O historii upychanej kolanem. Piotr Gursztyn ogłosił katalog błędów Rafała Ziemkiewicza

fot. Blogpress
fot. Blogpress

Piotr Gursztyn ogłosił w Salonie 24 listę kilkudziesięciu błędów odkrytych w książce Rafała Ziemkiewicza „Jakie piękne samobójstwo”. Debaty wokół marszu 13 grudnia trochę to zdarzenie przykryły,  nie na tyle jednak żeby nie rozpętać kolejnej debaty.

Kilka dni wcześniej cztery wpadki na jednej tylko stronie wskazał zawodowy historyk prof. Stanisław Żerko. Przy czym zastrzegł się, że książkę jedynie przejrzał, a to mu się „rzuciło w oczy”. Rzecz w tym, że naukowcy na ogół książki Ziemkiewicza nie czytają, a na pewno nie traktują jej jako pozycji godnej zrecenzowania. Skąd konkluzja samego autora i zakochanej w Ziemkiewiczu publiczności, że przecież „fakty się zgadzają”.

Pomyłki każdemu mogą się zdarzyć i pojawiają się w najpoważniejszych naukowych pozycjach – stąd instytucja erraty, która nie zawsze dotyczy jedynie literówek. Jestem autorem dwóch tomów historii USA XX wieku. Książki była sprawdzana wiele razy, a jednak na drugi dzień po wydaniu odkryłem po kilka pomyłek w każdym tomie, np.. w nazwiskach. Człowiek jest istotą omylną. Niemniej jeśli nie w pisanym pośpiesznie artykule, ale w poważnej pozycji aspirującej do udziału w debacie o historii, jest ich całe zatrzęsienie, pojawia się konfuzja. Mamy do czynienia z czymś zabawnym. To tak jakby autor popularnego tekstu o technice uparł się, żeby go zilustrować wzorami matematycznymi. I sadził w tych wzorach błędy. Jeśli inni takie błędy odkryją, autor automatycznie spada do innej ligi.

Ja od początku mówiłem o tej innej lidze. To jest przedsięwzięcie z dziedziny publicystycznego show, felietonistyki. Trzeba przyznać zresztą, że w tej akurat dziedzinie jeżdżący po Polsce i promujący książkę showman ma „osiągi”. Najtrudniejsze dylematy rozwiązuje jednym nie znoszącym sprzeciwu zdaniem. Najbardziej skomplikowane węzły rozcina soczystymi kolokwalizmami. Wychował wielbicieli, którzy kupują jego wizję nie w ogólnych zarysach, lecz w całości – to jest podobny fenomen jak Janusza Korwin-Mikkego.

Ci zakochani widzowie przez ostatnie miesiące pohukiwali: „czego chcecie od RAZ-a, przecież fakty się zgadzają”. Kiedy okazuje się, że nie wszystkie, natychmiast przegrupowują się na inną pozycję. „Może i nie wszystkie, ale szukacie dziury w całym, zamiast mierzyć się z zasadniczą wizją” – czytam wpis po wpisie.

Otóż po pierwsze niektóre z tych przeinaczeń mają duży wpływ na wydźwięk zasadniczej tezy. Jest tam np. garść przykładów dotyczących winy polskich władz za nieprzygotowanie do wojny. Gursztyn wykazuje, że prawda jest co najmniej bardziej skomplikowana.

Usiłując wytworzyć mit straconej szansy polegającej na zbliżeniu z Niemcami, autor musi potworzyć własne legendy. Jedną z nich jest czarna legenda Anglii. Nie twierdzę, że nie było czegoś takiego jak angielski egoizm czy imperializm, ale między taką konkluzją, a zmienianiem historii w akt prokuratorskiego oskarżenia jest różnica. Dlatego twierdzenie, że Anglicy weszli do pierwszej wojny światowej „pod pretekstem obrony Belgii” nijak się nie ma do rzeczywistości, za to pasuje do czegoś, co jest antybrytyjskim pamfletem. Ale między pamfletami a poważnymi historycznymi pracami, nawet popularnymi, bez przypisów, jest zasadnicza różnica.

