Chleba i igrzysk

Fot.sxc.hu
Fot.sxc.hu

Lekarzy trzeba się słuchać. Diagnoza brzmiała: pozostać w domu, wygrzać, podkurować. To niby nic groźnego, ale dzieci mogą zarażać.

Po wyjściu pani doktor starsze dzieci szalały z radości z powodu nadprogramowych wakacji. Najmłodszy, który aby przetrwać musiał się szybko nauczyć nie tylko chodzić, ale i biegać, nic pewnie nie zrozumiał z całej sytuacji, dla towarzystwa jednak zaśmiał się swoim, rocznym, gromkim chichotkiem, uradowany szczęściem rodzeństwa i popędził za nimi do innego pokoju.

No to pięknie - cały tydzień z potworami w domu. Będzie super –

włos zjeżył mi się na głowie. Zagramy w grzybobranie, kalambury, uno, Piotrusia, porysujemy, powycinamy, powściekamy się, postoimy w kącie oraz będziemy robić "milion tysięcy sto dwieście" fajowych rzeczy. Łącznie z lepieniem bałwana, gdyby oczywiście nie było pogorszenia stanu zdrowia w postaci gorączki.

Po obiedzie dzieci zażądały rozrywki. „PANEM ET CIRCENSES”, panem et… słyszałam coraz głośniej i głośniej. Ale na szczęście się ocknęłam. To nie tłum pospólstwa rzymskiego skandował, domagając się chleba i igrzysk. Nie będzie trzeba organizować krwawych występów gladiatorów. To na szczęście moje własne, lekko znudzone siedzeniem w domu dzieciątka, które wolą bardziej wysublimowane rozrywki.

Sprawdziłam szybko temperaturę, nie parzyły, więc wypuściłam towarzystwo na tzw. wybieg czyli do ogródka. Radości nie było końca, tym bardziej, że dzieci nie rozpieszczone przez wiosenną zimę oraz stęsknione za wysiłkiem fizycznym, nie mogły się opanować i zamiast spacerować, wybiegły niczym stado dzikich bizonów, które jak wiadomo, tratuje w nieokiełznanym pędzie wszystko, co napotka na swej drodze. Prawie stratowany został najmłodszy uczestnik wyprawy, mały bizonik, który przewrócony, dał wyraz rzęsistymi łzami, co myśli o swoim dzikim rodzeństwie. Zabrałam się więc za wycieranie nosa, łez i smarowanie kremikiem. W tym czasie starszaki zdążyły zamoczyć całe ubranie, łącznie z obowiązkowymi rajstopkami pod kombinezonami, nie wspominając o czapkach, rękawiczkach oraz podkoszulce na wysokości łopatek. Jak to zrobili w tak krótkim czasie – nie wiem. Choć tempo w jakim udali się na „spacer” wszystko może wyjaśnić.

Wrócili po jakimś czasie w kawałkach garderoba), przemoczeni, zmarznięci, wyszaleni i szczęśliwi. I choć na początku z przerażeniem spoglądałam na nadchodzący tydzień, to muszę przyznać, że odrobina kreatywności rodzica w znajdowaniu rozrywek, kiełkuje ogromną wdzięcznością na zakatarzonych buźkach. A odrobina świeżego powietrza i zimowych szaleństw poprawia humor i reperuje zdrowie, na pewno psychiczne.

Mam tylko nadzieję, że w tym roku wszelkie niespodziewane „wakacje” nie będą zdarzały się zbyt często. A żartobliwe zakończenie rozmowy z przyjaciółkami, również posiadającymi potomstwo, brzmiące

to do zobaczenia wiosną,

nie stało się przykrą rzeczywistością.

Zuzanna Czarnowska

autorka bloga Tylko czasem

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...