11 grudnia – 73. rocznica uruchomienia przez Niemców obozu koncentracyjnego dla dzieci. Z tego też zrobią „polski obóz”?

fot. Jola Sowińska-Gogacz
fot. Jola Sowińska-Gogacz

To właśnie wtedy, na chwilę przed Bożym Narodzeniem roku 1942, do stworzonego w Łodzi na rozkaz Heinricha Himmlera obozu koncentracyjnego przeznaczonego do więzienia i mordowania polskich dzieci, przyjechał pierwszy ich transport.

Zdzisio Włoszczyński, Halinka Szturma, Miecio Wlazło, Jasio Balcerek, Jurek Dombrowski, Włodek Jabłoński, Gienia Kowalczuk, Jaś Tratowski, Bronek, Stasio i Józio Fidykowie… Drewniane, zimne baraki nie były jeszcze skończone, więc pierwsze dzieci zatrudnione były do pracy przy wykańczaniu swych nowych, podłych miejsc pobytu i cierpienia.

Z czasem powstały dla nich warsztaty, by mogły od rana do nocy pracować na chwałę Trzeciej Rzeszy. Faszystowska „filozofia” nakazywała optymalne wykorzystanie ofiary zanim się ją zgładzi.

Obóz „na Przemysłowej” funkcjonował w kwartale ulic Brackiej, Plater, Górniczej i muru cmentarza żydowskiego przez 25 miesięcy II wojny światowej. Niemcy z rozmysłem umieścili go w granicach łódzkiego getta, by zupełnie odseparować dzieci od świata i udaremnić plany na każdą ucieczkę - byłaby ona zamianą więzienia na więzienie. Jedynymi dorosłymi, z jakimi dzieci miały kontakt, byli specjalnie dobrani i wyszkoleni esesmani, niewrażliwi na dziecięcą bezbronność.

Nazwa obozu pochodzi od ulicy Przemysłowej - nią właśnie dowożono transporty dzieci i na jej skrzyżowaniu z Bracką była wjazdowa brama. Na Przemysłowej 34 do teraz stoi budynek, w którym mieszkał zarząd lagru (Verwaltung) i gdzie ważyły się decyzje o losie dzieci.

Do obozu zwożono polskie dzieci z całej Polski; w większości były to biedne sieroty i dzieci bohaterów polskiego podziemia. Obóz był karą dla walczących z okupantem rodziców, dotkliwą formą represji wobec wartościowej młodzieży i sprytnym pustoszeniem sierocińców, których budynki przechodziły w niemieckie ręce. Warunki, jakie stworzono dzieciom „na Przemysłowej”, były tak tragiczne, że  dzieci przywożone tu w transportach z Oświęcimia, płakały i chciały wracać. Dziennie przebywało w lagrze średnio tysiąc więźniów w wieku od niemowlęctwa do 16 lat. Ich codzienność to głód, ból, strach, upokorzenie i tęsknota za odebraną siłą rodziną.

Z powodu brutalnych pobić, głodzenia, przepracowania i nieleczenia chorób, w łódzkim obozie zginęła nie policzona do dziś liczba polskich dzieci. Po zajęciu miasta (styczeń 1945) znaleziono w nim jeszcze około 900 w większości ciężko chorych, przerażonych małych ludzi, z licznymi ranami i odmrożeniami. Do lat 70. XX wieku dotrwało ich przy życiu nieco ponad 300, niektórym z nich jeszcze dziś można spojrzeć w oczy.

Kolejna rocznica rozpoczęcia zbrodniczej działalności Niemców w obozie „na Przemysłowej” jest doskonałą okazją do obdarowania ofiar tego straszliwego epizodu II wojny światowej pamięcią, kwiatami, zniczami. Łodzianie będą to czynić przez cały dzień, zbierając się i paląc płomienie świec pod poświęconym dzieciom z obozu „na Przemysłowej” pomnikiem Pękniętego Serca.

Ulicą Bracką do końca… Na skraju parku Szarych Szeregów, wtulony w pęknięte serce, stoi i czeka na nas jeden z tych, którzy przetrwali w kamieniu.

fot. Jola Sowińska-Gogacz
fot. Jola Sowińska-Gogacz

fot. Jola Sowińska-Gogacz
fot. Jola Sowińska-Gogacz

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...