Mateusz Fałkowski i Hanna Radziejowska z Instytutu Pileckiego w Berlinie opublikowali w dzienniku Frankfurter Allgemeine Zeitung artykuł pt. „Niemcy przywłaszczają sobie polskie doświadczenie ofiary. W debacie o kolaboracji ujawniają się kolonialne wzorce myślenia”. To polski głos w dyskusji poświęconej książce Grzegorza Rossolińskiego-Liebe o polskich burmistrzach w okupowanej Polsce. Jak podkreślają autorzy tekstu, „debaty przedziwnej, bo operującej mocno zniekształconym obrazem niemieckiej okupacji Polski, a także zniekształconym obrazem Holokaustu”.
„Kto jest ‘nasz’, a kto ‘wróg’”
Radziejowska i Fałkowski zaznaczają, iż „wbrew zapewnieniom samego autora o tym, że nie lubi moralizowania, dyskusja nie tyle o historii, co o tym kto jest ‘nasz’, a kto ‘wróg’”.
Krytycy książki są przedstawieni przez Rossolińskiego-Liebe i prof. Grabowskiego albo jako polscy nacjonaliści, albo tchórzliwi niemieccy historycy.
— piszą autorzy tekstu z Instytutu Pileckiego w Berlinie.
Jak zaznaczają, Rossoliński-Liebe opisuje Holokaust jako „transnarodowe ludobójstwo”.
Wyciąga te radykalne wnioski na podstawie analizy 35 burmistrzów w okupowanej Polsce (w tym 4 volksdeutschów), których działania miały wynikać z antysemityzmu.
— czytamy.
Widzi taki związek przyczynowy nawet w sytuacjach niezwykle skomplikowanych, gdy dany urzędnik pracuje z polskim podziemiem, czy trafia do więzienia Gestapo, a on sam i najbliższa rodzina danego burmistrza (żona i siostra) ukrywały Żydów. Pisze, że ta grupa urzędników miała natomiast istotny wpływ na przebieg i rozmiary Holokaustu
— zaznaczają Radziejowska i Fałkowski.
Teza o „transnarodowym ludobójstwie”
Autorzy artykułu zamieszczonego w FAZ zaznaczają, że Rossoliński-Liebe tak wyostrza swoją tezę, że do grona sprawców i kolaborantów zalicza nawet członków żydowskich Sonderkommandos w niemieckich obozach zagłady. Autor książki pt. „Polscy burmistrzowie i Holokaust” określa „charakter relacji między okupantami i ‘okupowanymi’ urzędnikami „koleżeństwem” i twierdzi, że na jednego niemieckiego sprawcę przypadało 9 „kolegów” z okupowanych krajów”.
Pomijając pytania o pojęciowość: jak można wyliczyć statystycznie takie proporcje na podstawie 35 biografii? I gdzie jest ta rzekoma relacja koleżeństwa, gdy dany urzędnik trafia do więzienia Gestapo?
— pytają retorycznie autorzy artykułu.
U Rossolińskiego-Liebe wszystko jest podporządkowane tezie o „transnarodowym ludobójstwie”.
— dodają.
Niemiecka kultura pamięci o samych sobie
Radziejowska i Fałkowski przytaczają dane z sondażu IPSOS z 2024 roku, zgodnie z którym większość (59 proc.) Niemców sądzi, że to niemieccy Żydzi są najliczniejszą grupą ofiar Holokaustu. Nie potrafi też wskazać takich miejsc zagłady jak Treblinka czy Sobibór. Blisko połowa wierzy, że to w Niemczech obowiązywała kara śmierci za pomoc Żydom.
W obecnej debacie widoczne jest mechaniczne kopiowanie wyobrażeń okupacji w zachodniej Europy i projektowanie go na wschodnią Europę. Dochodzi do godnego uwagi mechanizmu, w którym doświadczenie okupowanej Polski, skali terroru i zbrodni zaczyna być częścią niemieckiej kultury pamięci o samych sobie jako ofierze (jak w przypadku rzekomych 3 mln niemieckich Żydów jako ofiar Holokaustu czy ponoć obowiązującej w Trzeciej Rzeszy kary śmierci za pomoc Żydom)
— podkreślają prawcownicy Instytutu Pileckiego w Berlinie.
