Globalny system walutowy wkrótce upadnie, pogrążając świat w zapaści o wielkiej skali. Gospodarki Ameryki i Chin są w stanie krytycznym i w każdej chwili mogą się załamać. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przekształcił się w bank centralny świata emitujący planetarny pieniądz o nazwie SDR. Wszystkie te tezy są jednocześnie fundamentalne, nie wzbudziły dotąd żadnego zainteresowania polskich mediów i pochodzą z wydanych u nas książek amerykańskiego eksperta ds. finansów Jamesa Rickardsa.

Jak na człowieka z 35-letnim stażem na Wall Street, doradcę amerykańskiego wywiadu i Departamentu Obrony, autor zaskakuje polityczną niepoprawnością. Finansjerę i chodzących na jej pasku polityków nazywa „elitą pasożytniczą”, amerykańską politykę walutową – dokonaną na biedniejszych krajach „grabieżą stulecia”. Zarazem z akademicką precyzją (popartą publicystyczną swadą) rozbija w pył takie mity jak ten, że parytet złota jest anachroniczny, deflacja – zawsze zła, inwestorzy – niezmiennie racjonalni.

Co szczególnie cenne, książki Rickardsa składają się na próbę intelektualnej syntezy globalnej sytuacji gospodarczo-politycznej. Biorąc pod uwagę ogrom przedsięwzięcia i fakt, że żyjemy w czasach, gdy stosunki władzy stały się bardziej złożone i nieprzeniknione niż kiedykolwiek, a mający je badać i objaśniać ludzie intelektu są pod względem zarobków i prestiżu w najgorszej od niepamiętnych czasów sytuacji – „Wojny walutowe” i „Śmierć pieniądza” tym bardziej zasługują na uznanie. W pierwszej książce Rickards opisał m.in. – widzianą przez pryzmat dwóch globalnych wojen walutowych, trwających łącznie ponad 35 lat – alternatywną historię XX w. Wskazał też na możliwość kolejnego wielkiego kryzysu gospodarczego i upadku światowego systemu walutowego. W drugiej książce, wydanej w Polsce w grudniu 2014 r., „Śmierci pieniądza”, mówi już nie o możliwości, ale o nieuchronności tego krachu.

Rickards przekonuje, że ostatni kryzys finansowy nie był cykliczny, lecz strukturalny. Wynikł z patologicznego rozrostu sektora finansowego, który oderwał się od realnej gospodarki i oddał spekulacyjnemu pseudorozwojowi. Napędzanemu masowym drukowaniem pieniądza bez pokrycia i polityczną korupcją blokującą wszelkie próby walki z tym rakiem.

To samo w sobie nic nowego: oceny współczesnych zachodnich gospodarek jako skazanych na upadek, gigantycznych piramid finansowych zawiadywanych przez zdegenerowanych rentierów obracających instrumentami pochodnymi, pojawiały się już wielokrotnie. Każdorazowo rozbijając o mur demagogii i obojętności zblatowanych z finansjerą polityków.

Rickards wiąże jednak tę diagnozę ze stanem międzynarodowego systemu walutowego opartego na dolarze jako głównej walucie rezerwowej świata. Według niego to przede wszystkim nieodpowiedzialna polityka pieniężna amerykańskiej Rezerwy Federalnej (FED) i wynikający z niej spadek zaufania do dolara odpowiadają za globalne tarapaty gospodarcze, które zakończą się wkrótce spektakularnym planetarnym krachem. Kryzysem znacznie głębszym od tego z 2008 r., połączonym z upadkiem międzynarodowego systemu walutowego.

To właśnie zwrócenie uwagi na rolę nie tyle pieniądza jako takiego, ile walut, międzynarodowych stosunków walutowych i niedocenianego fenomenu wojen walutowych, ich fundamentalnego znaczenia dla światowego bezpieczeństwa (nie tylko gospodarczego), decyduje – obok wspomnianej próby syntezy sytuacji globalnej, a także podkreślenia znaczenia sektora finansów dla bezpieczeństwa narodowego – o wkładzie Rickardsa w debatę o stanie świata.

