W najnowszym numerze „wSieciHistorii” ukazał się tekst Piotra Mazurka o związku pomiędzy kampanią samorządową a polityką historyczną:

Wybory samorządowe są przez niektórych komentatorów traktowane z pewnym lekceważeniem. Wielu sądzi, że nie warto się nimi zajmować, gdyż na lokalny poziom polityki składają się jedynie nudne i żmudne dywagacje o kolorze przystanku czy lokalizacji ławki w parku. To jednak na tym właśnie poziomie dzieje się najwięcej w sprawach związanych z polityką historyczną. To samorządy decydują o tym, komu wznieść pomnik, czyim imieniem nazwać ulicę czy też w jaki sposób zorganizować obchody narodowych rocznic. Od tego, jakich włodarzy wybierzemy w naszych gminach, będzie zależeć również to, czy z przestrzeni publicznej znikną relikty komunistycznej propagandy, a bolszewików na cokołach zastąpią wreszcie bohaterowie walki o niepodległość.

Ciągła walka

Mijająca kadencja samorządowa to nie był dobry czas dla zmian związanych ze sferą pamięci historycznej. W latach 2010–2014 w wielu miejscowościach uhonorowano Żołnierzy Wyklętych, ale w większości z nich do wzniesienia nawet małego pomnika na obrzeżach miasta wiodła długa i pełna przeciwności droga, którą musieli przejść inicjatorzy takich projektów. To zdecydowane naciski sił społecznych, a zwłaszcza organizacji zrzeszających młodych patriotów, doprowadzały do pozytywnego finału tych spraw. Co najbardziej oburzające, zdarzało się, że inicjatywom uczczenia herosów naszej historii przeszkody tworzyli nie tylko postkomuniści, lecz także reprezentanci ugrupowań uważanych za prawicowe.

Niezwykle bolesny jest tu chociażby przykład boju o rondo NSZ w Łukowie, gdzie jedynie determinacja społecznika Kamila Suleja, który ściągnął do miasta czołowych specjalistów od historii najnowszej, doprowadziła do zmiany decyzji odmawiającej uhonorowania tej formacji. Prawicowi samorządowcy bardzo często aprobowali też, a nawet w różny sposób wspierali, utrwalające komunistyczną propagandę uroczystości rocznicowe odwołujące się do mitu tzw. wyzwolenia Polski (z lat 1944–1945), które wciąż odbywają się regularnie w wielu miejscach kraju. Przykładem mogą tu być Siedlce, gdzie trzeba było zmasowanej ofensywy młodych aktywistów ze Stowarzyszenia KoLiber (współpracujących z doskonale pamiętającym rzekome „wyzwolenie” kombatantem NSZ Zygmuntem Goławskim), aby zdominowane przez prawicę władze miasta zerwały z wieloletnią tradycją składania, wraz z posłami lewicy oraz dyplomatami z Rosji i Białorusi, wieńców na cmentarzu czerwonoarmistów, na którym leżą m.in. osoby poległe w walce z polskim podziemiem niepodległościowym. Relacje z zeszłorocznych uroczystości nadal można jednak znaleźć na oficjalnej stronie internetowej Siedlec. W tym rządzonym od ośmiu lat przez centroprawicową koalicję mieście do niedawna była także ulica nosząca imię Armii Czerwonej. Zmiana nazwy nastąpiła dopiero ostatnio, po mocnej akcji lokalnego oddziału KoLibra. Radni nie zgodzili się, aby zgodnie z pomysłem Stowarzyszenia arterię nazwać imieniem Ofiar komunizmu. Przeszła za to enigmatyczna, ale politycznie poprawna nazwa Ofiar II wojny światowej.

Niewątpliwie najbardziej symboliczna dla całego sporu o dekomunizację przestrzeni publicznej będzie ostateczna decyzja włodarzy stolicy w sprawie obecności pomnika Polsko-Sowieckiego Braterstwa Broni na pl. Wileńskim

Skandal „czterech śpiących”

Pewna zmiana w Siedlcach jednak się udała, a w wielu innych miejscowościach podobne sprawy wciąż czekają na rozstrzygnięcie, które będzie musiało nastąpić w kolejnej kadencji władz samorządowych. Niewątpliwie najbardziej symboliczna dla całego sporu o dekomunizację przestrzeni publicznej będzie ostateczna decyzja włodarzy stolicy w sprawie obecności pomnika Polsko-Sowieckiego Braterstwa Broni na pl. Wileńskim, czyli w miejscu, przez które strumieniami przepływała krew żołnierzy formacji niepodległościowego podziemia, torturowanych i mordowanych w otaczających to miejsce katowniach UB oraz NKWD.

Zgodnie z obowiązującą decyzją rady miasta, przyjętą głosami PO i lewicy, monument musi wrócić na wcześniejsze miejsce, ale nie wiadomo, kiedy to nastąpi. W ostatnim czasie pojawiły się informacje, że na czas kampanii wyborczej ma trafić do magazynu. O tym, co stanie się z nim po 16 listopada, zadecydują wyniki wyborów. Jeśli w radzie miasta większość uzyska koalicja PO-SLD, jest niemal pewne, że relikt sowieckiej okupacji zostanie powtórnie postawiony w centrum Pragi. Wciąż epatujący miłością do PRL radni lewicy z pewnością bowiem tej sprawy nie odpuszczą.

