W niemieckim prestiżowym kwartalniku filozoficznym, Prof. Andrzej Przyłębski zamieścił sprostowanie kłamliwej noty na temat zakłócenia wykładu prof. Zygmunta Baumana, w czerwcu 2013 roku. „Information Philosophie nr 3/2013, s. 130:

„Zygmunt Bauman wystąpił w 1968 roku z partii komunistycznej I wkrótce potem stracił swą katedrę na Uniw. Warszawskim, w reakcji na co wyemigrował do Anglii. Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu chciała mu teraz nadać tytuł doktora honorowego. Po antysemickiej i antykomunistycznej polemice Bauman z tego zrezygnował, aby – jak napisał – oszczędzić tej prywatnej uczelni problemów. Robert Kwaśnica, rektor tej uczelni, powiedział europe online magazine, że „odstąpienie od tego byłoby kapitulacją przed spektrum prawicowych ekstremistów”. 22 czerwca, w przededniu [wręczenia dyplomu], prawicowi nacjonaliści zakłócili wykład Baumana zorganizowany przez Fundację F. Eberta.”

Powodem zakłócenia nie był antysemityzm jak chcieli to widzieć apologeci prof. Zygmunta Baumana, tylko aktywne zaangażowanie Baumana w stalinizm po II wojnie. To sprostowanie spowodowało że zaatakowano prof. Andrzeja Przyłębskiego, zarzucając mu ignorancję i myślenie według manichejskiego schematu. W liście jego sygnatariusze pisali:

„Jest nieprawdą, że Zygmunt Bauman milczy na temat swej przeszłości. Wyjaśnił już uwarunkowania, wskutek których znalazł się w KBW w powojennej Polsce. Ponadto porównanie tej instytucji z SS, która jest odpowiedzialna za terror, egzekucje i masową eksterminację we wszystkich okupowanych krajach Europy jest nadużyciem, które dyskredytuje naukowca. List prof. Przyłębskiego jest nie tylko obrazą rzuconą w twarz wspaniałemu uczonemu wygnanemu z kraju na fali czystek antysemickich w roku 1968. Jest obrazą wszystkich tych, którzy nie postrzegają świata w sposób manichejski.”

Agata Ławniczak: Jest Pan wytrawnym znawcą kultury niemieckiej, profesorem filozofii, który przez szereg lat był regularnym wykładowcą na niemieckich uniwersytetach także attache ds. nauki i kultury w ambasadzie RP w Niemczech. Dlaczego Pan Profesor czuł się w obowiązku pisać sprostowanie do kwartalnika Information Philosophie  w związku z tekstem tam zamieszczonym, a opisującym protesty we Wrocławiu przed wykładem prof. Zygmunta Baumana?

Prof. Andrzej Przyłębski: Powodów było kilka. Główny to to, że mnożą się w świecie oskarżenia społeczeństwa polskiego o antysemityzm, zupełnie bezpodstawne. W ten kontekst wpisano także „wydarzenia wrocławskie”, jednak sąd, który zajął się tym ekscesem nic takiego nie stwierdził. Nieobecność tego wątku potwierdzają też wiarygodni obserwatorzy. Nie wolno się na coś takiego godzić, bo zniesławia to nasz naród, jeden z najdzielniejszych w świecie, naród, z którego dokonań możemy być dumni. Drugim powodem była troska o prawdę: prawdę opisu tego pojedynczego zdarzenia oraz prawdę narracji historycznej, którą w Europie, przy jawnym współudziale pewnej części polskich środowisk opiniotwórczych, próbuje się zmienić, twierdząc, że holocaust był „dziełem kultury europejskiej”, jako takiej, a to, że przeprowadzili go Niemcy, było jedynie historycznym przypadkiem, zrządzeniem losu. To jawny nonsens, na który nie może być zgody. Jak twierdzi prof. Kieżun, w rezultacie takich zabiegów w USA odnotowuje się przypadki niepodawania Polakom ręki, jako „współautorom” holocaustu albo tchórzom, którzy „nie potrafili obronić Żydów”. Był jeszcze powód trzeci: jako radca ds. kultury w Ambasadzie RP w Berlinie wyrobiłem sobie wysokie mniemanie o rzetelności niemieckich mediów. To, co w ostatnich latach wyrabiali niemieccy korespondenci w Polsce zachwiało tą wiarą. Dlatego chciałem zobaczyć, jak kwartalnik o charakterze filozoficznym zareaguje na tę korektę. O takie sprostowanie prosili mnie zresztą także niemieccy koledzy.

