III Rzeczpospolita, w odróżnieniu od II RP, nie potrafi podziękować tym, którym zawdzięcza niepodległość.

Czy w czerwcu 1989 odnieśliśmy zwycięstwo? Uważam, że tak. Tylko problemem jest to, co dalej z tym sukcesem zrobiliśmy. Wielu z nas pamięta entuzjazm i radość z wygranej. Pokonaliśmy „czerwonego”, kładąc go na łopatki. To był knock-out. Niestety chwilę później, po oficjalnym ogłoszeniu wyników wyborów do kontraktowego sejmu, liderzy tak zwanej konstruktywnej opozycji, z Lechem Wałęsą na czele, przestraszyli się niespodziewanego sukcesu i wyrazili zgodę na zmianę ordynacji przed drugą turą wyborów. W ten sposób przywrócili - odrzuconą przez głosujących - listę krajową, i tak dali wszystkim do zrozumienia, że wybór się nie liczy, że w nowej rzeczywistości ważne będą porozumienia między nowymi elitami. O ile Jaruzelski w 1981 roku, wprowadzając stan wojenny zabił nadzieję, o tyle nasi przywódcy solidarnościowi po 4 czerwca zabili entuzjazm uznając, że porozumienie zawarte z komunistami przy okrągłym stole jest ważniejsze niż wola społeczeństwa.

Od kilkunastu lat zajmuję się historią opozycji i dlatego mogę powiedzieć, że Solidarność, jest czymś wyjątkowym w historii nie tylko Polski, ale i świata, lecz mogę również powiedzieć, że Solidarność to nie Lech Wałęsa z jego kilkunastoma doradcami. Solidarność tworzyły miliony ludzi. I to oni obalili komunizm, a ich praca była ciężką bohaterską harówą. Dlatego właśnie o nich powinniśmy mówić i pamiętać.

Państwo polskie ma wobec tych działaczy największe zobowiązania, z których się, niestety, zupełnie nie wywiązuje. III Rzeczpospolita, w odróżnieniu od II RP, nie potrafi podziękować tym, którym zawdzięcza niepodległość. Legioniści, Powstańcy Styczniowi, Powstańcy Śląscy i Wielkopolscy mieli renty, przywileje, domy opieki i powszechny szacunek. Ludzie Solidarności, jeśli nie weszli w układy, albo po ludzku wejść w nie nie chcieli, żyją teraz w nędzy, z długami i komornikami pukającymi do drzwi.

Właśnie z myślą o tych cichych bohaterach bez, których nie żylibyśmy dziś w niepodległym kraju rozpoczęliśmy akcję „Dziękujemy za Wolność”. Dla nas to Oni są ludźmi wolności. Oni dla nas siedzieli w więzieniach, byli bici, zwalniani z pracy, ukrywali się. Dla Polski - nie dla poklasku. Jesteśmy im coś winni - mamy okazję, żeby teraz podziękować.

www.dziekujemyzawolnosc.pl

Wpłat można dokonywać na konto Fundacja Wspólnota Pokoleń: Nr konta: 58 1090 1056 0000 0001 1590 6435

Przemysław Miśkiewicz


Od najmłodszych lat byłem wychowywany w przeświadczeniu, że komunizm jest największym złem jakie przytrafiło się Polsce po II wojnie światowej. Mając 11 lat wraz z kolegą zgłosiłem się na ochotnika, aby oddać krew dla Węgrów, którzy w 1956 roku walczyli z sowiecka agresją. Pamiętam, że lekarze odesłali nas z kwitkiem, bo byliśmy zbyt młodzi, ale za gotowość poniesienia ofiary dostaliśmy po czekoladzie. Całe moje życie starałem się przeżyć uczciwie - jednak absurdy PRL-u powodowały, że często zmieniałem pracę - toteż w pewnym sensie jest przyczyną mojej obecnej sytuacji, bo większość z tych zakładów nie istnieje i nie można znaleźć papierów potwierdzających długość stażu pracy.

