TYLKO U NAS

Inflacja wystrzeliła do 4 proc. Szewczak: Spalona ziemia dla następcówInflacja wystrzeliła do 4 proc. Szewczak: Spalona ziemia dla następców

AW_Szewczak_22092018_004.webp
Janusz Szewczak (Fratria)
FacebookTwitter

„Niekompetencja i zostawienie spalonej ziemi następcom” – tak wzrost inflacji oraz sytuację finansów publicznych komentuje Janusz Szewczak. Analityk gospodarczy w rozmowie z portalem wPolityce.pl odniósł się do najnowszych danych GUS. Według szybkiego szacunku we wrześniu ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 4 proc. rok do roku, a w porównaniu z sierpniem o 0,7 proc. Szczególnie bolą ceny paliw do prywatnych środków transportu, które rok do roku podrożały aż o 36,1 proc.

„Niezwykle dynamiczny wzrost inflacji”

Szewczak zwraca uwagę na skalę przyspieszenia inflacji. Kilka dni temu na antenie TV wPolsce24 przewidywał on wrześniowy odczyt na poziomie 4 proc. i przestrzegał przed dalszym wzrostem.

Kilka dni temu podałem już pierwsze informacje o tym, że ta inflacja będzie na poziomie we wrześniu 4 proc. i że będzie zmierzała w kierunku 5 proc. w najbliższych dniach, o ile nie zostaną podjęte gwałtowne jakieś działania w zakresie obniżenia stóp. To się dzisiaj potwierdziło. GUS podał te informacje. To jest niezwykle dynamiczny wzrost inflacji, bo przypomnijmy, poprzednie informacje mówiły o 3,4 proc.

- zaznacza. 

Analityk ocenia, że skala wzrostu jest poważnym sygnałem ostrzegawczym.

Naprawdę to duży skok i to jakby zaczyna wymykać się całkowicie spod kontroli

- alarmuje ekspert. 

Dodatkowym problemem, jak podkreśla, jest sytuacja wokół Narodowego Banku Polskiego i jego prezesa Adama Glapińskiego.

Jest to też o tyle groźne, że nasilają się ataki rządowe koalicji 13 grudnia na NBP, na prezesa Glapińskiego. Kolejne straszenie szefa tej niezależnej, konstytucyjnej przecież instytucji państwa. A to może dodatkowo wpłynąć na niestabilność waluty polskiej, która już się zaczyna osłabiać, zwłaszcza w stosunku do dolara

- zaznacza. 

"Droższy dolar może podbić ceny paliw"

Janusz Szewczak zwraca uwagę, że ewentualne osłabienie złotego może dodatkowo zwiększać koszty importu surowców energetycznych.

Pamiętajmy, że za dolara kupujemy ropę i gaz na rynkach światowych, czyli słabszy złoty, droższy dolar, co widzimy. Myślę, że dolar wkrótce przekroczy 4 zł

- przewiduje Janusz Szewczak. 

Według niego przełożyłoby się to na wzrost kosztów paliw, a następnie na ceny kolejnych produktów i usług.

Będzie skutkować droższymi zakupami paliw, co przełożyć się oczywiście może na koszty nie tylko na dystrybutorach, ale przede wszystkim na koszty produkcji i na koszty życia Polaków. To oznacza również droższą żywność, droższe usługi na jesieni

Analityk wskazuje przy tym na ceny gazu i energii elektrycznej jako kolejne czynniki, które mogą zwiększać presję inflacyjną przed sezonem zimowym.

Paliwo jest oczywiście najbardziej inflacjogennym czynnikiem, ale na to dodatkowo w tym klinczu takim może pojawić się jeszcze kwestia bardzo gwałtownie rosnących cen gazu przed zimą i tutaj te 70-kilka już euro za MWh to jest sygnał bardzo niepokojący na rynkach światowych. No i wzrost cen energii elektrycznej, o której się przebąkuje w ramach podniesienia taryf od 1 stycznia tego roku, a pamiętajmy, że w styczniu jeszcze zima trwa na dobre w Polsce

- mówi Janusz Szewczak

„Wzrost na kredyt i z oszczędności Polaków”

Szewczak krytycznie ocenia również argument, że według rządu relatywnie wysoki wzrost gospodarczy pozwala spokojnie patrzeć na stan finansów publicznych.