Poznańskie środowisko naukowe, które od wczesnych lat 90. intensywnie popularyzuje myśl naukową Z. Baumana, zaatakowało bezpardonowo Pana Profesora chyba szczególnie za porównanie, Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego, w którym służył Bauman do SS, czego Pan dokonał, by scharakteryzować istotę zaangażowania przyszłego uczonego w budowę stalinizmu. Czy to porównanie było adekwatne?  

Nie chodziło mi o całkowitą adekwatność tego porównania. Raczej o to, by przybliżyć jakoś niemieckim czytelnikom nieznaną im formację. To, którą z tych jednostek – KBW czy SS – należy oceniać gorzej jest w dużym stopniu kwestią punktu widzenia. Zbrodnie SS miały zasięg ogólnoeuropejski, zbrodnie KBW (o których Bauman, jako oficer raczej nie mógł nie wiedzieć) były dokonywane na rodakach. Znane są przypadki odmowy wykonywania rozkazów pacyfikacyjnych przez członków tej formacji, a nawet, jak czytałem, dezercje całych oddziałów wobec moralnej nikczemności tego, czego się od nich wymagało.  W liście do rektora napisałem wyraźnie, że nie było to zrównanie, lecz porównanie.

Niemcy surowo obeszli się Martinem Heideggerem, los Guntera Grassa - laureata literackiej nagrody Nobla był nie do pozazdroszczenia po ujawnieniu jego przeszłości w SS - postawa Guntera Grassa stała się przedmiotem poważnej debaty. Takie są niemieckie standardy. Daleko chyba do nich wielu polskim humanistom i jak Pan Profesor sądzi, dlaczego tak wzbraniają się przed jasnym nazwaniem przeszłości Baumana i wolą fałszować rzeczywistość?    

Kilka antysemickich – i to nie w sensie rasowym, lecz cywilizacyjnym – uwag Heideggera w jego opublikowanych przed rokiem zapiskach (tzw. Schwarze Hefte) skompromitowało go do tego stopnia, że Gunter Figal, najważniejszy spadkobierca jego myśli, obawia się, że nikt już w Niemczech nie ośmieli się napisać doktoratu ani habilitacji na jego temat. Podobnie było z G. Grassem, gdy w podeszłym wieku poinformował, że w młodości służył w SS. A u nas? Sygnatariusze listu bredzą coś o szarości rzeczywistości, o manicheizmie, nie rozumiejąc w ogóle znacznie etycznego ładu, który gdy jest naruszony musi być jakoś przywrócony, jeśli naród ma żyć z sobą w zgodzie. A Bauman nigdy nie przeprosił za swe młodzieńcze błędy, wręcz odwrotnie – cały czas uważa, że komunizm to była dla Polski po wojnie najlepszym rozwiązaniem. I z takich ludzi sygnatariusze listu chcą uczynić idoli młodzieży. Od lat psują studentów swymi pseudonaukowymi, postmodernistycznymi mrzonkami. Stylizując Baumana do roli moralnego i intelektualnego autorytetu większość z nich chce siebie ustawić w roli jego egzegetów. I z tego profitować, w rozmaitych sensach tego słowa. Wystarczy spojrzeć na spisy ich publikacji.    

Pański list, z oczekiwaniem sprostowanie nieprawdziwych i zniesławiających Polskę informacji oraz reakcja nań poznańskich naukowców oraz Gazety Wyborczej jest szczególnym przykładem wielopoziomowego zafałszowania prawdy i manipulacji. Zarówno dziennikarze jak i uczeni czynią do z powodów ideologicznych. Konwencja fałszowanie rzeczywistości jest już zdaniem Pana czymś tak kulturowo oczywistym, że prawda musi być skazana na porażkę?                 