Z drugiej strony rzeczywistość okupacji w Polsce miałaby raczej odpowiadać sytuacji np. w Holandii, Norwegii, Francji czy Danii. Tak jak w Danii było możliwe wyjść na ulice i demonstrować przeciwko przemocy wobec żydowskich obywateli, tak 81 lat po zakończeniu wojny oczekuje się tego od Polaków, że powinni byli wtedy zrobić to samo. Choć w Polsce byłaby to sytuacja niewyobrażalna – nie z powodu antysemityzmu (który w przedwojennej Polsce, jak pisał Antony Polonsky, nie był większy niż w innych częściach Europy), ale ze względu na codzienny terror i masowe rozstrzeliwania.
— czytamy w artykule.
W okupowanej Polsce stacjonowało w sposób stały od ponad 600000 do 1 mln niemieckich żołnierzy, policji i funkcjonariuszy. Daje to statystycznie około 50 mieszkańców na jednego uzbrojonego niemieckiego żołnierza. Dlatego trudno mówić o jakichkolwiek „swobodnych przestrzeniach działania” polskiego społeczeństwa, o których mówi Rossoliński-Liebe.
— piszą autorzy artykułu w FAZ.
„Nie jestem pewna, czy dałabym jedzenie Polakowi”
Radziejowska i Fałkowski starają się uświadomić niemieckiemu czytelnikowi ryzyko pomocy, która teraz wielu Niemcom wydaje się być oczywista.
Chcemy w tym kontekście przytoczyć wypowiedź Szymona Datnera, ocalonego z Holokaustu i historyka Zagłady, który w 1988 roku mówił: „(Uciekający Żydzi) „stukali w okno chałupy czy drzwi mieszkania (Polaków), a obok pojawiało się pytanie: Ratować ich czy nie? I jak to zrobić? Czy nawet kawałek chleba pomoże, czy mam udawać, że nic nie słyszę? A może pójść i zawiadomić Niemców, co nakazuje prawo? Każda forma pomocy była zabroniona pod groźbą śmierci dla siebie i całej rodziny. (…) Dla nas dzisiaj wybór wydaje się zupełnie oczywisty. A jednak nie tak dawno wstrząsnęła mną znajoma dziewczyna, Żydówka. Jest to osoba w moim wieku, którą bardzo cenię za jej uczciwość i odwagę. I powiedziała mi: „Wcale nie jestem pewna, czy dałabym miskę jedzenia Polakowi, gdyby to mogło oznaczać śmierć dla mnie i mojej córki“.
— czytamy.
„Przyjrzyjmy się faktom”
Autorzy tekstu podkreślają, że „Grzegorz Rossoliński-Liebe rozwija tezę, że wschód Europy to nacjonaliści, którzy nie potrafią stanąć w prawdzie i uniemożliwiają badania nad kolaboracją”.
Tymczasem przyjrzyjmy się faktom – cała międzynarodowa naukowa debata o kolaboracji w okupowanej Polsce opiera się przede wszystkim na źródłach wytworzonych w ramach powojennych procesów w Polsce, przechowywanych i udostępnianych w polskich archiwach
— piszą Radziejowska i Fałkowski
Jako przykład przytaczają sprawę Jedwabnego.
