Wydawałoby się, że letnie miesiące powinny być wypełnione tylko urlopowymi lekkimi tematami, zachwytem nad przyrodą i odpoczynkiem, ale w Polsce tak się nie da. Mamy w pamięci rocznice wydarzeń XX wieku, które tkwią w nas głęboko, określają nasze myślenie, postępowanie i zachowanie w konkretnych sytuacjach.
Gdy podróżujemy wakacyjnie po naszym kraju, wśród lipcowych pól, dojrzałych zbóż, pachnących sadów, kolorowych ogródków przydomowych, trudno zapomnieć o rocznicy zbrodni wołyńskiej. Nie tylko o Wołyń tu chodzi, ale o ludobójstwo na polskiej ziemi kresowej w latach 1943 – 1945.
11 lipca 1943 roku, „krwawa niedziela”, Ukraińska Powstańcza Armia dokonała ataku na około sto wsi i miejscowości zamieszkałych głównie przez Polaków w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Tych zbrodni nie da się wymazać, zapomnieć, bo są tak potworne, nieludzkie, że trudno pojąć, wytłumaczyć, a tym bardziej zrozumieć. Polacy żyli tu od wieków, na swojej ziemi, wierni zawołaniu „Bóg Honor Ojczyzna”, skromnie i pracowicie dbali o swoje gospodarstwa, ale też dzielili się z potrzebującymi. Przyzwyczajeni do sąsiedztwa różnych nacji i wyznań, wspierali się, gdy Polska znalazła się pod okupacją wrogów z zachodu i wschodu. Wystarczy poczytać „Dzieci kresów” Lucyny Kulińskiej, kolejne tomy relacji tych, którzy przeżyli bestialstwo Ukraińców. Obecni świadkowie byli wówczas dziećmi, tylko nielicznym udało się uciec, schronić w jakiejś norze, zbożu czy w lesie, widzieli, jak byli mordowani ich rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, nie mogli nawet zapłakać, zawołać o ratunek. Historycy mówią o ponad stu metodach mordowania przez ukraińców, palenia i wszelkiego rodzaju znęcania się, aż do całkowitego zamordowania. Nawet najbardziej odporni nie są w stanie przeczytać całość relacji i oglądać zachowane zdjęcia. A wszystko to działo się wśród pól pachnących chlebem, sadów pełnych dojrzałych owoców i warzyw, mieniących się różnymi kolorami w lipcowym słońcu. Dziewczynki ze złotymi warkoczami i chłopcy zapędzający zwierzęta do wodopojów, radosne nawoływania i piosnki wracających z pól przed zmierzchem. Czas zbiorów po ciężkiej pracy, domy, stodoły i spichlerze schludnie wysprzątane, gotowe do żniw, serca otwarte, znane z kresowej gościnności. Wszystko zalane krwią, usłane ciałami niewinnych, bezbronnych dzieci, matek, babć i dziadków, bo młodzi i silni mężczyźni poszli do lasu, do partyzantki, walczyć z wrogiem Ojczyzny… Czy można zapomnieć o tych niewinnych ofiarach? Cały czas, przez wszystkie lata od tamtych tragedii bardzo nam ich brakuje i coraz bardziej brakuje kolejnych pokoleń przez nich wychowanych. Zygmunt Jan Rumel, poeta i żołnierz, absolwent Liceum Krzemienieckiego, wybitnie uzdolniony, został brutalnie zamordowany dzień przed apogeum tragedii, 10 lipca ’43 roku, rozerwany końmi razem z towarzyszącymi mu osobami - przedstawicielem okręgu Wołyńskiego AK Krzysztofem Markiewiczem i woźnicą Witoldem Dobrowolskim. Zygmunt Rumel, zrezygnowawszy ze zbrojnej obstawy w geście dobrej woli, udał się z ramienia polskiego Rządu Emigracyjnego do dowództwa banderowców z SB OUN, by pertraktować o zaprzestaniu mordowania. Okazało się, że dla barbarzyńców nie ma granic, których nie wolno przekroczyć. Zamordowali poetę na miarę Mickiewicza, Słowackiego, Norwida - jak pisał o nim Jarosław Iwaszkiewicz - miał 28 lat. Zamordowali tak tysiące Polaków, dzieci wychowanych w polskich patriotycznych domach kresowych, przyszłych wynalazców, pisarzy, artystów… W tym bolesnym zamyśleniu snują się pytania: gdzie są granice ludzkiego bestialstwa, gdzie są granice ludzkiego cierpienia… Określenie – Zbrodnia Wołyńska – ma charakter symboliczny, bo tak naprawdę chodzi o masowe mordy dokonane przez Ukraińców na terenach województwa wołyńskiego, lwowskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego, a także lubelskiego i poleskiego.
Nieliczni, którzy ocaleli, widzieli z ukrycia bestialsko zabijanych swoich najbliższych, są najważniejszymi świadkami, rozmawiałam z takimi osobami, mówili, że ich „oczy wylały już wszystkie łzy, ale cały czas krwawi serce” – opowiadali jak było, prosili, żebym zrobiła film dokumentalny, prawdziwy. Ale nie da się w pełni pokazać, opowiedzieć, co tam się działo. Zabijali tak strasznie, żeby nie tylko martwi milczeli, ale i żywi nie byli w stanie o tym zabijaniu opowiedzieć.