Dlaczego planetarny krach miałby być nieuchronny? Znajduję we wspomnianych książkach pięć koronnych argumentów za tą tezą. Wszystkie zdają się nawzajem wzmacniać, warto więc pomyśleć o nich jako o kręgu lub pętli raczej niż liście. Metaforyczne podsumowanie książkowego dorobku Rickardsa, a zwłaszcza „Śmierci pieniądza”, może więc brzmieć tak: to prace o pięcioelementowej pętli zaciskającej się na szyi globalnego porządku walutowego. Tworzą ją tezy o: krytycznym stanie światowego systemu finansowego, rujnującej polityce drukowania pieniędzy bez pokrycia, grabieży biedniejszych krajów przez Amerykę i inne kraje wysokorozwinięte, spadek zaufania do dolara, wrażliwość USA na ataki finansowe. Te argumenty zasługują na bliższe się im przyjrzenie.

System nadmiernie złożony

Krytyczny stan systemu tłumaczy Rickards na gruncie teorii złożoności, w Polsce praktycznie (poza wydziałami nauk ścisłych) nieznanej, na Zachodzie chętnie używanej do wyjaśniania problemów społecznych i gospodarczych, w tym ostatniego kryzysu finansowego. Rzecz w tym, że systemy złożone – np. naród czy rynek – czerpią profity ze zwiększania swojej złożoności tylko do pewnego momentu. Powstanie na terytorium plemiennym centralnej władzy i podstawowej biurokracji jest mechanizmem wzrostu złożoności, który może przynieść skokowy wzrost wydajności.

Z czasem jednak kolejne inwestycje tego typu przynoszą coraz mniejszą stopę zwrotu, a po przekroczeniu pewnego punktu – zaczynają przynosić straty. To oznaka, że system stał się nadmiernie złożony i zmierza do stanu krytycznego. Osiągnąwszy go, jest jak śnieg zebrany na górskim zboczu: jeden nic nieznaczący płatek więcej i runie lawina.

W ten sposób najczęściej upadały imperia, np. Cesarstwo Rzymskie. Stając się zbyt złożone i nie podejmując środków zaradczych, musiały dźwigać coraz większe koszty, którymi obciążały z kolei ludność. Dochodząc do stanu krytycznego, stawały się nadwrażliwe na bodźce, które w normalnej sytuacji nie stanowiłyby dla nich większego problemu. To dlatego względnie nieliczne barbarzyńskie hordy były w stanie zdemolować Rzym i jeszcze być witane jako wyzwoliciele. Imperium uginało się już wówczas pod własnym ciężarem, drenując poddanych horrendalnymi daninami i niewiele dając w zamian. Najazdy Germanów były właśnie płatkami śniegu, które wywołały lawinę – w tym przypadku: implozję cesarstwa.

Rickards przekonująco dowodzi, że ten sam problem dotyczy amerykańskiego – a za sprawą jego znaczenia i podobieństwa mechanizmów działających w UE i Japonii: także globalnego – systemu finansowego. Przechwycony przez rentierów nie wytwarza on już istotnej wartości, chłonąc na wielką skalę pieniądze podatników redystrybuowane m.in. poprzez inflację (zawsze najdotkliwszą dla drobnych ciułaczy) i arcyhojne dotacje dla „zbyt dużych, by upaść”. Będąc nadętą do granic możliwości przez rząd i bank centralny bańką spekulacyjną, tworzy jedynie iluzję bogactwa. Gdy bańka pęknie, nastąpi gwałtowne urealnienie poziomu dobrobytu, które najdotkliwiej odczują ci, którzy i dotąd za tę zabawę płacili: zwykli obywatele.

Autor „Wojen walutowych” dokładnie analizuje przy tym, jak do ostatniego kryzysu przyczyniła się oparta na błędnych modelach szacowania ryzyka ekonomia finansowa (koncepcje „efektywnych rynków” i „normalnego rozkładu ryzyka”), a także przestarzałe teorie keynesistowskie i monetarystyczne. Co jeszcze ważniejsze, stwierdza, że zarówno finansjera, jak i politycy wiedzą o fałszu tych teorii, ale z premedytacją utrzymują je w mocy jako główne narzędzia analityczne „Zarówno Waszyngton, jak i Wall Street mają interes w podtrzymywaniu błędnych modeli z przeszłości.

Dla Waszyngtonu keynesizm jest uzasadnieniem zwiększania wydatków, a monetaryzm wymówką pozwalającą wzmacniać władzę Rezerwy Federalnej. Dla Wall Street teorie ekonomii finansowej stanowią przykrywkę dla nieustannego zwiększania dźwigni oraz stosowania oszukańczych praktyk sprzedaży pozabilansowych instrumentów pochodnych”.

