Komuniści odebrali jej wszystko. Odarli z bohaterstwa jej ukochanego męża Witolda Pileckiego, kłamliwie ogłosili „wrogiem ludu”, bestialsko torturowali, zamordowali strzałem w tył głowy i nawet nie pozwolili go pożegnać. Rotmistrz Pilecki, jeden z najodważniejszych ludzi na świecie, został pochowany w bezimiennym grobie, którego miejsca nie znamy do dziś. Maria Pilecka przez dekady czekała – najpierw na powrót, potem na odnalezienie ciała męża. Sama także była szykanowana przez władzę ludową, która nie pozwoliła jej pracować w zawodzie nauczycielki. Znajdowała się pod ścisłą obserwacją UB, które skrupulatnie osłabiało jej możliwości zawodowe. Pomimo piekła stalinowskich represji, nie dała się złamać. Swoim bohaterstwem zmieniała świat. Mimo zakazów, jako „Ciocia Maria” stała się drugą matką dla dzieci z ulicy. Uratowała przyszłość setek sierot i wychowała pokolenia wartościowych ludzi. Dowodem są świadectwa jej wychowanków z ogniska Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy na warszawskiej Pradze, gdzie z poświęceniem pracowała aż do emerytury. „Była nie mniejszym bohaterem niż Witold” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Władysław Bienias, były podopieczny Ogniska.
Miłość w szponach totalitaryzmów
Marianna Ostrowska, nazywana przez wszystkich Marią, urodziła się 20 maja 1906 r. w Ostrowi Mazowieckiej. W 1925 roku, po ukończeniu kursu metodyczno-pedagogicznego w Łomży, wyjechała na Kresy, gdzie mieszkała jej starsza siostra z rodziną. Tam podjęła pracę nauczycielską, najpierw w małej szkole, później w większej - w Krupie koło Lidy. Zamieszkała w majątku przyjaciół, gdzie w 1929 r. poznała Witolda. W jedynym zachowanym nagraniu wyznaje, że poznali się „na niwie społecznej”. To sformułowanie bardzo wiele mówi o ich relacji i przyszłym życiu. Oboje byli społecznikami, prężnymi animatorami lokalnego życia. Pobrali się w 1931 roku. Byli zgodnym, kochającym się, ale i nowoczesnym małżeństwem. Maria nie zrezygnowała z pracy nawet po urodzeniu dzieci. Wybuch wojny sprawił, że jako żona oficera Wojska Polskiego, znalazła się w niebezpieczeństwie. Postanowiła uciec wraz z dziećmi z Kresów przed sowieckim okupantem. „Zieloną granicę” udało im się przejść dopiero za drugim razem. Za wolność zapłaciła ślubną obrączką. Już wtedy musiała wykazać się nieprzeciętną dzielnością, która przez resztę życia stała się jej codziennością. Po wojnie, potajemnie spotykała się z mężem poszukiwanym przez komunistów. Gdy został aresztowany, przynosiła mu na Rakowiecką paczki, przychodziła na rozprawy i wiernie towarzyszyła, gdy kłamliwa propaganda nazywała go zdrajcą i bandytą. Jeden z największych bohaterów II wojny światowej, który udał się do Auschwitz tylko po to, by doświadczyć niemieckiego piekła, uciec i złożyć światu raport o tym, co dzieje się w niemieckich obozach koncentracyjnych, został przez „władzę ludową” bestialsko skatowany. W rozmowie z Marią przyznał, że w porównaniu do stalinowskich tortur, „Oświęcim to była igraszka”. Komuniści dołożyli wszelkich starań, by udręczyć także jego żonę. Nie poinformowano jej nawet o śmierci męża, powiedziano że wyjechał. Przez lata czekała na jego powrót. O tym, że został skazany na karę śmierci, a wyrok wykonano 25 maja 1948 roku – po sowiecku: strzałem w tył głowy – dowiedziała się dopiero czterdzieści lat później. Choć doczekała procesu rehabilitacyjnego, nie mogła pochować ciała męża.