Kilka błędów ma charakter zasadniczy i można by rzecz szkolny. Tacy ludzie jak ja, którzy jeden raz przeczytali książkę szybko szukając zasadniczej tezy, po prostu je przeoczyli. Profesor Żerko i Gursztyn – nie. Przesunięcie o rok, z marca 1938 na marzec 1939 polskiego ultimatum wobec Litwy mogłoby się skończyć źle dla maturzysty zdającego historię. Ma to też konsekwencje istotne, służy bowiem przyczernieniu lub może bardziej uabsurdalnieniu dyplomacji Becka i Rydza-Śmigłego.

Są takie nagięcia, które wynikają z ideologicznego zacietrzewienia. Jeśli Ziemkiewicz przekonuje nas, że zabójca prezydenta Narutowicza Eligiusz Niewiadomski to „samotny szaleniec”, to nie tyle się myli, ile powtarza wersję endecji, to akurat próba tworzenia legendy oczyszczającej obóz, z którym sympatyzuje. To się akurat może zdarzyć nawet wytrawnym historykom. Mogę tylko dodać: niestety.

Ale gdy Ziemkiewicz ogłasza, że w XIX wieku wszyscy bili armię austro-węgierską, nawet Serbia, to ujawnia w ten sposób po prostu fakt, że świat historii jest mu z natury obcy. Gursztyn przypomina: pierwsze starcie Wiednia z Serbią przyniósł rok 1914, za to w wieku XIX miał miejsce szereg zwycięstw tej armii (jeszcze austriackiej), choćby nad Włochami.

Ponieważ autor wyprawia się do obcego sobie świata, może napisać co bądź. Użyć dowolnego zdania, które wydaje się w danej chwili użyteczne. Rasowy historyk ma z tym kłopot. Ziemkiewicz nie ma. Piotr Skwieciński we wczesnej polemice z tą książką, wypatrzył u niego twierdzenie, że trzej zaborcy Polski nie uznawali kultu Matki Boskiej. Pisze się tak o katolickiej Austrii i prawosławnej Rosji. Można by poprzestać na ogólnym twierdzeniu: kto nie jest wiarygodny w tylu cząstkowych tezach, nie może być wiarygodny w całości. Ja pójdę dalej. Fakt, że historia jest dla autora chwilowym miejscem lądowania, gdzie szuka się potwierdzenia racji dzisiejszych, po czym szybko się z niego ucieka, ma głębokie konsekwencje, także w tych miejscach, gdzie mamy do czynienia nie z prostymi faktami, a bardziej złożonymi teoriami. Ktoś nie krępowany przez empirię, łatwo zdobywa się na krańcową pychę.

Ziemkiewicz twierdzi, że polskie władze w roku 1939 powinny wiedzieć, że ich wybór (lub raczej kolejne wybory) prowadzą do katastrofy. Choć pisząc dowolną historię alternatywną można sobie wyobrazić korzystniejszy obrót wypadków – dla tych władz i dla Polski. Od sytuacji, kiedy to Niemcy jednak się cofają, zniechęcone brytyjskimi gwarancjami po perspektywę włączenia się państw zachodnich i atak na Niemcy z zachodu. My wiemy, że te korzystniejsze scenariusze się nie spełniły. Oni tego wiedzieć nie mogli, ale to nie przeszkadza mądrzejszemu o kolejnych kilkadziesiąt lat autorowi fundować im absurdalny trybunał historii.

Zarazem, gdy przychodzi do osądu rozwiązania alternatywnego, czyli de facto wejścia w orbitę wpływów III Rzeszy, ten sam publicysta odmawia spekulowania na temat jego złych stron. W zamian funduje nam opowieść o „efekcie motyla”. Czyli o tym, że dowolne wydarzenie, nawet przypadek, może zmienić bieg zdarzeń. Ale jeśli tak, zasadę „efektu motyla” można stosować także dla obrony wyborów Becka i Rydza.

Autor tego odmawia, a kieruje się pychą. Nie jest historykiem, którego ciekawi samo odkrywanie przeszłości, a topornym ideologiem, który chce wykazać współczesną tezę. Dowieść, że Polacy przegrywali, bo nie byli realistami, a w przyszłości będą realistami, jeśli posłuchają światłych uwag Ziemkiewicza. To jest myślenie kompletnie ahistoryczne. Ale trudno oczekiwać myślenia historycznego od kogoś, komu ultimatum Polskie wobec Litwy myli się z późniejszym o rok zagarnięciem przez Niemcy Kłajpedy.