To było zbyt okrutne, żeby opowiadać, żeby zachować zwyczajne ludzkie pamiętanie.
O zbrodniach wołyńskich normalny człowiek nie jest w stanie spokojnie czytać ani słuchać.
To wszystko jest przerażające, nieprawdopodobne, by mogło się naprawdę wydarzyć, a zarazem zbyt współczesne, zbyt świeże. Nie da się pokazać nabijania dzieci na sztachety, przecinania ludzi piłą, odrąbywania rąk i nóg, miażdżenia ludzi w trybach kieratów, rozpruwania brzuchów ciężarnych kobiet, palenia żywcem. Nie da się, bo tego obrazu żaden widz, żaden normalny człowiek nie wytrzyma.
Oprawcy z UPA dobrze wiedzieli, jaki realizowali plan. Zabijali tak, by nie tylko zabić, ale i przerazić okrucieństwem, by zabić też i pamięć o tym strasznym zabijaniu. W dużej części im się to udało. Połowa Polaków nie wie dziś, co to były zbrodnie wołyńskie, kto kogo i gdzie zabijał, a na Ukrainie Banderze i Szuchewyczowi stawia się pomniki. Nad ukraińskimi zbrodniami nie było sądu ani trybunału, zagłada ponad 3 tysięcy wsi, ta straszna, nie dająca się opowiedzieć rzeź ponad 200 tysięcy Polaków, jak podają niektórzy badacze, nie została nawet symbolicznie osądzona. A przecież to wszystko działo się pod okiem niemieckiego okupanta i sowieckiego agresora, którzy razem zniszczyli przedwojenne państwo polskie, podając sobie ręce 17 września 1939 roku w pakcie Ribbentrop – Mołotow. Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce opublikowało przejmujący, jednoznaczny tekst w tej sprawie – „Parlamenty Europy Zachodniej po 100 latach potępili ludobójstwo Ormian dokonane przez Turków. Kto w końcu potępi ludobójstwo dokonane na Polakach ma Kresach Wschodnich przez Ukraińców, z pobudek skrajnej nienawiści narodowościowej, która drzemie w nich do dzisiaj? Czy świat dowie się prawdy o hekatombie Polaków, o naszej narodowej Drodze Krzyżowej. Ludobójstwo dokonane w sposób niespotykanie okrutny, przerażająco zwierzęcy, przewyższający swoją potwornością największe barbarzyństwa tatarsko-mongolskie, musi zostać osądzone i potępione”. To wielkie zadanie dla Państwa Polskiego, dla ludzi kultury, historyków, dla wszystkich Polaków, ale też dla Ukraińców. Wiktor Poliszczuk, kanadyjski prawnik, politolog, dr hab. nauk społecznych, dziennikarz i publicysta pochodzenia ukraińsko-polskiego, był pod koniec lat 90tych w Polsce. Zaprosił mnie wówczas płk. Jan Niewiński, świadek historii, który w 1943 roku dowodził obroną wsi Rybcza w powiecie krzemienieckim, zapamiętałam ich twarze, gdy mówili o tamtych niepojętych wydarzeniach. Nagrałam z nimi rozmowę z myślą o filmie dokumentalnym, który nigdy nie powstał. Poliszczuk powiedział wówczas: „W Kanadzie już po pierwszych miesiącach mego pobytu zetknąłem się z wręcz zoologiczną nienawiścią ukraińską do wszystkiego co polskie. Ja, wychowany w duchu patriotyzmu ukraińskiego, ukształtowany na klasyce polskiej i zachodniej, nie mogłem się pogodzić z takim spojrzeniem na świat i na ludzi, dlatego też ze świadomością tego, czego dopuścili się banderowcy na Wołyniu wobec ludności polskiej, podjąłem decyzję o poszukiwaniu materiałów stanowiących bazę moich badań nad historią Ukrainy i doszedłem do jednego, podstawowego wniosku – jeśli Ukraińcy nie spojrzą prawdzie w oczy, to ulegną dalszej degeneracji i zupełnemu zatraceniu, aż do utraty własnego państwa”.
Tylko w oparciu o prawdę można budować przyszłość jednostek, społeczeństw, krajów – mówi o tym Ewangelia i historia dziejów, przypominał to wielokrotnie Jan Paweł II, któremu bardzo bliska była południowo – wschodnia Polska, ziemia kresowa. Jest coraz więcej książek, ujawnionych dokumentów, trzeba odważnie docierać do prawdy, nie ma innej drogi dla Polski i dla Ukrainy, dwóch państw tak bardzo związanych ziemią rodzinną od pokoleń, wspólną historią.
Zapraszam Państwa na film dokumentalny pt. „O Polskę trzeba walczyć”, który jest hołdem oddanym cichym bohaterom południowo-wschodniej Polski. Pod koniec lat 90-tych pojechałam z ekipą filmową śladami mojego ojca, który w 1939 roku był w 11 pułku ułanów, przeszedł cały szlak wojenny aż pod Hrubieszów, tam ich zastała agresja ze wschodu. Musieli walczyć z wieloma wrogami, Niemcami, Rosją i bandami ukraińskimi, o których wtedy nikt z tych młodych żołnierzy polskiej kawalerii nie wiedział. Odnalazłam nielicznych już wtedy świadków historii.
Link do filmu „O Polskę trzeba walczyć” 49’10’’
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/historia/764762-nie-tylko-wolyn-o-polske-trzeba-walczyc
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.