Walka o przyszłość polskiej młodzieży
Komunistyczny reżim próbował odebrać Marii Pileckiej sens życia także w przestrzeni zawodowej. Nie wolno jej było podjąć pracy w szkole, mimo że posiadała kompetencje i doświadczenie jako nauczyciel wiodący, uczący kilku przedmiotów. Imała się więc prac dorywczych, których ją pozbawiano. Znalazł się jednak człowiek odważny, który w 1950 roku zatrudnił Marię. Był nim wybitny przedwojenny pedagog, Kazimierz Lisiecki „Dziadek”, założyciel Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy. Formalnie pracowała na stanowiskach administracyjnych i gospodarczych, jako intendentka. Prowadziła obozy w Świdrze, pracowała w Ognisku w Warszawie na Pradze i Muranowie, miała brać udział w założeniu ogniska w Gdyni. Od 1955 roku praską placówkę prowadziła samodzielnie. Była jednak kimś znacznie więcej niż pracownikiem administracyjnym. Wychowankowie wspominają ją do dziś, podkreślając że wywarła ogromny wpływ na ich życiową formację. Dla wielu z nich była drugą matką. Wyjątkową specyfikę Ognisk przedstawia w rozmowie z portalem wPolityce.pl Władysław Bienias:
Ogniska założone przez Kazimierza Lisieckiego, wybitnego polskiego pedagoga, były jedyne w swoim rodzaju. Zastosował on nowoczesną pedagogikę opieki nad dziećmi nie na zasadzie ochronki czy jakiegoś przytułku, ale oparł ją na modelu prawdziwego domu rodzinnego. Stworzył system wartości opiekuńczych oparty na relacjach rodzinnych. Maria Pilecka była w nim ciocią, niektórzy wychowankowie nazywali ją mamą. Kazimierz Lisiecki był „dziadkiem”. Była też żona „dziadka” Maria Lisiecka, byli wujenka i stryjek. Byli także starsi koledzy, którzy trafiali do tych placówek jeszcze przed II wojną światową.
Władysław Bienias trafił pod skrzydła Marii Pileckiej jako sześcioletni chłopiec. To pierwsze spotkanie wywarło na nim tak wielkie wrażenie, że do dziś pamięta moment, w którym otworzyły się przed nim drzwi domu przy ul. Środkowej:
Zobaczyłem niezwykle elegancką kobietę. Zaprosiła mnie do środka, na osobistą rozmowę w kancelarii. Rozmowa była miła, ale stanowcza. Ciocia Maria Pilecka poinformowała mnie, czym jest ognisko, jakie panują w nim zasady, powiedziała że należy na swój pobyt w ognisku zapracować. Każdy ma obowiązki, każdy musi w jakiś sposób służyć pomocą innym. Dla mnie było to wtedy coś zupełnie nowego, ale pamiętam, że Maria Pilecka mnie uspokoiła. Powiedziała, że na początek będę miał dyżur tzw. „pieska”. Polegał na tym, żeby codziennie po obiedzie przez tydzień dać jedzenie psu, którego mieliśmy w ogródku. To był dyżur przeznaczony dla najmłodszych dzieci. Kolejny etap to dyżur dzwonkowy, polegający na otwieraniu drzwi wejściowych. Im było się starszym, tym dyżury były trudniejsze, włącznie z porąbaniem drewna na opał czy przynoszeniem węgla do kuchni.
„Ciocia Maria” odgrywała w życiu wielu wychowanków niezwykle ważną rolę. Niektórzy nazywali ją mamą.
Ciocia Pilecka była bardzo miłą, kulturalną osobą, pełną serca. Ja w niej widziałem drugą matkę, bo potrafiła się nami opiekować. W nocy przychodziła, interesowała się, jeżeli ktoś z nas był chory; nawet na zmianę przynosiła piżamy. Była tak serdecznym człowiekiem, że jak dzisiaj o niej myślę, to aż mi serce mocniej bije
— wyznaje Bogusław Osiński i dodaj,e że charakteryzował ją „szczery, otwarty charakter”.
To ciepło z niej bijące to przyciągało do niej nas wszystkich jak magnes
— wspomina Bogusław Chomicki.
Formacja oparta na kontrakcie
W Ognisku obowiązywał system oparty na dobrowolnej umowie, kontrakcie. Dziecko otrzymywało wyżywienie, nocleg i pomoc w nauce w zamian za pracę na rzecz wspólnoty, pomoc młodszym i dobre zachowanie. Maria Pilecka uczyła dzieci wymagania od samych siebie, budując autorytet bez krzyku i przemocy. Zupełnie inaczej niż miało to miejsce w typowych dla PRL-u placówkach wychowawczych, gdzie panował charakterystyczny rygor i przemoc fizyczna. Mieszkańcy Ogniska doświadczyli tego dopiero w chwili, gdy po odejściu na emeryturę Marii Pileckiej i Kazimierza Lisieckiego, dom został objęty państwowym nadzorem. Władysław Bienias podkreśla, że choć Maria Pilecka nigdy nie podnosiła głosu, potrafiła egzekwować panujące w domu zasady.
