Dywizjon 303 był najskuteczniejszym alianckim dywizjonem lotniczym podczas II wojny światowej. W walce jego lotnikami kierowały bardzo osobiste motywy – powiedział dr Krzysztof Mroczkowski z Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie w rozmowie z Polską Agencją Prasową. 30 sierpnia 1940 r. Dywizjon 303 zaliczył pierwsze zestrzelenie wroga nad Anglią.

Jak to się stało, że Dywizjon 303 stał się legendą II wojny światowej?

Dr Krzysztof Mroczkowski: Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do roku 1939, do wojny obronnej Polski. Brali w niej również udział lotnicy III Dywizjonu Myśliwskiego, który stanowił trzon Brygady Pościgowej. Po przegranej Polski w kampanii wrześniowej, przedostali się oni najpierw do Francji – gdzie także walczyli bez specjalnych sukcesów – a potem do Wielkiej Brytanii. Towarzyszyła im aura przegrańców. Byli też traktowani z typową dla wyspiarzy wyższością. Brytyjczycy postanowili wykorzystać bojowo tych pilotów nie dlatego, że byli przekonani o ich szczególnych zdolnościach – bo w te akurat nie wierzyli – ale z tego powodu, iż lotnictwo brytyjskie przed rozpoczęciem Bitwy o Anglię właściwie nie miało doświadczenia bojowego. A Polacy już zdążyli nawąchać się prochu. I nagle okazało się, że cała ta „zbieranina” - jeśli tylko pozwolić jej walczyć – zaczyna odnosić wręcz nieprawdopodobne sukcesy. Zauważmy, że pierwsze zwycięstwo Dywizjonu 303 nastąpiło zanim jednostka oficjalnie uzyskała zdolność bojową. Podczas lotu treningowego Ludwik Paszkiewicz - zwany przez kolegów „Paszką” - odłączył się od formacji i zestrzelił Messerchmitta 110, łamiąc zresztą przy tej okazji wszelkie żelazne zasady podległości służbowej. Właśnie tak rodziła się ta legenda.

Dlaczego ci sami lotnicy, którzy odnosili spektakularne sukcesy w bitwie powietrznej o Anglię, nie mogli się pochwalić taką samą skutecznością podczas kampanii wrześniowej?

Między bajki należy włożyć opowiastki o tym, że „polski pilot to i na drzwiach od stodoły poleci”. Umiejętności są oczywiście ważne, ale trzeba mieć jeszcze równorzędną względem przeciwnika maszynę. A takich polscy lotnicy podczas kampanii wrześniowej nie mieli. Ale – podkreślam to raz jeszcze – zdążyli nabyć doświadczenie bojowe, które przekazali Brytyjczykom. Kiedy dostali nowoczesne maszyny – takie jak Hawker Hurricane, czy Supermarine Spitfire – to mogli je efektywnie spożytkować i – dosłownie – rozwinąć skrzydła.

Czy można mówić o specyficznie polskim stylu walki powietrznej, który ujawnił się w tamtym czasie?

Jak najbardziej. Brytyjscy piloci myśliwców strzelali do wrogich maszyn z odległości 80-100 metrów, natomiast Polacy… z 20. Stosowali zasadę: podleć tak blisko, jak tylko się da i wpakuj w przeciwnika krótką, ale celną serię. Ostro skracali dystans również po to, by wejść pomiędzy niemieckie maszyny i w ten sposób rozbić ich szyk bojowy. Wprowadzili także własny – różny od brytyjskiego – układ samolotów w locie patrolowym. To były niewątpliwe zasługi naszych myśliwców dla rozwoju taktyki walki powietrznej.

W jednym z opracowań spotkałem się z informacją, że polscy lotnicy niekiedy taranowali przeciwnika, gdy skończyła się im amunicja…

Nie, to jest absolutna bzdura. Taran w powietrzu wymyślił podczas I wojny światowej rosyjski pilot Piotr Niestierow, ale szybko zakazano tego sposobu walki – z oczywistych względów. Nie oznacza to jednak, że Polacy nie mieli szalonych pomysłów. W czasie walk z bronią V, zwłaszcza z pociskami typu V-1, nasi piloci z powodzeniem stosowali godny wariata sposób ich strącania…

Na czym on polegał?