Postmodernizm, któremu większość sygnatariuszy listu hołduje, odrzuca prawdę na rzecz narracji:, ponieważ wszystkie perspektywy są równoprawne to każdy ma swoją, równie ważną prawdę. Ale…  To, co robi Gazeta Wyborcza doskonale odsłonił B.Wildstein w swej reakcji na tekst pani Mazur w tej gazecie. Gazecie, która od lat systematycznie niszczy poważny dyskurs intelektualny w naszym kraju. Nie rozumiem, jak inteligentny i uczciwy człowiek, po tylu dowodach zakłamania, manipulacji ze strony jej gazety może ją jeszcze brać do ręki. Ale wracając do meritum. Wildstein pokazał mechanizm ich działania: z napiętnowanego zrobić ofiarę. Ja napisałem w swym sprostowaniu prawdę i tylko prawdę, ci, którzy mnie zaatakowali, utrudniając z pewnością moje funkcjonowanie w Niemczech, nie odnieśli się do tego, czy motywy działania wrocławskiej młodzieży były natury antysemickiej czy też nie. Zamiast tego napisali, jak bardzo popularny i czytany jest Bauman w naszym kraju, (na co w dużej mierze mają wpływ, zalecając go studentom), dodali jacy to ważni ludzie go przeprosili za (rzekomy) antysemityzm rodaków oraz okrasili tezą, ż nie wolno, pod groźba infamii porównać KBW do SS. To zupełnie obok tematu. To ja, a nie oni, zostałem zaatakowany. Wildstein tylko skomentował (zinterpretował) ich osobliwą postawę. Ta grupa jest bardzo silna. Ale prawda nie jest skazana na porażkę. Wszystko zależy od naszej odwagi, od przeciwstawienia się, także w murach uniwersytetów, dyktaturze takich moralnych relatywistów.

Natura aparatu przemocy totalitaryzmu sowieckiego i nazistowskiego była w istocie bliźniacza. To jest fakt uznany przez większość poważnych historyków. Wśród podpisanych pod listem szkalującego Pana w oczach intelektualistów w obszarze niemieckiego kręgu językowego jest była wieloletnia dyrektor Instytutu Zachodniego prof. Anna Wolff-Powęska,  historyk z wykształcenia. Od biedy kulturoznawcom, filologom i filozofom o post-marksistowskiej orientacji można wybaczyć historyczną ignorancję, ale historykowi?   

Ma Pani rację. Podatność na fascynację teoriami Baumana zazwyczaj związana jest z relatywizacją zbrodni komunistycznych. Antyfaszyści mają np. problem z lekturą Heideggera. Kilku z sygnatariuszy listu ewidentnie sympatyzuje z post-marksizmem i postmodernizmem. Prof. Wolff-Powęska powinna to widzieć nieco inaczej. Ale może punkt widzenia jest uwarunkowany przez punkt siedzenia? Pani profesor jest szefem rady naukowej centrum historycznego PAN w Berlinie, które od lat wiedzie rachityczny żywot, podejmując tematy, które Niemców nie drażnią. Przez to doskonale wpisuje się w niemiecką politykę historyczną. W radzie tej jest też prof. Zeidler-Janiszewska, której kompetencje w tej dziedzinie są mi nieznane. Towarzystwo wzajemnej adoracji (i obrony strefy wpływów), także to tłumaczy skład sygnatariuszy listu.

Panie Profesorze, historia spotkania we Wrocławiu z prof. Zygmuntem Baumanem oraz historia pańskiego listu prostującego fałszywe informacje pokazuję dobitnie, że żyjemy w czasie, w którym pojęcia i słowa napełniły się podstępnie nowymi znaczeniami. Zdrada jest honorem, kłamstwo jest prawdą, dowolność jest faktem, a terror znakiem tolerancji itd., itd. Został Pan brutalnie zaatakowany w imię kłamstwa, które chce być prawdą. Jak z tym radzi sobie człowiek, a jak uczony?

Dla mniej największym przykładem zakłamywania znaczeń, które stało się orężem postmodernistycznego „pseudopostępu”, jest nazwanie ustawy o warunkach zapłodnienia in vitro ustawą „o leczeniu” niepłodności. Ale to najskrajniejszy przykład. Naszą powinnością jest zrównoważenie wpływu tej grupy i walka, w normalnym, uczciwym dyskursie, w  normalnych, uczciwych mediach, o przywrócenie słowom ich właściwych znaczeń, a wypowiedziom – zrozumiałości i elementarnej logiki. A jeśli chodzi o mnie – nie mam z atakiem „kolegów” żadnych problemów. Atakowany byłem w moim dawnym instytucie od momentu mego powrotu z Niemiec w 2001 roku, przyzwyczaiłem się. Choć nie wykluczam, że jeszcze się mogę niemiło zaskoczyć. Jedno wiem: powinnością naukowca jest wierność prawdzie, bo „przyjacielem Platon, ale większą przyjaciółką prawda”.

rozmawiała Agata Ławniczak