Maria Pilecka była osobą stanowczą. Była bardzo sprawiedliwa, ale wychowanek nie mógł z nią dyskutować. Była po prostu jak dobry żołnierz, czyli tą stanowczością i autorytetem potrafiła dyscyplinować bez podniesienia głosu. Nigdy nie posunęła się do tego, żeby na kogoś krzyczeć. Bila od niej siła spokoju i elegancji. Była jednocześnie osobą niesamowicie wymagającą. Uczyła nas tego, żebyśmy jak najwięcej wymagali sami od siebie. Ale nie groziła za niezrobienie czegoś karami. Prowadziła nas tak, żebyśmy zrozumieli, że sami mamy wymagać od siebie.
W domu panowały także jasne zasady dotyczące zachowania poza nim. Jeśli ktoś popadł w konflikt z prawem, był urlopowany.
Edukacja i wychowanie patriotyczne
Ognisko kładło ogromny nacisk na wykształcenie. Podczas gdy w PRL-u odsetek osób z wyższym wykształceniem nie był zbyt wysoki, w placówkach Kazimierza Lisieckiego i Marii Pileckiej wynosił on aż 40–50 proc.
Maria nie pytała, czy pójdziesz na studia, tylko pytała na jakie pójdziesz studia. A trzeba pamiętać, że wtedy królowały głównie szkoły zawodowe
— mówi portalowi wPolityce.pl Władysław Bienias.
W przeciwieństwie do placówek państwowych, gdzie patriotyzm był zastępowany ideologią komunistyczną, w ognisku kultywowano tradycje przedwojenne i harcerskie. Mimo, że dla pozoru pojawiały się na ścianach okolicznościowe gazetki, prawdziwa formacja toczyła się w codziennym życiu. Było to szalenie ryzykowne. Nie tylko dlatego, że reżimowa władza dobrze wiedziała, kim jest Maria Pilecka, ale również dlatego, że praskie Ognisko na ul. Środkowej mieściło się nieopodal katowni UB przy ul. Strzeleckiej. Władysław Bienias opisuje wieczory, które ukształtowały jego tożsamość:
Wieczorami omawialiśmy w świetlicy wszystkie sprawy dnia. Na ścianie widniał duży orzeł. Pod tym orłem zbieraliśmy się po kolacji, stawaliśmy na baczność w dwuszeregu, jak w wojsku, i na koniec dnia śpiewaliśmy „Rotę” albo polski hymn. Oczywiście przy zamkniętych oknach i okiennicach, bo budynku obok był dawny Urząd Bezpieczeństwa.
Władysław Bienias wyznaje, że często wraca do rozmowy, którą odbył jako ośmioletni chłopiec z Marią Pilecką. Padło wówczas jedno z najważniejszych pytań w jego życiu. Gdy wyraził niepewność co do przynależności do pewnej organizacji, Maria zapytała surowo: „To ty nie wiesz, czy chcesz być prawdziwym Polakiem?”. To zdanie brzmiało w jego uszach przez kolejne sześćdziesiąt lat.
Wychowankowie Marii Pileckiej wskazują, że uczyła ich patriotyzmu, uczciwości, prostolinijności, wszystkich tych wartości, które kształtują w człowieku prawość charakteru, sumienność i poszanowanie dla innych ludzi. Dzieci kształtowano do odpowiedzialności za „budowanie nowej Polski” w oparciu o etos żołnierzy Armii Krajowej i Powstańców Warszawskich. Zresztą, jak ujawnia Władysław Bienias, część przedwojennych wychowanków Kazimierza Lisieckiego, walczyła w Powstaniu. Ci, którzy przeżyli, po wojnie wciąż pozostawali w kontakcie z „Dziadkiem”, bywali w domu i nieśli ten powstańczy etos swoim młodszym braciom.
Nie wiedzieli, kim jest Ciocia Maria
Ci młodzi ludzie przez lata nie mieli pojęcia, czyją żoną jest ich ukochana „Ciocia Maria”.
Przez cały pobyt w ognisku absolutnie nikt z nas nie wiedział kim jest ciocia Pilecka i tym bardziej rotmistrz Witold Pilecki. Po tej rodzinie nie było widać, że oni są rodziną Rotmistrza *
— przyznaje Tadeusz Kowalczyk. Dodaje, że nikt nie mógł dostrzec „ po cioci, która była wspaniała, miała w sobie tyle dumy i tyle zaparcia, że przeżywa tak straszne rzeczy”. Władysław Bienias przypomina, że raz w tygodniu Maria siadała do pianina i grała piosenkę „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”. W późniejszych rozmowach z Zofią Pilecką dowiedział się, że jej mama nie potrafiła grać na pianinie i była to prawdopodobnie jedyna piosenka, której nauczyła się od swojego męża Witolda.
