„Pamięć jest fundamentem naszej tożsamości” – mówił Jan Paweł II. Mroźny styczeń 1945 roku, do Warszawy wchodzą wojska sowieckie, czekali za Wisłą aż zbrodniarz niemiecki dokona swego. Po kapitulacji Powstania Warszawskiego przez 100 dni Niemcy palili, burzyli opustoszałe miasto, stolicę dużego państwa w środku Europy a świat milczał. Zniszczyli tak dorobek wieków ogólnoświatowej kultury. Nie bez powodu Warszawa była nazywana przed wojną Paryżem północy, szybki przedwojenny rozwój Polski po wiekowej niewoli i wygranej bitwie z bolszewikami pod Warszawą nie podobał się tym z zachodu i ze wschodu. Barbarzyńcy zabijali mieszkańców, a potem palili, burzyli ocalałe domy, pałace, zabytki, kradli, wywozili wszystko co miało jakąkolwiek wartość, począwszy od dzieł sztuki a kończąc na zwykłych podstawowych przedmiotach codziennego użytku jak zegarki, naczynia, kable itd. Czytając te wszystkie dokumenty aż trudno uwierzyć, że Niemcy uważali się za rasę panów …
Wejście wojsk sowieckich do Warszawy 17 stycznia 1945 roku nie pozostawiało złudzeń, zaczęła się nowa okupacja, tym razem przez rzekomego sojusznika ze wschodu. Dokumenty i opracowania historyczne z tamtych dni są dowodem, że NKWD i inne obce służby mieli gotowe listy polskich oficerów przedwojennych, żołnierzy Armii Krajowej, Powstańców Warszawy i innych obywateli polskich uznawanych za wrogów nowego radzieckiego porządku. Powstańcy Warszawy wiedzieli jaki los ich czeka, dlatego wybrali walkę o wolność do końca. Powstanie miało szansę na zwycięstwo, jak piszą znawcy tematu, jednak zawiedli sojusznicy. Zachód nie reagował na rozpaczliwe depesze od polskich dowódców informujące co robią sowieci na ziemi Wileńskiej, w Grodnie czy z 27 Dywizją Wołyńską.
Te wszystkie fakty, wydarzenia nie są tylko zamknięte w książkach historycznych. Dzisiaj uważny obserwator widzi wiele analogii i konsekwencji tamtych wydarzeń, zmieniły się tylko sformułowania, demagogia i dyplomacja.
Do tamtej Warszawy porażającej w swojej tragedii a jednocześnie niezwyciężonej, dumnej jak Warszawska Nike, wracała ze swoją rodziną z zesłania na Syberię młoda dziewczyna Grażyna Jonkajtys. Miałam szczęście spotkać ją na swojej dziennikarskiej drodze, tacy ludzie uczą i dają siłę, energię do pokonywania własnych kłopotów i trudności.
Wychowała się w pięknej kresowej rodzinie nauczycielskiej, lecz już w klasie maturalnej w 1939 roku wszystko się zawaliło. Ojciec, kierownik szkoły w Augustowie, od razu aresztowany przez NKWD, zaginął bez śladu, starszy brat, przedwojenny polski żołnierz - podchorąży piechoty - zastrzelony przez bolszewików, a Pani Grażyna z rodzeństwem, mamą, resztą najbliższej rodziny – zostają wywiezieni na Syberię. Nocą wyrzuceni z domu, zapakowani do bydlęcych wagonów – przerażenie, głód, zimno, ciemno - droga w nieznane. Tak zaczęli walkę o przeżycie każdego kolejnego dnia i nocy. „My was zdies priwiezli, sztob wy podochli” – oświadczyli bolszewicy zaraz na początku Polakom wywalanym na pustkowiu z wagonów, po wielotygodniowej strasznej podróży. Po latach Pani Grażyna napisała znakomitą książkę pod takim właśnie tytułem, którą każdy powinien przeczytać, by wiedzieć, jak było naprawdę.
„Mama nas wszystkich ocaliła, pięcioro dzieci, przywiozła do Polski” - 6 długich lat trwała walka z głodem, zimnem, chorobami i wszelką nędzą, którą nam dzisiaj trudno nawet sobie wyobrazić. Aż do powrotu do dymiącej w gruzach Warszawy. Gdy o tym mówi, z trudem tai łzy, mimo twardego charakteru i odporności. Absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, już od początku wiedziała, jak zresztą pozostałe jej rodzeństwo, że tylko wiedza i praca pozwolą zwyciężyć i zrobić coś dla Polski, niezależnie od sytuacji polityczno – społecznej. Nigdy się nie poddawała, chłonęła wiedzę, zdolna, pełna energii, uczyła się i pracowała, odbudowywała Warszawę, jako studentka z kielnią w ręku, podziwiana przez zawodowych murarzy.
