Kto chce wysadzić Jedwabne w powietrze?Kto chce wysadzić Jedwabne w powietrze? "Wiemy dziś, że w miejscu zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali grupę Polaków"

Wbrew mitom zwolenników natychmiastowej ekshumacji w Jedwabnem ustalenia Instytutu Pamięci Narodowej wystarczyły, by naświetlić prawdę o wydarzeniach z 10 lipca 1941 r.
Nie każdy, kto mówi, że chce dobrze, naprawdę tego chce. Nie każdy, kto chce pomóc, pomaga. Podsycanie emocji wokół Jedwabnego autorom teorii spiskowych daje rozgłos i pomaga zarobić niezłe pieniądze, a przeciwnikom polskiej racji stanu ośmieszyć i skompromitować prawdziwe dochodzenie do prawdy.
Wojciech Sumliński o Jedwabnem napisał już trzy książki (z Tomaszem Budzyńskim i dr Ewą Kurek), a teraz zrobił film dokumentalny pt. „Powrót do Jedwabnego”. Narracja jest prosta – Żydzi przygotowali wieloetapowy spisek, polegający na oskarżeniu Polaków o Holokaust, by domagać się zadośćuczynienia finansowego lub nawet przyznania im nieruchomości w Polsce, a w krytycznym momencie dla Państwa Izrael – sprowadzenia się do Polski. W tezach publicysty przeplatają się fakty powszechnie znane, manipulacje, wreszcie niczym niepoparte twierdzenia.
Co więcej, Wojciech Sumliński korzysta z pomocy otoczenia Leszka Bubla – założyciela Polskiej Partii Narodowej i wydawcy pisma „Poznaj Żyda”, człowieka, który sam przyznaje, że jest dumny ze swojego antysemityzmu.
W filmie Sumlińskiego występuje współpracownik Bubla – Bolesław Szenicer, przedstawiający się jako działacz społeczności żydowskiej w Polsce. Szenicer jest jedynym Żydem, którego wypowiedzi twórcy dokumentu pokazują w swoim materiale. To wygodne, bo mężczyzna jest najbardziej gorliwym oskarżycielem Izraela spośród wszystkich bohaterów filmu. Jego zdaniem Żydzi kłamią o Holokauście i robią to „dla pieniędzy”, a poza tym „Żydzi rządzą światem, taka jest prawda, nie bójmy się tego określenia”. Karykaturalne demonizowanie środowisk żydowskich jest tu wyjęte rodem z pisemka „Poznaj Żyda”, gdzie wszystkie interesy Izraela i organizacji odwołujących się do dziedzictwa judaizmu są częścią spisku sterującego światem z Nowego Jorku.
Innymi komentatorami w filmie są np. Andrzej Kumor, publicysta polonijny z Kanady, czy Robert Bąkiewicz, założyciel Straży Narodowej. Z całym szacunkiem dla prawicowych działaczy, ale nie ma podstaw, aby ich kompetencje o Jedwabnem, światowej polityce środowisk żydowskich czy Izraela uważać za wiarygodne. Podobnie w przypadku Aldony Zaorskiej, wieloletniej redaktorki „Warszawskiej Gazety”, zajmującej się tropieniem Żydów w polskim życiu publicznym.
Z osób o uznanym dorobku wypowiadają się Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu Ordo Iuris, oraz dr Ewa Kurek, historyk. Ten pierwszy opowiada o sposobie kształtowania się prawa międzynarodowego, według którego w przyszłości będzie można wywierać na Polskę presję w sprawie zwrotu mienia bezspadkowego. Dr Kurek w dużej mierze powtarza sformułowania, które padły we wspomnianych książkach. Niektóre twierdzenia historyczki, dalekie od prawdy, są wręcz skandaliczne.