Bohaterka równa Rotmistrzowi
Maria Pilecka dźwigała swój ciężar w milczeniu, dbając o to, by jej podopieczni szli w świat „jako przyzwoici, uczciwi ludzie” zdolni budować nową, wolną, silną Polskę. . Starała się wyprawiać ich na tę drogę ze szczególną starannością, także materialną. Razem z Kazimierzem Lisieckim dbali o to, by każdy dorosły wychowanek miał swój garnitur. Czasem przeznaczali na to własne środki, pomagali w zdobyciu mieszkania. Filozofią systemu pedagogicznego „Dziadka” było takie wychowanie, formowanie i wsparcie, które stworzy możliwość samodzielnego życia. Ogniskowa więź nie kończyła się wraz z osiągnięciem pełnoletniości. Przeciwnie. Wychowankowie spotykali się regularnie nawet wtedy, gdy założyli własne rodziny. Pamiętali zawsze o imieninach cioci Marii. Byli w kontakcie z jej dziećmi Andrzejem i Zofią, których życiowe losy splotły się z ogniskową rodziną na zawsze.
W 1971 roku Kazimierz Lisiecki i Maria Pilecka przeszli na emeryturę. Władza ludowa nie pozwoliła im dłużej prowadzić placówki, co dramatycznie odbiło się na funkcjonowaniu domu. Władysław Bienias przyznaje, że był to moment, w którym wszystko „zupełnie się posypało”, a tradycje patriotyczne zastąpiono brutalnością nowej kadry z domu poprawczego. Mimo to, zasiane przez ziarno wydało wspaniałe owoce. Tylko w okresie przedwojennej działalności Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Ulicy, Kazimierz Lisiecki „Dziadek” wychował w swoich placówkach 10 000 chłopców. Skala ta była możliwa dzięki unikalnemu systemowi pedagogicznemu, w którym każdy wychowanek stawał się współgospodarzem domu, a starsi koledzy przejmowali rolę opiekunów i mentorów dla młodszych. Maria Pilecka kierowała domem na Pradze przez 20 lat, stając się „ukochaną ciocią i drugą mamą kilku pokoleń chłopców”. Wszystkie te działania miały na celu przekształcenie „dzieci ulicy” w wartościowych, dojrzałych ludzi i honorowych obywateli budujących Polskę.
„Była osobą przez los skrzywdzoną, odebrano jej męża, majątek, nie pozwolono pracować w zawodzie, wisiało nad straszne odium „żony zdrajcy”, ale mimo to – nie była osobą zapadniętą w sobie. Wiele dawała od siebie i to jeszcze z taką serdeczną radością. Nie była zgorzkniała. Przynajmniej ja jej nigdy takiej nie widziałem” — tak swoją prababcię wspomina jej prawnuk Krzysztof Kosior w książce Jarosława Wróblewskiego pt. „Niezniszczalny”.
Maria Pilecka, zmarła w 2002 roku, w wieku 96 lat. Pozostawiła po sobie armię wspaniałych ludzi, dla których – jak mówi Bienias – była „nie mniejszym bohaterem niż Witold”. Cześć Jej pamięci!
Czytaj także
- Dostał się do Auschwitz, by zaalarmować o skali zbrodni! 85 lat temu Niemcy aresztowali ponad 2 tys. mężczyzn, w tym Witolda Pileckiego
- Marzena Nykiel: „Nie dajcie się zniewolić”! Przed czym św. Jan Paweł II ostrzegał Polaków? Dziś 106. rocznica urodzin. Jasne stanowisko ws. LGBT+
- „Sienkiewicz uratował duszę polską”. Dziś 180. rocznica jego urodzin. Co powiedziałby Polakom? „Strzeżcie swego społeczeństwa od zgłupienia”
- Równo 100 lat temu odszedł hr. Władysław Zamoyski – „Zbawca Tatr”. Cały swój majątek zapisał w testamencie narodowi polskiemu!
- 120 lat temu urodził się Karol O. Borchardt - „Kapitan własnej duszy”, jeden z pierwszych marynarzy wolnej Polski, wybitny marynista
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/historia/760712-nieznana-historia-zony-rtm-pileckiego-ocalila-setki-sierot
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.