Potem już razem z mężem, Jerzym Lubą też architektem, ocalili wiele przedwojennych budynków przeznaczonych do wyburzenia przez powojenne władze stolicy. Jako architekt pracowała w Afryce, Ameryce – wiele wystaw, odczytów, publikacji – zawsze o Polsce i dla Polski. Otrzymałam od Pani Grażyny książkę jej autorstwa pt . „ Opowieść o 2 Korpusie Polskim Generała Władysława Andersa” - prawdziwe kompendium wiedzy o terrorze sowieckim na Ziemiach Wschodnich po 17 września 1939r, o powstaniu Armii Polskiej na Wschodzie, generale Andersie, który jak Mojżesz, wyprowadził Polaków z „ziemi nieludzkiej”. „Wiosną i latem 1942 roku, w ramach dwóch ewakuacji, wraz z Wojskiem Polskim wyjechało z Rosji Sowieckiej do Iranu ok. 120 tys. obywateli polskich, w tym ponad 9 tys. dzieci i młodzieży.” Tę książkę nie sposób odłożyć na bok i zapomnieć, czyta się jednym tchem, bo jest napisana z wielkim znawstwem, piękną polszczyzną, świetnie udokumentowana.
Napisała książki o losach swojej rodziny zesłanej w głąb Rosji, o rodzinach polskich zesłańców, ocaliła od zapomnienia wielu polskich naukowców, architektów, opisała ich życie, dokonania i zamieściła w różnych encyklopediach, słownikach, opracowała i wykonała na własny koszt wiele wystaw o polskich miastach i ludziach, pokazywanych w Stanach, w Europie i w kraju. Cały czas nieprzerwanie pracowała do 2024 roku mimo ukończonych 90 lat i różnych chorób, o których nie lubiła mówić. Jej ostatnie opracowania dotyczyły województw, które po wojnie zostały nam zabrane, nie znalazły się w granicach Polski, wyliczyła dokładnie co straciliśmy pod względem gospodarczym, kulturowym i społecznym. Zebrała materiały, dokumentacje, zafascynowała mnie tekstem o rzece Dźwinie i tak zwanym polskim półwyspie, wysuniętym najdalej na północny wschód, dzięki któremu to właśnie Polska przyczyniła się do niepodległości takich krajów jak Łotwa, Litwa i Estonia. Z podziwem patrzyłam na poukładane dokumenty, posegregowane tematycznie zbiory, wycinki, publikacje krajowe i zagraniczne. Gdy mówiła mi o wielkich Polakach na kresach, zaczynając od Józefa Piłsudskiego, którego wprost uwielbiała, ale też o nauczycielach, wychowawcach, swoich rodzicach, piękną polszczyzną, operując faktami, nazwiskami, oczy jej lśniły jakimś naturalnym umiłowaniem polskości. Podobny wyraz twarzy mieli nieżyjący już bohaterowie moich filmów, żołnierze przedwojenni, powstańcy warszawscy, powojenni żołnierze wyklęci i mój ojciec, dziadkowie, … Boże jak oni kochali Polskę. Widzę ich i słyszę w chwilach, gdy brakuje mi sił, by dalej iść swoją prostą drogą.
Gdy na koniec nagrania, zapytałam panią Grażynę już tradycyjnie jak każdego swojego rozmówcę – co jest takie najważniejsze w życiu – opuściła wzrok i powiedziała jakby sama do siebie – chyba nie potrafię odpowiedzieć. Wstała z miejsca i na odległym biurku zaczęła szukać czystej dużej kartki. Wtedy operator zapytał mnie, czy wyłączyć kamerę – odpowiedziałam – nie, proszę grać. Pani Grażyna wróciła i na całej szerokości kartki A4, dużymi drukowanymi literami, wprawnym ruchem ręki architekta, napisała jedno słowo, dla niej najważniejsze, święte. Odwróciła energicznie kartkę w kierunku kamery, podparła twarz, po której spływały łzy. Wszyscy milczeli. Potem w telewizji różni kolaudanci mówili z przekąsem – ale to wyreżyserowałaś. Nie było żadnej mojej reżyserii, jedynie decyzja, by nie wyłączać kamery, gdy bohaterka wstała z miejsca nagrania i poszła, jak się potem okazało, po kartkę, na której jednym słowem został wyrażony cały sens jej życia i naszego filmu. Jakie słowo napisała Pani Grażyna, zachęcam do zobaczenia filmu poniżej.
Film pt. „Tak żyć warto było”:
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/historia/751775-styczniowe-zamyslenia
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.