Dr Artur Clement kierujący francuską firmą Laboratorie Clement specjalizującej się w diagnostyce medycznej powiedział portalowi Euronews, że ma poważne wątpliwości co do stosowanych powszechnie w państwach europejskich testów na Covid-19. „Nie możemy być pewni – zaznaczył – wiarygodności czy dokładności testów. Mogą mieć miejsce przypadki wśród pacjentów fałszywych odczytów negatywnych, tak samo jak pozytywnych.(…) Nadal istnieją inne wątpliwości jeśli idzie o testy. Nie możemy zagwarantować, że pacjent, który przeszedł infekcję nabrał odporności na powtórne zakażenie, tak samo jak nie możemy mieć pewności, że przeciwciała odkryte w krwi pacjenta gwarantują, że nie będzie on zarażał”.
Inną sprawą jest możliwość przetestowania wszystkich chętnych. Carlo Rosa, kierujący włoską firmą DiaSorin, będącą jednym z największych europejskich producentów zestawów do testowania infekcji Covid-19 powiedział dziennikowi Financial Times, że „jest rzeczą zupełnie niemożliwą” aby móc poddać badaniom wszystkich chętnych. Firma, która pracuje siedem dni w tygodniu i 24 godziny na dobę jest obecnie w stanie pokryć jedynie drobną część zapotrzebowania. Rosa wezwał publicznie do rozsądnego podejścia i zwraca też uwagę na to, że testy są drogie. Władze lotniska w Wiedniu zaproponowały możliwość zrobienia testów każdemu, kto chce wsiąść do samolotu, ale taka operacja ma kosztować powyżej 100 euro.
Powracająca w Europie dyskusja na temat wiarygodności i dostępności testów związana jest z początkiem debaty w jaki sposób odmrażać Strefę Schengen. Impulsem dla niej stała się niedawna decyzja rządów Litwy, Łotwy i Estonii o wzajemnym otwarciu granic, co oznacza, że przyjeżdżający z tych krajów nie będą musieli poddawać się przymusowej dwutygodniowej samoizolacji. Jak powiedział portalowi Politico premier Litwy Saulius Skvernelis „Jesteśmy zgodni, że wszystkie trzy kraje bałtyckie w odpowiedni sposób powstrzymały rozprzestrzenianie się koronawirusa. Mamy też zaufanie do naszych systemów ochrony zdrowia”. Stolice bałtyckie, chciałyby aby w najbliższym czasie do ich porozumienia dołączyły Polska i Finlandia. Rząd Chorwacji chciałby do lata doprowadzić do otwarcia swych granic dla turystów, głownie z krajów środkowoeuropejskich takich jak Czechy, po to aby ci mogli przyjechać latem nad Adriatyk. Rząd Grecji, której gospodarka, mimo, że kraj dość dobrze poradził sobie z powstrzymywaniem pandemii, narażona jest według szacunków Komisji Europejskiej na przekraczającą 10 proc. recesję gorączkowo poszukuje możliwości otwarcia swego sektora turystycznego dla przybyszów, zarówno z mniej zainfekowanych sąsiednich krajów, jak i z odleglejszych kierunków. Jednym z pomysłów o którym dziennikarzom CNN mówił premier Kyriakos Mitsotakis, jest testowanie pasażerów, przed i po tym jak wsiądą do samolotów. O regionalnych porozumieniach umożliwiających przekraczanie granic mówią też rządy państw Beneluxu. Premier Austrii Sebastian Kurz powiedział ostatnio, że chciałby aby turyści z Bawarii, która jest jednym z landów najlepiej radzących sobie z Covid-19, przyjechali na urlopy do jego kraju. Podobne głosy słychać z południowych prowincji Włoch, gdzie intensywność pandemii jest znakomicie mniejsza niźli na Północy.
