"Fanaberie" Marka Sawickiego, czyli kiedy chłop wychodzi ze wsi, ale wieś z chłopa nie chce...

fot. PAP/Rafał Guz
fot. PAP/Rafał Guz

Minister rolnictwa Marek Sawicki nie na darmo jest laureatem „srebrnych ust” radiowej Trójki. Nie raz błysnął specyficznym taktem i wiedzą głęboką. Jak choćby na spotkaniu z trenerami i hodowcami koni oraz przedstawicielami środowiska wyścigowego kiedy to stwierdził, że wyścigi konne to: „hobby kilkudziesięciu ludzi w Polsce.

Jak wy to sobie wyobrażacie? Że co, że państwo, że budżet będzie utrzymywał z innych działalności – z hodowli bydła, z upraw roślinnych, z nasiennictwa – hobby kilkudziesięciu ludzi w Polsce? „

— grzmiał minister na posiedzeniu sejmowej komisji rolnictwa, w obecności szefa Państwowych Torów Wyścigów Konnych Macieja Klimczaka, a także trenerów i hodowców koni.

To kolejny przykład rzadkiego krasomówstwa pana ministra. Tego samego, który rolnikom nawtykał od frajerów, który bał się wyjść do protestujących rolników przez gamach ministerstwa, a [rynków zbytu dla polskiej wieprzowiny szukał w … Emiratach Arabskich].(http://wpolityce.pl/gospodarka/223607-polski-rzad-podlozyl-sobie-swinie-sawicki-promuje-w-zjednoczonych-emiratach-arabskich-wieprzowine)

Oczywiście środowisko wyścigowe w Polsce jest niewielkie. Co zawdzięczamy m.in. czasom słusznie minionym, kiedy to jeździectwo i konie traktowano jako „relikt burżuazyjnej przeszłości”. Które to myślenie wydaje się panu ministrowi bliskie. A mimo to przetrwały. Pewnie pana ministra nie uczono, że dla tej fanaberii dziesiątki ludzi - choćby podczas II wojny światowej ryzykowało życie, chcąc ocalić dumę i chlubę II RP jaką była hodowla polskich arabów. Dzięki nim mimo światowego kataklizmu stanowimy absolutnie niezwykły punkt na hodowlanej mapie świata, a coroczne aukcje w Janowie Podlaskim przyciągają do Polski tłumy gości. Nie byłoby zaś szczególnej wartości polskich arabów, gdyby nie wyścigi, gdzie przechodzą próby dzielności.

Fakt w folblutach idzie nam słabiej. Bo też żadna władza nie zdecydowała się dofinansować tej fanaberyjnej branży. A państwowe stadniny idą jedna po drugiej pod młotek. Gdyby nie pracowali w niej absolutni pasjonaci - hodowla polskich koni pewnie dawno by już padła. Ale jeszcze żyje. Choć pan minister przypomina sobie o niej jakoś ze dwa razy do roku, kiedy jest okazja z urzędu udekorować szarfą zwycięskiego wyścigowca. Wtedy jest pięknie, dumnie i szumnie.

Ale, by polskie konie mogły się ścigać, cieszyć oczy widzów i przysparzać nagród, zysków i sławy hodowcom, by mogły jeździć za granicę i w polskich barwach ubiegać się o poważne narody - potrzeba pracy dziesiątków ludzi, którzy się nimi opiekują, trenują, hodują, leczą. Tacy ludzie są. Ta „garstka” nie jest wcale taka mała. Ale owa fanaberia kosztuje ją wiele wysiłku. Więc ma prawo ze strony ministra Sawickiego, jeśli nie do wsparcia, to przynajmniej do odrobiny szacunku.

Tak się jakoś składa, że wyścigowe pasje podzielają elity na całym świecie. Że ma swoje fanaberie - owszem - królowa angielska, ale i demokratyczne Stany Zjednoczone. Ścigają się konie w Australii, Dubaju, Japonii, RPA. Każda europejska stolica ma swój tor wyścigowy, który przyciąga tłumy miłośników koni. Polski Służewiec mógłby z nimi iść śmiało w konkury i przynosić milionowe zyski z gier losowych. Tak się dzieje wszędzie - tylko nie w Polsce, gdzie konie i wyścigi, przez takich panów Sawickich, wciąż traktowane są jako „fanaberia” i piąte koło u wozu…

Branżowy portal wyścigowy Polish Turf na występ Marka Sawickiego - zareagował jednoznacznie:

Kochamy takie fanaberie, a panu Ministrowi w rządzie RP życzymy żeby wrócił do pługa, idąc tropem starego porzekadła, że chłop wyjdzie ze wsi ale wieś z chłopa nigdy.

Nic dodać, nic ująć… - no może jeszcze inne przysłowie, o milczeniu, które zwłaszcza, gdy się nie ma nic mądrego do powiedzenia - jest złotem. Wszakże laureatowi „srebrnych ust” radiowej Trójki wydaje się ono bardzo, ale to bardzo odległe…

Autor

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...