Za i przeciw globalnemu przesileniu

Czy jednak amerykański i globalny system rzeczywiście jest w stanie krytycznym? Rickards przekonująco dowodzi strukturalnego, a nie cyklicznego charakteru kryzysu. Więcej: dowodzi, że zmierza on do tzw. (znów kłania się teoria złożoności) przejścia fazowego, tak jak płonące drewno zmierza do nieodwracalnego przekształcenia się w popiół. To jednak co innego niż jego teza o stanie krytycznym. W rzeczy samej brak w obu książkach Rickardsa przesądzających o tym argumentów.

Być może ten system jest po prostu zbyt złożony, aby móc to stwierdzić. A może tylko autorowi „Śmierci pieniądza” zabrakło po temu danych. W każdym razie jego przesądzenie jest przedwczesne i jako takie skazane dopiero na weryfikację przez czas. Może trafił i nie ma już odwrotu: kolejny płatek (pęknięcie bańki spekulacyjnej, klęska żywiołowa, atak cyberfinansowy) wywoła lawinę. Ale równie dobrze śnieg może padać jeszcze bardzo długo, a w międzyczasie znajdzie się grupa strażaków, która dokona kontrolowanej detonacji i zapobiegnie katastrofie. Inaczej mówiąc: jest możliwość, że system jest jeszcze do uratowania. Musieliby się „tylko” znaleźć politycy zdolni do przeprowadzenia – bardzo radykalnych – reform.

Z drugiej strony na zbliżające się załamanie systemu światowego – podkreślmy, że chodzi o coś znacznie więcej niż normalny kryzys o charakterze koniunkturalnym – wskazuje wiele najprzenikliwszych umysłów. Należy do nich gigant ekonomii politycznej i historii gospodarczej Immanuel Wallerstein mówiący o „wyczerpywaniu się” globalnego porządku kapitalistycznego (zwanego przez niego „systemem-światem”). Słynny francuski ekonomista i finansista Jacques Attali przewidywał z kolei, że – przy braku kroków zaradczych – Zachód czeka do 2020 r. bankructwo w wyniku narastającego zadłużenia.

Na szczególną uwagę zasługuje w tym kontekście nieżyjący już włoski ekonomista i filozof Giovanni Arrighi. Zaproponował on – genialne w swej prostocie – rozróżnienie kapitalizmu na materialny i spekulacyjny, zanalizował pod tym kątem gospodarczą historię świata i stworzył koncepcję „systemowych cyklów akumulacji”. Kapitalistyczny porządek światowy przeszedł dotąd według niego cztery takie cykle. Ich centrami były kolejno: Genua (od XV do początku XVII w.); Niderlandy (od końca XVI do II połowy XVIII w.); Wielka Brytania (od końca XVIII w. do I wojny światowej) i – USA. Zdaniem Arrighiego początek ostatniego cyklu przypadł na przełom XIX i XX w., a jego fazy schyłkowej – na lata 70. XX w.

Rzecz w tym, że każdy cykl akumulacji składa się z dwóch faz ekspansji kapitału: handlowo-przemysłowej („materialnej”) i finansowej („spekulacyjnej”). O ile pierwszy etap opiera się na rzeczywistej wytwórczości, o tyle drugi prowadzi z czasem do pozornego jedynie rozwoju. Kończy się on nadmierną akumulacją podsycaną monetaryzacją, czyli po prostu dodrukiem pieniądza. W finale cyklu rezerwy spekulacyjnej akumulacje wyczerpują się i załamują, prowadząc do gwałtownego wzrostu międzynarodowych napięć i konfliktów, a następnie do wyłonienia się nowego centrum organizacyjnego, wokół którego rozpoczyna się kolejny cykl akumulacji kapitału.

Tak więc również koniec systemowego cyklu, w którego dobie żyjemy, może oznaczać wojnę hegemoniczną i wyłonienie nowego globalnego lidera.

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że fazę handlowo-przemysłową obecnego „systemowego cyklu akumulacji” mamy za sobą i że żyjemy w związku z tym w czasach spekulacyjnego (przede wszystkim) tworzenia bogactwa. Pytanie za miliard złotych brzmi: czy opisane przez Arrighiego mechanizmy zadziałają w naszej epoce, tak jak działały przez wcześniejsze 400 lat? A jeśli tak, to kiedy dokładnie czekają nas wielka globalna zawierucha i zmiana światowego hegemona?