W debacie publicznej pojawiają się za to kolejne głosy sprzeciwu wobec powrotu pomnika. Przełomowy charakter w sprawie ma list ludzi kultury, nauki i sztuki, który sygnowali m.in.: prof. Witold Kieżun, Marcin Meller, prof. Włodzimierz Bolecki, Adam Ferency, Edward Dwurnik, Kazik Staszewski, Paweł Kukiz, Jan Krzysztof Kelus, Włodek Pawlik, Robert Górski, Joanna Wnuk-Nazarowa czy Jarosław Modzelewski. Napisali oni w swoim manifeście: „Niemal 2 mln zł wydano na renowację pomnika „czterech śpiących”, który decyzją Rady Warszawy miałby wrócić w centrum Pragi. Chcemy wyrazić swój sprzeciw wobec tej decyzji. Pomnik Braterstwa Broni jest jednym z symboli sowieckiej dominacji w naszym mieście […]. Nie możemy się zgodzić na stawianie w Warszawie pomników okupantom. Zwykle nie podpisujemy listów otwartych, dzielą nas poglądy polityczne i wybory ideowe. Łączy jednak sprzeciw wobec pomysłów na uczczenie najeźdźców i gwałcicieli. Na to naszej zgody nie ma”.

Przeciw monumentowi konsekwentnie wypowiadają się także okoliczni mieszkańcy oraz organizacje kombatanckie i wiele środowisk pozarządowych. Sprawa ta to jedynie jeden z wielu podobnych przypadków w samej stolicy (choć bardzo symboliczny). W najbliższym czasie władze Warszawy będą musiały rozwiązać również spory o al. Armii Ludowej, ulice Teodora Duracza, Juliana Bruna czy Zygmunta Modzelewskiego oraz pomnik Zygmunta Berlinga. Z drugiej strony zaś zostały postawione postulaty: godnego uhonorowania w stolicy Narodowych Sił Zbrojnych i ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Wołyniu oraz – w związku ze zbliżającą się 100. rocznicą Bitwy Warszawskiej – budowy Łuku Triumfalnego oddającego hołd autorom zwycięstwa nad bolszewikami. Każda z tych spraw to wyzwanie dla nowo wybranych radnych. A takich kwestii jest wiele, są praktycznie w każdej większej gminie.

Bądźmy aktywni przy urnach

Te sprawy nie zostaną jednak załatwione pozytywnie, jeśli w wyborach samorządowych znów wygrają obrońcy PRL-owskiej mitologii. Rację ma bowiem prof. Marek Chodakiewicz, który w wywiadzie na temat akcji „Goń z pomnika bolszewika” powiedział jasno, że – aby skutecznie usunąć bolszewików z cokołów – trzeba najpierw wypędzić ich z rad miejskich czy sejmików wojewódzkich. Na razie trzymają się oni w tych gremiach całkiem krzepko i przy pomocy najbardziej wpływowej (bo powstałej ponad politycznymi podziałami) Partii Świętego Spokoju skutecznie blokują społeczne przedsięwzięcia w zakresie polityki historycznej. 16 listopada będziemy więc mieli do czynienia nie tylko z bojem o to, która z opcji politycznych odtrąbi zwycięstwo, lecz również z bitwą, której stawką będzie uporządkowanie przestrzeni publicznej naszych miejscowości.

Aby pomóc w dokonaniu w tym dniu dobrego wyboru, Stowarzyszenie KoLiber przygotowało projekt „Pogońmy bolszewików z samorządu!”. W jego ramach rozpoczęło się ogólnopolskie prześwietlanie decyzji władz lokalnych w sprawach dotyczących pamięci historycznej. W czasie kampanii wyborczej przyznamy certyfikaty samorządowcom walczącym o doprowadzenie lokalnej przestrzeni publicznej do normalności. Nie ma cienia wątpliwości, że należą się one chociażby Oldze Johann (o której działalności pisałem w lipcowym numerze „wSieci Historii”), Pawłowi Lisieckiemu z warszawskiej Pragi-Północ czy włodarzom Pieniężna i Limanowej, którzy podjęli decyzje o usunięciu lokalnych symboli sowieckiej okupacji. Litości nie będziemy mieli za to dla tych, którzy prezentowali postawę odmienną. Napiętnujemy ich wpisem na „czerwoną listę hańby”, rekomendując wyborcom ich kandydatury jednoznacznie negatywnie.

Pragniemy także przepytać w interesujących nas kwestiach kandydatów aspirujących do zasiadania we władzach samorządowych. Uzyskane odpowiedzi zamieścimy w Internecie, a akcję podsumujemy także na łamach miesięcznika „wSieci Historii”, który objął ją swoim patronatem. Zachęcamy również do odwiedzania strony gonbolszewika.pl oraz współpracującego z nami portalu blogpress.pl, gdzie będą się pojawiać kolejne informacje o tym przedsięwzięciu, a także zapraszamy do współpracy! Każdy może wysłać nam sugestie dotyczące oceny swoich władz lokalnych na adres: piotr.mazurek@koliber.org. Będziemy wdzięczni za wszelkie uwagi i informacje!