Na dobre osiadłem dopiero w 1971 roku w Gliwicach, gdzie zostałem pracownikiem Gliwickiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Węglowego. Podjąłem też studia zaoczne na Politechnice Gliwickiej. W 1979 z Radia Wolna Europa dowiedziałem się, że w moich okolicach działa Andrzej Spyra, któremu można przekazywać pieniądze dla KOR. Umówiłem się z nim na spotkanie i przekazałem mu dosyć pokaźną, jak na tamte czasy, sumę. Niestety okazało się, że Spyra był konfidentem i zaczęła się mną interesować bezpieka. Niedługo potem trafiłem na przesłuchanie i zaliczyłem 48. godzinny dołek.

Kiedy powstała „ Solidarność” od razu zacząłem organizować struktury Związku w zakładzie. Dla mnie „Solidarność” od początku miała służyć rozwaleniu bolszewii i to był podstawowy motyw mojej działalności. Po wyborach zakładowych usunąłem się na bok. Obserwowałem co się dzieje w kraju z pozycji zwykłego członka Związku i widziałem, że czerwony nie odpuści.

Stan wojenny nie był dla mnie takim szokiem jak dla wielu kolegów. Od pierwszego momentu uznałem, że jak jest wojna to trzeba się bić. Ponieważ znałem wiele osób z czasu kiedy rejestrowałem „Solidarność” w MKZ Katowice, już w niedzielę 13 grudnia odbyłem pierwsze spotkania konspiracyjne. Powołaliśmy II Garnitur Delegatury Gliwickiej, a ja zdecydowałem się, że schodzę do podziemia. Musiałem też porzucić pracę. Ukrywałem się do 1990 roku i nigdy w sposób formalny się nie ujawniłem.

Zostałem szefem II Garnituru… Już w grudniu przeprowadziliśmy dwie spektakularne akcje balonowe. Balony wypełnione gazem, z przywiązanymi ulotkami , które sami wydrukowaliśmy zasypały Gliwice. Były skonstruowane „na papierosa” , który po jakimś czasie przepalał nitkę i ulotki rozsypywały się minimum kilkaset metrów od miejsca, z którego były ekspediowane. Zaczęliśmy wydawać gazetki, przygotowaliśmy kilka manifestacji w Gliwicach. Ja sam, byłem drukarzem, kolporterem, szefem struktury. Pełniłem wszystkie te funkcje praktycznie nie mając nadziei na ostateczne zwycięstwo. To, że musiałem tak robić było dla mnie jasne. Dla Ojczyzny byłem gotów zginąć. Z czasem związałem się z Solidarnością Walczącą i przeniosłem się z Gliwic do Wrocławia. Byłem blisko kierownictwa i z czasem uznałem, że możemy z komuną wygrać. Kiedy nadszedł Okrągły Stół uznałem, że zostaliśmy oszukani, ale wierzyłem w solidarność - już nie przez duże „S”, ale tą międzyludzką. Myślałem, że ludzie się otrząsną i wszyscy razem dobijemy czerwonego. Niestety stało się inaczej.

Z perspektywy czasu myślę, że gdyby to była prawdziwa wojna i zginąłbym w walce to nigdy nie doznałbym takiej goryczy i upokorzenia jaką przeżywam dzisiaj. Walczyłem o wolna Polskę, a dostałem III Rzeczpospolitą, za która muszę się wstydzić. Moja emerytura - 720 złotych, jest za duża żeby umrzeć, a za mała żeby żyć. Jednak nimo tego, że obecnie bardziej jest szanowany Jaruzelski , który całe życie poświęcił na zniewolenie Polaków, niż ci, którzy za Polskę walczyli i ginęli, wiem, że gdyby trzeba było jeszcze raz dokonać wyboru to zrobiłbym to samo.

Może jeszcze doczekam Ojczyzny moich snów…