Wiele wskazuje na to, że Arrighi ma rację, a wielkie przesilenie nastąpi już w najbliższych latach. Na rzecz tego ostatniego przemawia także Rickards. Brak jednak rozstrzygających argumentów, a tym bardziej: podstaw do dokładnego wskazania momentu, w którym może się rozpocząć globalne „przejście fazowe”. Nie pozostaje nic innego, jak zdać się na weryfikację tych prognoz przez czas, a w międzyczasie – na poszukiwanie kolejnych danych.

Psucie pieniądza

Tymczasem drugim (po dowodzie na dążenie systemu do stanu krytycznego), koronnym argumentem Rickardsa za nieuchronnością planetarnego krachu jest rujnująca na długą metę polityka druku pustego pieniądza prowadzona przez USA i inne kraje rozwinięte. Następny kryzys będzie znacznie dotkliwszy od poprzedniego, ponieważ – argumentuje autor „Wojen walutowych” – rząd USA (a wraz z nim wiele innych rządów) wystrzelał się z gotówki, organizując skrajnie nieefektywny pakiet stymulacyjny i dotując lub wykupując „zbyt duże, by upaść” banki.

Zadłużył w ten sposób państwo do horrendalnego poziomu i następnym razem będzie miał znacznie mniejsze pole manewru. Nie rozwiązał przy tym strukturalnych przyczyn kryzysu, korzystając z faktu, że FED zasypał je dodrukowanymi po 2008 r. trzema bilionami (!) dolarów. Podtrzymując patologie sektora finansowego i tworząc nowe bańki spekulacyjne w miejsce starych.

Autor „Śmierci pieniądza” nie zostawia suchej nitki na polityce pieniężnej dzisiejszych mocarstw. „To, że zachodnie banki centralne rozkochały się w centralnym planowaniu na początku XXI w., czyli niedługo po tym, jak zrezygnowały z niego Związek Radziecki i komunistyczne Chiny, zakrawa na ironię, ale jednocześnie jest przerażające. Przez prawie całe stulecie ZSRR i Chińska Republika Ludowa zajmowały się precyzyjnym planowaniem wykorzystania kapitału w dwóch największych krajach na świecie […] Efektem była spektakularna, tragiczna porażka. Dzisiejsi planiści centralni, zwłaszcza z systemy Rezerwy Federalnej, kiedyś poniosą podobną klęskę. Pytanie brzmi: kiedy to nastąpi i jaki koszt będzie musiało ponieść społeczeństwo?”

Co warte zaznaczenia: Rickards jest (podobnie jak niżej podpisany) wolnorynkowcem niedogmatycznym. Wybiera wolny rynek z pragmatycznej kalkulacji braku lepszej alternatywy. Krytykuje keynesizm jako słuszny tylko w pewnych, szczególnych okolicznościach, ale katastrofalny jako teoria ogólna. Zarazem zachowuje jednak duży dystans także do monetaryzmu jako błędnego z perspektywy ustaleń ekonomii behawioralnej. Potępia centralne planowanie, bo „żaden planista nie może pokierować systemem składającym się z wielu elementów będących odrębnymi systemami o unikalnych cechach pozostających poza jego polem widzenia”.

Fakt, że działające w porozumieniu z rządami banki centralne konsekwentnie i długotrwale zalewają świat tanim pieniądzem bez pokrycia, a wynaturzenia sektorów finansowych, nieukrócone, kwitną, prowadzi Rickardsa do wniosku, iż „rynek nie spełnia już tradycyjnych funkcji jemu przypisywanych. Na dzisiejszych rynkach niewidzialną rękę handlu i przedsiębiorczości zastąpiły martwe ręce naukowców i rentierów”. W efekcie „uczestnicy rynku muszą się zadowolić spekulacjami, biciem piany i próbami wyprzedzenia myślą zarządu Rezerwy Federalnej”. Nazywanie otaczającej nas rzeczywistości gospodarczej „wolnym rynkiem” może więc być jedynie głupotą lub propagandową fikcją.