To takie bajki z mchu i paproci opowiadane przez ministrów tego rządu, że cóż się mamy martwić, że kosmicznie rośnie dług, że deficyt jest jednym z największych budżetowych w Europie, skoro mamy znaczący wzrost gospodarczy około 3,5 proc.

Jego zdaniem problemem jest to, że wzrost gospodarczy nie przekłada się na poprawę kondycji finansów państwa.

Trzeba powiedzieć, że mamy do czynienia nie tylko w Polsce, ale i w Europie z kumulacją bardzo negatywnego zjawiska, kłócącego się z pewnymi podstawowymi teoriami ekonomicznymi. Mianowicie, że w Polsce widzimy wzrost gospodarczy około 3,5 proc., który nie przekłada się na poprawę sytuacji finansów publicznych

- zaznacza ekspert.

Jak tłumaczy, wzrost jest napędzany przede wszystkim konsumpcją oraz środkami pochodzącymi z programów unijnych.

Pożyczkami z KPO, SAFE itd., bo one również ten wzrost nakręcają. Tyle tylko, że to jest wzrost na kredyt i wzrost z oszczędności Polaków, a to nie powoduje jakiejkolwiek poprawy w finansach publicznych

- podkreśla analityk. 

Szewczak wskazuje również na problemy z realizacją zaplanowanych dochodów budżetowych:

W zeszłym roku w budżecie państwa zabrakło 42 miliardów złotych dochodów podatkowych, tylko podatkowych, mimo że te dochody sam sobie ten rząd uchwalił i zaplanował. W tym roku można się spodziewać, że ten ubytek będzie w granicach 50, może kilkunastu miliardów. Czyli widać, że tu się nic nie spina w finansach.

„Przez cztery lata bilion deficytu”

Analityk odnosi się również do poziomu deficytu budżetowego. Jego zdaniem skala zadłużenia to dramat.

Dzieją się rzeczy dramatyczne, a zadziwiający jest stoicki spokój pana ministra finansów, który mówi, że jest spokojny z budżetem, chociaż deficyt jest na prawie 300 miliardów, a cztery budżety, za które odpowiada pan Domański, to ponad bilion złotych długu w budżecie

- alarmuje

Szewczak porównuje tę kwotę z pieniędzmi, które Polska otrzymała z Unii Europejskiej.

A to oznacza, że przez 4 lata obecny rząd wypracuje deficyt większy niż wszystkie subwencje i dotacje, jakie otrzymaliśmy przez 22 lata z Unii Europejskiej. To może być szok dla przeciętnego Kowalskiego, że w 4 lata można doprowadzić finanse publiczne do ruiny na kwotę biliona, gdy przez 22 lata uzyskaliśmy około siedmiuset kilkudziesięciu miliardów euro z UE

- wylicza. 

"Spalona ziemia dla następców"

Analityk zwraca również uwagę na krytyczne wypowiedzi dotyczące budżetu formułowane przez Grzegorza Kołodkę, byłego wicepremiera i ministra finansów.

Proszę zauważyć, że w ostatnich dniach nawet minister rządu SLD,  były wicepremier prof. Grzegorz Kołodko, totalnie skrytykował ten budżet i pomysły. Mimo że patrzymy z panem Grzegorzem z dwóch krańców w sensie sympatii politycznych, to wnioski są identyczne: niekompetencja i zostawienie spalonej ziemi następcom

- podkreśla analityk. 

Zdaniem Janusza Szewczaka konsekwencje obecnej polityki fiskalnej mogą być odczuwalne również przez kolejny rząd.

A jak przyjdzie prawicowy rząd, to pani von der Leyen zażąda drastycznych cięć wydatków i gwałtownego podniesienia podatków. Choć przecież ten rząd już podwyżki realizuje

- dodaje.

Ekspert odnosi się też do planowanej przez rząd zmiany opodatkowania dużych przedsiębiorstw.

Jeśli CIT dla dużych przedsiębiorstw rośnie w projekcie ustawy budżetowej do 22 proc., no to się odbije znacząco na kosztach. A duże firmy przerzucą te koszty na dostawców albo na konsumentów

- mówi Janusz Szewczak.

sc/źr. wPolityce.pl

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Stankiewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.