Entuzjastyczna reakcja społeczeństw na pierwsze decyzje łagodzące zasady lock-down pokazuję, że ograniczenia w zakresie podróżowania trudno będzie w dłuższej perspektywie utrzymać. Nie tylko w grę wchodzą wyjazdy turystyczne, ale również, a może przede wszystkim mały ruch graniczny. W luksemburskim Grevenmacher, gdzie, jak powiedział mediom, burmistrz miasteczka Léon Gloden „ludzie są naprawdę wściekli na Niemców”, że ci zamknęli beż żadnych konsultacji i zapowiedzi granicę na znak protestu na masztach opuszczono flagi do połowy i publicznie odtwarza się Odę do radości. Przykład Luksemburga, niewielkiego kraju wciśniętego między Francję a Niemcy a na dodatek silnie uzależnionego od napływu pracujących obywateli innych państw jest o tyle dobry, że pokazuje o ile łatwiejszą operacją było zamrożenie Strefy Schengen niźli jej ponowne przywrócenie. Nie chodzi tylko o różny stopień zagrożenia epidemiologicznego w przypadku przybyszów z Francji i Niemiec czy Belgii, choć to też jest istotne, co oczekiwania zarówno Berlina jak i Paryża dotyczące obowiązkowego wprowadzenia systemów śledzenia elektronicznego. To na razie pogłoski, że Berlin wprowadzi zasadę w myśl której posiadanie stosownej aplikacji w telefonie, a obowiązek ten ma dotyczyć zarówno przyjeżdżających jak i wyjeżdżających, ale już nieprzyjemnie zaskoczyła ona główne siły tworzące trójpartyjny, koalicyjny rząd Luksemburga. W parlamencie odbyła się nawet debata na ten temat, w trakcie której mówcy zwracali uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze kraj, będący zawsze zwolennikiem swobodnego przepływu ludzi i towarów jest i teraz za szybkim znoszeniem ograniczeń, ale opowiada się za innymi niźli elektroniczne, bardziej tradycyjnymi, formami śledzenia z kim spotykają się przyjezdni. Drugim nie mniej istotnym problemem jest to, że preferowane przez rządy Niemiec i Francji aplikacje nie współpracują ze sobą, nie wymieniają się informacjami, co dodatkowo może utrudniać ich zastosowanie.
Osobnym problemem są porozumienia z krajami spoza Unii, szczególnie chodzi w tym wypadku o Wielką Brytanię. Przywódcy Francji i Wielkiej Brytanii porozumieli się niedawno, że przybywający z ich obszarów nie będą poddawani przymusowej dwutygodniowej kwarantannie, co znalazło swój wyraz we wspólnej deklaracji ogłoszonej w minioną sobotę. Jednak zapowiedź ta nie stała się jednym z elementów znoszenia ograniczeń, ogłoszonych przez premiera Johnsona w miniony poniedziałek. Dodatkowo tworzy to wrażenie pewnego chaosu. Tym bardziej, że Komisja Europejska stwierdziła, że rząd Wielkiej Brytanii winien wdrożyć podobne zasady jeśli idzie o inne państwa Unii i nie będzie kierował się w swej polityce kryteriami „dyskryminacji w zależności od miejsca zamieszkania przyjezdnych”.
Obecnie mamy w strefie Schengen do czynienia z kalejdoskopem przyjętych rozwiązań, ograniczeń i pomysłów w jaki sposób odmrażać powszechny przepływ ludzi i towarów. Ylva Johansson, europejski komisarz odpowiadający m.in. za problemy związane ze Strefą Schengen na ubiegłotygodniowym spotkaniu w Brukseli powiedziała, że jej zdaniem odmrażanie „jest bardzo trudnym zadaniem. Państwa członkowskie wprowadziły różne ograniczenia w sposób nieskoordynowany.” Nieoficjalnie urzędnicy Komisji mówią, że proces reanimacji Schengen zajmie raczej miesiące niż tygodnie.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/historia/500014-przywracanie-schengen-zajmie-miesiace-nie-tygodnie
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.