Pociski V-1 wyglądały jak wielkie cygara z silnikiem i skrzydełkami. Cały manewr polegał na tym, by zbliżyć się do tego aparatu latającego, zrównać się z nim w locie, po czym trącić końcówką skrzydła własnego samolotu skrzydło pocisku. W efekcie żyroskop V-1 – który odpowiadał za trajektorię lotu – po prostu „wariował” i „cudowna broń odwetowa” spadała. Ten trik był nieprawdopodobnie niebezpieczny i – jak się można spodziewać - absolutnie zabroniony przez brytyjskie dowództwo.

Tego rodzaju zachowania w walce budowały wizerunek polskich pilotów jako niesamowicie odważnych, ale i mało subordynowanych…

To wiązało się również z ich sposobem bycia. Przesiadając się na nowoczesne myśliwce dostali wiatr w żagle. Nagle przekonali się sami o sobie, że – pomimo przegranych dwóch kampanii – nie są wcale najgorsi.

Poza tym, to byli głównie dwudziestoletni chłopacy, w których gorąca młodzieńcza głowa skrzyżowała się z zimnym zacięciem w boju. Nawet brytyjscy dowódcy zauważali, że Polacy nie latają po to, by niszczyć maszyny Luftwaffe, ale by zabijać Niemców. Ci młodzi ludzie wiedzieli też, że mogą nie przeżyć następnego dnia, dlatego starali się wykazać przed kolegami w walce. To wszystko spowodowało, że latali bardzo brawurowo.

Co było powodem tej wyjątkowej zaciętości i zajadłości w walce?

Polscy piloci mieli personalnie „na pieńku” z lotnikami niemieckimi. Mieli bardzo osobisty stosunek do swoich wrogów, na zasadzie: „to ty do mnie strzelałeś, to przez ciebie musiałem opuścił własny kraj, to ty zmasakrowałeś moje miasto”. Proszę pamiętać, że oni doskonale orientowali się w tym, co Luftwaffe wyczyniała w Polsce i jakie były efekty takich operacji niemieckiego lotnictwa, jak choćby bombardowanie Wielunia czy Warszawy. Mieli więc niewyrównany bilans krzywd z Niemcami. Praktycznie wszyscy piloci w powojennych wspomnieniach podkreślali, że prowadzili swoją prywatną wojnę.

Na temat rzeczywistej liczby zestrzelonych przez Dywizjon 303 niemieckich samolotów krąży mnóstwo sprzecznych opinii. Szacunki wahają się od około 40 do ponad 120 maszyn. Czy rzeczywiście polscy piloci zawyżali swoje osiągnięcia, o co zresztą byli oskarżani przez niektórych Brytyjczyków?

Jeden z dowódców Dywizjonu 303 dostał od szefa swojego wywiadu informację, że to niemożliwe, by Polacy mogli być aż tak skuteczni. Że jest pewne, iż fałszują liczby zestrzeleń. By zweryfikować oskarżenia, dowódca sam wsiadł w samolot i poleciał z Polakami na misję. To, co zobaczył w powietrzu, po prostu go zachwyciło. Po powrocie napisał w raporcie: „Oni rzeczywiście to robią”. Owszem, statystyki były trochę zawyżane, ale niekoniecznie w sposób celowy. W ferworze walki trudno było dokonać precyzyjnej oceny tego, kto rzeczywiście zniszczył daną maszynę. Dwóch pilotów mogło trafić ten sam samolot, a każdy z nich uznać, że to właśnie on zaliczył zestrzelenie. W efekcie, z jednego sukcesu robiły się dwa. Dlatego wszystkie dywizjony podawały nie do końca zweryfikowane informacje. Również brytyjski wywiad nie był w stanie do końca potwierdzić ich autentyczności. Pomijam to, że jemu też – z powodów propagandowych – zależało na zawyżaniu danych o skuteczności bojowej pilotów. Myślę, że dziś te próby ustalania rzeczywistej liczby zestrzelonych maszyn przez niektórych badaczy idą w złą stronę. Zamieniają się w jakiś rodzaj historycznego „aptekarstwa”, w którym szacuje się liczby trafień w ułamkach. Tymczasem, tak naprawdę istotne jest to, że Dywizjon 303 był najskuteczniejszym alianckim dywizjonem w tym okresie. Legendarny as lotnictwa brytyjskiego, beznogi pilot Douglas Bader, stwierdził oficjalnie, że polskie skrzydło było najskuteczniejszą jednostką w Bitwie o Anglię.

