O zbrodni w Jedwabnem opinia publiczna dowiedziała się w 2000 r. za sprawą książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”. Scenariusz przedstawiony w pracy budził przerażenie. Jednak wybitni polscy historycy zarzucili tej opowieści wiele kuriozalnych błędów, nadużyć, a nawet fałszerstw. Ponieważ mord w Jedwabnem trafił do kultury masowej (film „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego), wymaga bardzo dokładnego zbadania. A dotychczas nie wyjaśniono jego okoliczności i przebiegu

— pisze Piotr Gontarczyk, historyk i politolog w najnowszym numerze tygodnika „wSieci”.

Oto do małego miasteczka w Łomżyńskiem w lipcu 1941 r., wkrótce po wkroczeniu na te tereny Niemców, do lokalnych (polskich) władz przyjechali Niemcy z propozycją wymordowania Żydów. Oferta została przyjęta. Polacy podpisali umowę w sprawie spalenia swoich żydowskich sąsiadów i, wzmocnieni okolicznymi wieśniakami, przystąpili do akcji. Na rynek spędzono ok. 1 600 Żydów, których zamknięto w stodole, a stodołę podpalono. Wcześniej miały się rozgrywać dantejskie sceny: pojedyncze morderstwa poprzez kamienowanie, gwałcenie Żydówek, gdzie indziej jakiejś Żydówce „goje” obcięli głowę i grali nią jak piłką. Niemcy w ogóle nie brali w tym udziału, przyglądając się tylko i fotografując, co robią Polacy. Swoją rolę w zbrodni miał odegrać biskup łomżyński Stanisław Łukomski. Kilka dni przed mordem odwiedziła go delegacja jedwabieńskich Żydów. Wręczając podarek, prosiła o opiekę. Biskup prezent (srebrne lichtarze) wziął i obiecał powstrzymanie pogromu, ale nie dotrzymał słowa

– przypomina Gontarczyk.

Historyk opisuje jak zadziałał mechanizm rozpowszechniania wiedzy o tym, co – zdaniem Grossa – wydarzyło się w Jedwabnem:

Drastyczne opisy i poważne oskarżenia sypią się w książce jak z rękawa. Trudno się więc dziwić, że publikacja wywołała duże zainteresowanie, uderzając w naszą powszechną wiedzę o roli Polski i Polaków w II wojnie światowej. Do ataku przystąpiły mainstreamowe media, węsząc świetną okazję do  lekcji „pedagogiki wstydu”. Rola ofiary tej wojny, którą ponoć mylnie sobie przypisywaliśmy wychowani na patriotycznych miazmatach, miała być teraz zastąpiona przez współuczestnictwo w Holokauście, którego symbolem stawało się Jedwabne. Miasteczko było na ustach wszystkich, a każdy kolejny numer „Polityki” czy „Wprost” informował o nowych ustaleniach w sprawie. W „Wyborczej” w piątek drukowano filozoficzną analizę detalu tej historii, której wymiar metafizyczny omówiono w weekend. Potem pod innym kątem rzecz roztrząsano od poniedziałku

– czytamy.

Od początku pojawiały się głosy sceptyczne wobec niektórych ustaleń „Sąsiadów”. Widoczny był choćby manipulatorski opis stosunków polsko-żydowskich pod okupacją sowiecką i ich konsekwencji dla nastrojów po wkroczeniu Niemców. Nie chodzi bynajmniej o to, by usprawiedliwiać zbrodnię, tylko o rzetelne opisanie i próbę zrozumienia wydarzenia, które ktoś wykraja z kontekstu historycznego i przenosi w wymiar religijno-mistyczny. Pod tym względem nierzetelność jest zresztą wizytówką publicystyki Grossa. W jednym z poprzednich esejów, odnosząc się do tysięcy źródeł opisujących radosne powitania Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r. w żydowskich miasteczkach, napisał, że był to skutek kłopotów mieszkaniowych: „Nie mieli gdzie mieszkać, co poniekąd przesądza o tym, kto i ile czasu spędza na ulicy”. Także w „Sąsiadach” raziły błędy i świadome manipulacje. Wyjaśniła się też sprawa bp. Łukomskiego opisanego przez Grossa jako łapówkarza i w jakimś sensie (jak cały Kościół katolicki) współwinnego zbrodni. Całą sowiecką okupację ukrywał się na prowincji i do pałacu biskupiego powrócił dopiero w sierpniu 1941 r. A zatem w żaden sposób nie mógł przyjąć żadnej delegacji Żydów przed zbrodnią w Jedwabnem

– czytamy w tekście.

Więcej o tym, co naprawdę wydarzyło się w Jedwabnem pisze Piotr Gontarczyk w najnowszym numerze „wSieci”, w sprzedaży już od 4 lipca br., także w formie e-wydania.

CZYTAJ TAKŻE: Nie powielajmy kłamstw o Jedwabnem. Świadkowie i fakty czekają na prawdę. WIDEO