim był Wałęsa, tak nie odpowiemy precyzyjnie, jaki inny scenariusz jego wyplątania się z tej sytuacji był możliwy. Kiedy miał się przyznać i oczyścić? W roku 1980, gdy chciał utrzymać przywództwo „Solidarności”? Takie wyznanie by mu nie pomogło. Po 1989 r., kiedy jego doradcy z prof. Bronisławem Geremkiem i Adamem Michnikiem chętnie odsyłali go do gabinetu figur woskowych? Pojawia się natychmiast podobna wątpliwość.
Zapewne momentem najmniej niedogodnym był ten po zdobyciu przez niego prezydentury. Gdyby opowiedział wtedy swoją historię i powiązał wyznanie z żelaznym uderzeniem w interesy postpeerelowskiego układu, możliwe, że zachowałby i dobre imię, i polityczną siłę. Ale nie wystarczyło mu charakteru. Wierzył w moc i niezmienność tego układu, swoich prześladowców, lecz i partnerów traktował z hucpą detalicznego chytrusa. Albo uwikłania były większe i nie sprowadzały się tylko do papierów w domu Kiszczaka. Dość, że takiej drogi nie wybrał. I zatruł polskie życie publiczne.
Kamień węgielny III RP
Jego ówczesna decyzja stała się jednym z kamieni węgielnych logiki III RP. Po pierwsze, tylko on był w stanie dokonać po zwycięstwie 1990 r. rewolucji. Prosto, najprościej mówi o tym po latach Paweł Kukiz. „Mam jeden podstawowy zarzut do Lecha Wałęsy: że brnął i nadal brnie w swoim kłamstwie; dzięki temu powstała gruba kreska, która umożliwiła komunistycznym aparatczykom uwłaszczenie się na państwie i obywatelach” – napisał teraz, po latach. Jest w tym skrót myślowy łączący ocenę setek patologii i zaniechań, jakie cechowały wałęsowską prezydenturę.
One polegały nie tylko na tym, że do dawnej peerelowskiej korupcji dodano nową, też często z udziałem ludzi dawnych służb. Także na tym, że Wałęsa jako jedyny miał dane, aby ułożyć na racjonalnych podstawach politykę. Zjednoczyć pod swoją egidą solidarnościową prawicę, która budowałaby państwo zarazem nowoczesne, jak i oparte na korzeniach polskiej i chrześcijańskiej tradycji.
Zamiast tego wybrał patronowanie chaosowi. Rozbijanie bloku, który się wokół niego uformował, osłabianie jego liderów (wojna z Janem Olszewskim czy Jarosławem Kaczyńskim) i przerzucanie się ze strony na stronę, łącznie ze słynnym budowaniem „lewej nogi”, która i tak by się odrodziła, ale z większym czasowym poślizgiem.
Wpływ na to miało także usposobienie Wałęsy. On widział uprawianie polityki, wzmacnianie swojej personalnej pozycji w państwie, przez pryzmat tuzinkowych intryg i ręcznego sterowania – słabościami ludzi, a nie rozwojem ideowych kierunków. Ale z pewnością wiele jego ruchów było efektem podpowiedzi dziwnego, niesuwerennego wobec ciemnych sił otoczenia z Wachowskim na czele. A później również dziełem strachu, że jego dawny obóz go zlustruje. Bo jednak oczyszczenie było elementem programu rewolucji, którą on tak szybko zdradził.
Gdzie jest mit „Solidarności”?
Było też coś więcej. Dziś obrońcy Wałęsy najpierw przed Macierewiczem i Cenckiewiczem, a teraz już tylko przed siłą urzędowo potwierdzonych papierów przedstawiają się jako obrońcy solidarnościowego mitu. Niektórzy w to zapewne wierzą – nie mam powodu wątpić, że Jerzy Borowczak czy Władysław Frasyniuk chcieliby jakiegoś zamiecenia całej historii pod dywan w imię podtrzymania legendy. Więcej nawet, stoją za tym w teorii poważne racje. I dla opinii zagranicznej, i dla wielu Polaków nie da się oddzielić Lecha od „Solidarności”, a mit tego ruchu jest ważnym składnikiem naszej historycznej świadomości.
Tyle że w warunkach społeczeństwa coraz bardziej otwartego taka narodowa umowa, aby coś zamieść, była od początku złudzeniem. Ja, człowiek prywatny i mało ważny, oficjalną informację o figurowaniu Wałęsy w aktach w roli tajnego współpracownika poznałem 4 czerwca 1992 r. O domniemaniach usłyszałem po raz pierwszy w latach 80. od kolegi, który miał ojca w MSW. Jeśli tak, demaskacja Wałęsy była tak czy inaczej kwestią czasu. Zrobili to jego dawni sojusznicy, zresztą w obliczu zatrważających faktów dotyczących jego prezydentury, ale mogli zrobić ludzie PRL, gdyby Wałęsa urwał im się całkiem i bezpowrotnie. Tę bombę można było tylko rozbroić.