Podobno wysoka skuteczność Polaków generowała napięcia z brytyjskimi lotnikami…

Na pewno Brytyjczycy zazdrościli Polakom sukcesów. Ale nie tylko z powodu ich efektywności w szarpaniu niemieckiego „mięsa” w powietrzu. Chodziło też o to, że angielskie dziewczyny leciały na polskich lotników jak pszczoły do miodu. Ci faceci mieli nieprawdopodobne branie. Byli młodzi, przystojni i szarmancko traktowali kobiety: przepuszczali w drzwiach, całowali po rękach i fundowali kolacje w pubach. Budziło to w brytyjskich pilotach niechęć. I tak byli już poirytowani tym, że Polacy latają i walczą lepiej od nich, a tutaj jeszcze – na domiar złego – rwali im panienki. Jeśli na potańcówce pojawiał się chłopak w mundurze z naszywką „Poland” na ramieniu, to natychmiast otaczał go wianuszek urodziwych panien. Zdarzało się, że sami Brytyjczycy imitowali polski akcent, a nawet udawali, że słabo mówią po angielsku, bo to zwiększało ich szanse u płci przeciwnej.

W istniejących opracowaniach często podkreśla się rycerskość w prowadzeniu walki przez polskich pilotów. Na przykład to, że nie strzelali – jak Luftwaffe - do opadających na spadochronach wrogich lotników…

Strzelali, czy nie strzelali – to pozostawmy Bogu, historii i ich sumieniom. Proszę pamiętać o jednej kluczowej przesłance – to była walka na śmierć i życie. W starciu, gdy w żyłach buzuje adrenalina i można w ułamku sekundy stracić życie, nikt nie bawi się w rycerskie gesty. Jeśli nie strzelali do wyskakujących ze zniszczonych samolotów Niemców, to nie dlatego, że jakoś bardzo cenili ich życia, ale z tego względu, że obok było kilka następnych maszyn, którymi trzeba było się zająć. Jeśli za samolotem wroga pojawiał się dym, smuga gubionego paliwa, czy grad płonących szczątków, to się go zostawiało, bo był już wyłączony z walki.

Poza tym, jaki był sens w marnowaniu ograniczonej amunicji na jakiegoś spadochroniarza? Jeśli opadał nad Wielką Brytanią, to było jasne, że przed końcem wojny nie wróci już do swojej macierzystej jednostki. Jeśli spadał nad kanałem La Manche, no to pozostawało życzyć mu „miłego pływania”. Woda była zimna, nieszczęśnik miał więc sporą szansę na to, że umrze z powodu hipotermii.

Czy doświadczenia bitewne Dywizjonu 303 – i innych polskich dywizjonów, które brały udział w bitwie o Anglię – nadal są aktualne i możliwe do wykorzystania na współczesnym polu walki?

Oczywiście. W ogóle, jeśli chodzi o kwestię szkolenia bojowego pilotów myśliwców, to w praktyce zmieniła się tylko prędkość maszyn i pojawiły się nowe rodzaje broni. Natomiast wszystkie zasady – sformułowane jeszcze w 1915 roku, podczas I wojny światowej – pozostały właściwie takie same. Nadal należy atakować od strony słońca, trzymać się raz wybranego przeciwnika, podejść możliwie blisko do wroga i oddać krótką, ale pewną serię. Po co ponownie wynajdywać proch, jeśli ktoś już za nas kiedyś to zrobił?

PAP/bzm


Polecamy wSklepiku.pl:„Dywizjon 303” - Arkady Fiedler.