Spójrzmy na znany szerzej przypadek Jedwabnego, gdzie, jak pokazują badania IPN, ale też Jana T. Grossa, Polacy uczestniczyli w zamordowaniu swoich żydowskich sąsiadów. Jedwabne stało się na świecie symbolem rzekomego „ukrywania” prawdy o polskim antysemityzmie. Tymczasem ten przypadek odsłania cały paradoks powojennej historii. Kiedy w Polsce zeznania świadków składane przeciw kolaborantom i zdrajcom prowadziły do sądowej dokumentacji zbrodni, w tym czasie w Niemczech i Austrii panowała zmowa milczenia w prokuraturze, w rodzinach i kręgach przyjaciół. Polscy sprawcy z Jedwabnego byli po wojnie ścigani i skazani na wysokie kary więzienia. W roku 1949 skazano 20 osób, jedna osoba otrzymała karę śmierci, wydano trzy wyroki dożywocia oraz kary więzienia między 8 a 15 lat. Trzy osoby zmarły w trakcie śledztwa
— przypominają i porównują skalę zbrodni oraz odpowiedzialność niemieckich sprawców.
Tymczasem na terenie historycznego Bezirk Białystok (do którego należało Jedwabne) Niemcy zamordowali w sumie blisko 270 tysięcy ludności żydowskiej, polskiej i białoruskiej. Za zbrodnie popełnione w tym Bezirk skazano w sumie siedmiu Niemców. Tylko w Jedwabnem zostało skazanych więc więcej sprawców – i na wyższe kary – niż miało to miejsce w przypadku niemieckich sprawców całego narodowosocjalistycznego aparatu terroru w całym Bezirk Białystok
I dalej o sądach w Polsce i Niemczech:
Dziesiątki tysiący funkcjonariuszy ogromnego niemieckiego aparatu terroru nie zostało rozliczonych za swoje zbrodnie. Za zbrodnie dokonane na terenie Polski podczas niemieckiej okupacji, doczekało się wyroków skazujących w powojennych zachodnich Niemczech nie więcej niż 400 osób. W powojennej Polsce liczba kolaborantów, folksdojczów skazanych w latach 1946- 1949 wyniosła do 20 000 osób (podajemy za Pawłem Machcewiczem i Andrzejem Paczkowskim).
Czym jest Instytut Pileckiego według debaty FAZ?
Na koniec autorzy jeszcze jeden aspekt debaty w niemieckich mediach.
Z zaskoczeniem stwierdziliśmy, że mimo, że Instytut Pileckiego w Berlinie nie wziął do tej pory w niej udziału, nie podpisał też żadnego z listów (opowiadając się za stricte naukową debatą), zostaliśmy przywołani już kilkukrotnie w opublikowanych tekstach – jako instytucja nacjonalistyczna i bliska PiS. Co znamienne, nikt nie przedstawia żadnych faktów, które miałyby tę charakterystykę uzasadniać: nie wskazano ani jednego projektu, programu czy działania, które miałyby charakter polityczny lub partyjny. Sam zaś fakt, że instytucja (czy to w Polsce, czy w Niemczech) została powołana do życia w okresie rządów określonej partii, nie może zaś być podstawą do przypisywania afiliacji politycznych osobom w nim pracującym.
— zaznaczają autorzy.
Jako politycznie motywowane uznano na przykład odwołanie poprzedniego dyrektora placówki w Berlinie Krzysztofa Ruchniewicza.
Stephan Lehnstaedt i Andrea Löw interpretują odwołanie poprzedniego dyrektora Krzysztofa Ruchniewicza jako wynik nacjonalistycznie motywowanych nacisków. Przeciwko zainicjowanej przez niego „naukowej debacie o restytucji dzieł sztuki” miała zostać zmobilizowana „prasa konserwatywna”. Nie wspominają jednak, że za kadencji poprzedniego dyrektora zablokowane zostały projekty badawcze w Berlinie. Ponadto poufny list do minister kultury, ostrzegający przed skandalem politycznym i wskazujący na poważne naruszenia praw pracowniczych, trafił do „Rzeczpospolitej” – gazety o profilu centrowym, krytycznej wobec PiS.
— podkreślają Hanna Radziejowska, historyk, kierowniczka Instytutu Pileckiego w Berlinie oraz jej zastępca socjolog, Mateusz Fałkowski.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/historia/755240-instytut-pileckiego-miazdzy-debate-w-niemieckich-mediach
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.