Ale to nie wszystko. Rzecz w tym, że dziś głównymi akolitami kultu „naszego Lecha” stali się redaktorzy „Gazety Wyborczej”, TVN czy „Newsweeka”. Sprzedają ją zresztą z całą antypatyczną otoczką. Z wiarą Wałęsy, że niemal sam jeden obalił komunizm (w roku 1990 te twierdzenia były przez ten sam obóz wyśmiewane). I ze zgubieniem, także czysto ludzkim, dużej części dawnych towarzyszy broni. Z odwróceniem się od realnej, nadal działającej „Solidarności”. Z ostentacyjną pogardą dla ewentualnego wsparcia dawnych kombatantów, którzy zwłaszcza na prowincji mieli złamane życie, niczego się nie dorobili i potrzebowali pomocy.
Nie dziwię się, że te ośrodki medialne zagospodarowały Wałęsowską wersję. Wszak same od początku lat 90. prowadziły absurdalną wojnę z solidarnościowym kombatanctwem, którego było skądinąd bardzo niewiele, ale którego ludzie zaczęli się literalnie wstydzić. To odwracanie się od niedawnego biograficznego dziedzictwa było absurdem, zważywszy na biograficzne korzenie redaktorów „Wyborczej” czy polityków Unii Wolności, ale otwierało pole do nowych sojuszów i podziałów – do pojednania z częścią obozu PRL.
Kiedy do tego dodano obronę wałęsowskiego trupa w szafie, tradycja solidarnościowa została utytłana ostatecznie i nieodwołalnie. Zamiast opowieści o dzielnym robotniku, który się uwolnił, dostaliśmy kolejną wersję panświnizmu. Wizję społeczeństwa, w którym wszyscy są umoczeni.
A dodajmy, że mit „Solidarności” dziś może się jawić tylko jako ładne świecidełko warte złożenia na półce. Ale w latach 90. był potencjalnym motorem przemian, sztandarem walki z nieprawościami i układami. Stał się nim tylko w ograniczonym stopniu. I historia Wałęsy, a także sam Wałęsa posłużyli tu jako jedno więcej ważne narzędzie jego podważenia. Ile z tego on sam zrozumiał, to inna sprawa.
Zły i dobry morał
Jest i trzeci wymiar całej historii powodujący, że mogła się ona stać jednym z symboli reguł III RP. Złych morałów na długie lata. Opowieść o Wałęsie wyrywającym kartki z własnych akt, prześladującym płk. Adama Hodysza, który znał prawdę, sprzymierzającym się z najciemniejszymi typami, żeby prawda nie wyszła na jaw, to opowieść o zwycięstwie silnych – nad przejrzystością i sprawiedliwością.
Podobnie jak historia nacisków, najpierw na IPN, potem nawet na Uniwersytet Jagielloński, wywieranych w iście białoruskim stylu przez rząd Platformy Obywatelskiej w reakcji na niewygodne publikacje. Wtedy Wałęsa z bossa stał się już tylko wygodnym symbolem. Realna waga tej historii malała, ale jako swoisty znak miała się całkiem dobrze. To nie była dobra lekcja dla obywateli, ale wielu czytało ją jako zachętę dla najróżniejszych aktów nieprawości i samowoli.
To Jarosław Kaczyński powiedział sensownie w dyskusji z posłami Unii Pracy w połowie lat 90., że w Polsce, gdzie skazany będzie Jaruzelski, każdy, także dyrektor szkoły w małej miejscowości, dostanie czytelny symbol, że nie wszystko można i że skończyła się pewna epoka.
Od pewnego momentu dzieje Wałęsy zaczęły odgrywać podobną rolę. Przy czym o ile Jaruzelski stał się takim symbolem z istoty jako niedawny komunistyczny dyktator, o tyle Wałęsa miał chyba po roku 1989 pole manewru. Wybrał inaczej, z ostatecznymi skutkami odłożonymi na lata. Jego legenda zgasła wraz z częściową utratą wpływów tych, którzy wzięli go, często koniunkturalnie, na sztandar. Pytanie na sztandar czego.
Ja odczuwam z tego powodu jedynie smutek. Nie mam w sobie satysfakcji hejterów. Ale ten finał był nieunikniony. I pomimo rozlicznych złych lub gorzkich konotacji jakoś tam oczyszczający.
Obrońcy Wałęsy krzyczą o politycznym zamówieniu, o próbie zbudowania nowej solidarnościowej hierarchii, o pisaniu historii od początku. Ale przecież jako deus ex machina wystąpiła tu spragniona pieniędzy wdowa po gen. Czesławie Kiszczaku. To PRL, z którym Wałęsa wchodził, i to po 1989 r., w rozmaite symbiozy i sojusze, pogrzebał go na końcu. Można mówić o końcu pewnej epoki z jej wyzwaniami raz szekspirowskimi, raz tragikomicznymi. Koniec, sztuka skończona.
= = = = = = = = =
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Co tydzień, w weekendy czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