Bzdury o Holokauście
Dr Kurek w „Powrocie do Jedwabnego” przekonuje, że Żydzi – gdy w pierwszych miesiącach niemieckiej okupacji zostali przesiedleni do gett – dostali „wyczekiwane miejsce do życia, z dobrze rozwiniętą administracją, służbą porządkową, policją, władzą wykonawczą w osobie burmistrza i Judenratów, polityką wewnętrzną. Finansowali swoją enklawę – swoją autonomię”. W filmie przytacza się wyrwane z kontekstu wspomnienia Żydów, którzy jakoby mieli wierzyć w dobrodziejstwa najazdu III Rzeszy, w to, że getta były właściwie jedynie „zamkniętą dzielnicą mieszkaniową” i że z powodu przesiedleń mieli „powody do radości”. Autorzy sugerują, że Żydzi mieli w Generalnym Gubernatorstwie lepiej niż Polacy, przynajmniej na początku wojny.
Profesjonalni historycy o uznanym dorobku mają skrajnie odmienne zdanie. Jak w swojej pracy „Kto dopomoże Żydowi” pisze prof. Bogdan Musiał, już od założenia gett warunki w nich były bardzo złe.
W związku z utworzeniem getta w Warszawie 138 tys. żydowskich mieszkańców miasta zostało zmuszonych do opuszczenia dotychczasowych mieszkań i przeprowadzenia się na teren wyznaczonej dla nich dzielnicy. Równocześnie 113 tys. polskich mieszkańców Warszawy, którzy mieszkali na przeznaczonym na getto obszarze, musiało się przeprowadzić do innych części miasta
– pisał historyk.
Przeciwko publicystycznym tezom Wojciecha Sumlińskiego i dr Ewy Kurek stają nauka i twarde fakty. I tak oto getto warszawskie zajmowało 403 ha, miało 27 tys. kwater przeznaczonych dla 410 tys. Żydów. W jednym mieszkaniu musiało więc żyć ponad 15 osób, a na jeden pokój przypadało sześć–siedem osób. To ma być „wymarzona autonomia” dla Żydów?
Twórcy filmu mamią widzów, że odnaleźli niezwykłych świadków, z którymi nikt nie miał odwagi porozmawiać. Troje świadków zbrodni to wiekowi ludzie, a w dniu mordu w Jedwabnem mieli po 10–12 lat. Ich wspomnienie jest ważne dla uhonorowania ofiar, niestety niewiele wnosi do śledztwa. Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że 80 lat po tamtych wydarzeniach wiarygodni świadkowie, którzy świadomie przeżywali masakrę w Jedwabnem, już nie żyją. W sierpniu 2017 r. do oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku zgłosił się jeden z mieszkańców tego miasta, który wskazał nieznanego świadka masakry. 90-letnia mieszkanka Orzysza widziała pewne zajścia, ale nie więcej niż inni mieszkańcy.
W toku przesłuchania świadek nie podał jednak ani nowych, nieznanych dotychczas okoliczności dotyczących przebiegu wydarzeń […], ani na temat jego sprawców
– czytamy w komunikacie IPN.
Emocje zamiast prawdy
Film jest emocjonalną manipulacją w tym sensie, że przedstawia dobrze już znane fakty jako rewelacje, a wypowiadający się w nim ludzie mówią albo nie na temat, albo są tak luźno związani ze sprawą jak każda inna przypadkowa osoba. Nieraz ociera się to o śmieszność – widzimy bowiem ks. Łukasza Kadzińskiego, który jest pytany o Holokaust, bo jest wnukiem Jana Dobraczyńskiego, który ratował Żydów w czasie II wojny światowej. Trudno jednak pokrewieństwo z działaczem Polskiego Państwa Podziemnego uznać za predyspozycje do zabierania głosu w każdej sprawie.
Tak właśnie nakręca się ekscytację wokół zbrodni – przypadkowi ludzie, niezbyt kompetentni eksperci, osoby zarabiające na kontrowersyjnych tezach, wzruszająca muzyka przeciwko groźnym urywkom z wypowiedzi zachodnich lub izraelskich polityków. Nic nowego o Jedwabnem, za to wieczny postulat wzywający do wznowienia ekshumacji. I tu pojawia się labirynt nowych niuansów.
