Aktywnym uczestnikiem społecznej debaty dotyczącej sytuacji osób posiadających kredyty we franku szwajcarskim jest Komisja Nadzoru Finansowego. Jakie ma prawdziwe intencje?

Przewodniczący tego centralnego organu administracji rządowej dwoi się i troi, aby zaistnieć w mediach. Nic dziwnego – wszak to szef instytucji, która sprawuje nadzór nad rynkiem finansowym w Polsce. To między innymi dlatego telewizje, portale i gazety ochoczo cytują prezesa Jakubiaka. Jedyną niepokojącą sprawą jest to, że KNF miała wcześniej okazję do ostrzegania i pilnowania tego, żeby kredytobiorcom nie działa się krzywda. Stała jednak na straży dobrego samopoczucia prezesów i właścicieli banków, a nie ich klientów. Dlaczego?

Zanim odpowiemy na zadane wyżej pytanie, prześledźmy kilka faktów. Otóż, Stowarzyszenie Pro Futuris, które zrzesza tych z tzw. „frankowiczów”, którzy nie radzą sobie ze spłatą takiego kredytu uważa dziś, że strona bankowa

„cynicznie wciągnęła klientów w walutowe gierki”.

Kredytobiorcy zamierzają nawet sądzić się z Komisją Nadzoru Finansowego.

CZYTAJ: „Frankowicze” protestowali na ulicach polskich miast. Chcą walczyć z bankami

Głównie za to, że ostrzeżenie o ryzyku frankowych spekulacji udostępniane było tylko bankom. Rzeczywiście – Komisja Nadzoru Finansowego wiedziała o ryzyku kredytowym i mimo swojego ustawowego obowiązku nie ostrzegła klientów. Tymczasem, już w 2007 roku, w raporcie o sytuacji banków, komisja opisywała przyczyny amerykańskiego kryzysu  na rynku nieruchomości. Oczywiście banki nie wyciągnęły żadnych wniosków.

Nic dziwnego, w obecnych realiach to BANKIBENEFICJENTEM DROGIEJ WALUTY HELWETÓW. Przecież większość tych, którzy mają kredyty we franku szwajcarskim regularnie je spłaca.

Przyznaje to Waldemar Rogowski z BIK, który w wywiadzie dla Polskiego Radia potwierdza, że kredyty we franku szwajcarskim są bardzo dobrze spłacane:

Aż 96 proc. osób posiadających kredyt mieszkaniowy we franku terminowo spłaca wszystkie swoje kredyty (914,66 tys. osób). Nie ma żadnych opóźnień. Jedynie 4 proc. osób posiadających kredyt mieszkaniowy we franku ma przeterminowane kredyty, w tym kredyt mieszkaniowy we franku (to tylko 38,34 tys. osób)

— mówi.

Bankom nie zależy na tym, żeby obecną sytuację zmienić. Do ich kasy wpływa przecież więcej pieniędzy.

Co zaś mówi Andrzej Jakubiak, człowiek współodpowiedzialny za katastrofalną sytuację kredytobiorców, który stoi na straży instytucji nadzorującej rynek finansowy w Polsce? Otóż, w jednym z licznie udzielanych ostatnio wywiadów, tu dla portalu forsal.pl, przyznaje:

Jeżeli porównamy koszty kredytu tej samej wielkości – czyli około 300 tys. zł – zaciągniętego we frankach i w złotych w tym samym czasie, powiedzmy w 2007 r., to tak naprawdę miesięczne obciążenia z tytułu obsługi tych kredytów zrównały się dopiero pod koniec 2012 r. W przypadku kredytów frankowych wzrost miesięcznej raty wyniósł 700–800 zł. To nie jest jakiś armagedon.

Prezes odrealnionej administracji rządowej mówi, że wzrost raty będący równowartością 2/3 najniższej pensji krajowej (1286,16 zł netto w 2015 roku) nie oznacza końca świata. Jasne, ludzie zarabiający najniższą pensję pewnie nie mają kredytów we franku szwajcarskim, ale 800 zł to dla większości polskich gospodarstw domowych kwota olbrzymia!

Co innego dla prezesa Jakubiaka, który zarabia – jak informuje Gazeta Prawna – prawie dwa razy więcej niż premier. Kto finansuje jego ogromną pensję? Oczywiście te instytucje, które prezes Jakubiak teoretycznie „nadzoruje”. Czy pensja wysokości 40 tysięcy brutto miesięcznie wystarczy, żeby stać na straży bankowego „ancien regime” i dbać interesy banków? Czy przy takiej pensji można, swoim oderwanym od rzeczywistości głosem krzyczeć, że 800 zł to nie jest „armagedon”? Sami sobie państwo odpowiedzcie na te pytania.

CZYTAJ TEŻ: NASZA ANALIZA. Jak szef KNF Andrzej Jakubiak zmienia zdanie w sprawie frankowiczów. Co chce ukryć?

gim