Twórczość tak zwanych rewizjonistów szybko się nie wypali, bo jest na nią zapotrzebowanie społeczne. Nie o historię tu chodzi, po niej można swobodnie deptać, naginać ją i upychać kolanem , a o współczesność.

Ale gołym okiem widać, że nie będzie łatwo. Ziemkiewiczowi jak wielu politykom spotykającym się tylko z gorącymi zwolennikami, zdawało się, że ogłosi swoje tezy jak prawdę objawioną i jedni padną na kolana, inni zamilkną. Gdy jedni wprawdzie padli na kolana, inni jednak nie zamilkli, pojawiła się irytacja, przechodząca we wściekłość.

Miesiąc temu na spokojny i czysto merytoryczny artykuł Piotra Skwiecińskiego artykuł w Rzeczpospolitej, autor „Polactwa” odpowiedział manifestem pełnym pretensji i wyzwisk, gdzie rzecz całą sprowadzono do walki dwóch konkurencyjnych pism. Choć nasz spór zaczął się jeszcze we wspólnym „Uważam rze” i przypuszczalnie, gdyby to pismo przetrwało, naraziłby ten zespół na poważną próbę. Ziemkiewicz to wie, ale woli pisać o „luksemburczykach” niż poddać swoją pisaninę jakiemukolwiek testowi zewnętrznemu.

Trochę zamknął nam tym na chwilę usta, bo wielu prawicowych czytelników kupuje fałszywą tezę o biznesowej naturze tego sporu i wzywa obie strony: nie kłóćcie się. Choć to nie jest żadna kłótnia, ale spór o sprawy podstawowe. O to jak Polacy będą patrzeć na samych siebie.

Kiedy jednak zamilkliśmy, okazało się, że szczególnie bolesny cios spadł ze strony redakcyjnego kolegi Rafała Ziemkiewicza. Który toczył z nim spór od dość dawna, ale zrytualizowany, ujęty w ramy wewnątrzredakcyjnej grzeczności. Na zdrowy rozum jednak katalog Gursztyna skreśla Ziemkiewicza jako poważnego partnera do jakiejkolwiek rozmowy. Gursztyn to z zawodu historyk, podobnie jak pomagający mu Piotr Semka. Ziemkiewicz to ideolog, dla którego historia to tworzywo. Lepi z niej kolejne bałwanki jak ze śniegu.

Na koniec jeszcze uwaga: Gursztyn dopytuje się, jacy to historycy recenzowali tę książkę. Otóż Ziemkiewicz kiedyś ich wymienił: doktor Gałęzowski i doktor Cenckiewicz. Możliwe, że obaj przeczytali ją równie szybko jak ja i wpadek nie wyłapali. Chłonęli bowiem ogólną tezę.

Ale jest też inna odpowiedź. Sławomir Cenckiewicz to współautor sławnego aktu demaskacji profesora Kieżuna. Akt ten został ostatnio zdekonstruowany przez Piotra Gontarczyka. Twierdzeniom gołosłownym i zwykłym manipulacjom Gontarczyk przeciwstawił żmudną pracę badacza źródeł. Nie wyrokował, jak należy zbilansować cały życiorys Kieżuna. Pokazał, gdzie autorzy artykułu w „Do rzeczy” upychali historię kolanem.

Możliwe, że upychanie historii kolanem to stała, wypróbowana metoda – i recenzenta i recenzowanego. Choć niewątpliwie uwaga o Austriakach bitych w wieku XIX przez Serbów jest wypadkiem przy pracy.

Nie przyjmuję uwagi, że nie należy się tym zajmować, bo są inne ważniejsze sprawy. We wszystkim w czym się zgadzamy, będę mówił to samo co Ziemkiewicz czy Cenckiewicz. Ale zabawy historią, takie jej wyciskanie aby osiągać pożądane efekty, uważam za szkodnictwo.

Komentarze

Liczba komentarzy: 65