Ekshumacja, czyli otwarcie puszki Pandory
Wbrew mitom zwolenników natychmiastowej ekshumacji w Jedwabnem ustalenia Instytutu Pamięci Narodowej wystarczyły, by naświetlić prawdę o wydarzeniach z 10 lipca 1941 r. Wiemy dziś, że w miejscu zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali grupę Polaków do przeprowadzenia eksterminacji Żydów. Wiemy, że podawana na początku liczba ofiar (1,6 tys. osób) została zawyżona przynajmniej pięciokrotnie. Już częściowa ekshumacja, którą przeprowadził zespół prof. Andrzeja Koli, wystarczyła, by wskazać niemiecką obecność w Jedwabnem. Nade wszystko jednak nad wskazaniem winnych masakry unosi się konkretne prawo międzynarodowe.
Według IV konwencji haskiej z 1907 r. to okupant ponosi odpowiedzialność za zbrodnie przeprowadzone na kontrolowanym przez niego terytorium - Niemcy sami zobowiązali się do przestrzegania tego prawa. W artykule 43 dokumentu jest mowa o tym, że to okupant odpowiada za „porządek i życie społeczne”. Prawne konsekwencje za zbrodnie na ziemiach zajętych przez dane państwo potwierdziła później konwencja genewska z 1949 r. Polaków jako narodu nie da się oskarżyć z jeszcze jednego powodu – mordy dokonane przez poszczególnych ludzi nie obarczają instytucji ani państwa. Żydów broniły konkretne instytucje – Armia Krajowa czy Rada Pomocy Żydom, mordowały – jednostki, społeczny margines, który był potem karany lub ścigany za swoje winy. Przeciwko polskiemu sprawstwu przemawia wiele faktów, także tych pośrednio wpływających na ocenę sytuacji.
Interes państwa polskiego
Przeciwnikom państwa polskiego nie chodzi o prawdę – chodzi o propagandę i oszczerstwa. Dr Karol Nawrocki, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, przytoczył w telewizji wPolsce.pl opinię prof. Jana Żaryna w tej sprawie:
Ekshumacja bez obecności strony izraelskiej będzie w pewnym sensie bezproduktywna z punktu widzenia państwa polskiego
Pod tym skrótowym określeniem kryje się dwupłaszczyznowa gra z kłamliwymi historykami. Po pierwsze, ci, którzy nie chcą poznać prawdy, są szachowani przez możliwość ekshumacji. Sumliński straszy wybranymi postaciami zachodniej polityki, ale to właśnie możliwość ekshumacji – a nie sama ekshumacja – jest na nich największym straszakiem.
Dlaczego? Publicyści i historycy oskarżający Polskę o udział w Holokauście dokonują drastycznych przekłamań i błędów. Znany jest przypadek prof. Jana Grabowskiego i prof. Barbary Engelking, którzy potrafili uwierzyć w totalne konfabulacje Fajwela Bielawskiego albo pomylić dwóch Edwardów Malinowskich, choć w dokumentach było wyraźnie napisane, że jeden był synem Stanisława (i był bohaterem), a drugi synem Adolfa (zupełnie inną postacią). Właściwie każdy autor oczerniający Polaków znajdzie wydawcę. Mirosław Tryczyk opublikował w 2015 r. książkę „Miasta śmierci”, gdzie nie potrafił nawet odczytać dokumentów. Autor napisał, że w dwóch majątkach polskich „pracowały Żydówki za benzynę”, co miało być dowodem wyzysku w czasie okupacji. Tymczasem w zeznaniach było napisane, że tam „pracowały Żydówki ze Szczuczyna”. Zrobić „benzynę” ze „Szczuczyna” i na tej podstawie przypisywać ludności zbrodnię, to tylko najwybitniejsi hochsztaplerzy potrafią.
Zatem fakty im nie są potrzebne – także z Jedwabnego – ale emocje, podkręcanie histerii z miejsc zagłady. Gdyby wznowić ekshumację, świat raz jeszcze będzie przeżywał zbrodnię z Podlasia, a setki dramatycznych zdjęć doczesnych szczątków mężczyzn, kobiet, starców i dzieci obiegną glob w zakłamanym obiektywie Grossów, Grabowskich i Tryczyków. Zanim prawda wynikająca z rzetelnych badań zostanie sformułowana, kłamstwa i emocje trzykrotnie okrążą Ziemię. Czy tego tak naprawdę chcą zwolennicy szybkiej ekshumacji?
Artykuł z 39/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