Grabież peryferii

Trzeci kardynalny argument Rickardsa za nieuchronnością globalnego załamania wiąże się z tym, że polityka drukowania pieniędzy na potęgę na fundamentalne skutki dla całego świata. Ekonomista precyzyjnie pokazuje, jak zalewając po 2008 r. świat dodatkowymi trzema bilionami dolarów, FED wyeksportował amerykańskie problemy gospodarcze do partnerów handlowych USA, stawiając ich „między młotem inflacji a kowadłem rewaluacji”.

Mechanizm jest w istocie prosty: zalanie świata tanim dolarem sztucznie zwiększa konkurencyjność amerykańskiego eksportu, którego produkty stają się realnie tańsze. To pogarsza bilanse handlowe partnerów Ameryki (np. Brazylia, która przed 2008 r. miała nadwyżkę w handlu z USA, wkrótce zanotowała deficyt) i dostarcza im silnego impulsu inflacyjnego wynikającego ze wzrostu podaży globalnego pieniądza, jakim jest dolar.

Akceptacja tego zjawiska oznacza poważne zubożenie. Alternatywą jest dewaluacja własnej waluty, aby chronić swój eksport, co jednak wzmacnia presję inflacyjną. Trzecia możliwość to hamujące inflację wzmocnienie waluty, które jednak pogarsza deficyt handlowy jeszcze bardziej.

Ta sytuacja różnie wpływa na różne kraje. Rzecz w tym, że świat wysoko rozwinięty, a także m.in. Chiny doświadczają w ostatnim czasie silnej presji deflacyjnej, która do pewnego stopnia równoważy impulsy inflacyjne (choć nie znosi ich zasadniczej szkodliwości polegającej np. pompowaniu baniek spekulacyjnych). Ten trend wynika m.in. ze starzenia się tamtejszych społeczeństw (co zmniejsza popyt), taniego importu z Azji, Ameryki Łacińskiej i Afryki, postępu technologicznego. Wszystko to tworzy presję na spadek cen. W związku z czym drukowanie pieniędzy na potęgę nie wywołuje wysokiej inflacji ani w Stanach Zjednoczonych, ani w strefie euro, ani w Japonii, ani w Wielkiej Brytanii.

Zupełnie inaczej wygląda to w krajach mniej rozwiniętych. Doświadczając znacznie słabszej presji deflacyjnej i będąc zalewane tanimi dolarami (a także euro, jenami, funtami itd.), nie mogą one odpowiedzieć analogicznym wzrostem produkcji pieniądza, nie wywołując u siebie wysokiej inflacji. Z kolei walka z inflacją jeszcze mocniej uderza w ich eksport i bilanse handlowe. Wiele krajów Ameryki Łacińskiej, Azji i Afryki znalazło się w ten sposób między dżumą a cholerą, w każdym przypadku ponosząc ogromne gospodarcze straty. Rickards nazywa to „grabieżą stulecia”.

Ogląd dostępnych publicznie danych pokazuje, że drugą stroną medalu rzeczywiście jest gwałtowny wzrost amerykańskiego eksportu (o 44 proc. w latach 2010–2013), zwłaszcza do Ameryki Łacińskiej. To wprawdzie znacznie mniej, niż zapowiadał Barack Obama, ogłaszając na początku 2010 r. jego podwojenie w ciągu pięciu lat w ramach Narodowej Inicjatywy Eksportowej (National Export Initiative – NEI), ale i tak bardzo dużo. Poprawa bilansu handlowego pozwoliła stworzyć ok. 1,3 mln nowych miejsc pracy.

Rickards dowodzi, że NEI to ściśle związana z polityką drukowania dolarów na potęgę odpowiedź Obamy na amerykańską niezdolność do zmierzenia się ze strukturalnymi przyczynami kryzysu. Po zignorowaniu głosów wzywających do radykalnych reform sektora finansowego i nieproduktywnym pakiecie stymulacyjnym stało się jasne, że trzy z czterech głównych składowych PKB (konsumpcja, inwestycje, wydatki rządowe) nie są w stanie rozruszać gospodarki w najbliższej przyszłości. Pozostała czwarta składowa, czyli eksport, a ściślej rzecz biorąc: jego sztuczna stymulacja poprzez politykę taniego dolara.

Gniew wyzyskiwanych

Ta polityka daje Ameryce (i podążającym za nią innym bogatym krajom) wzrost gospodarczy kosztem biedniejszej części świata. Jednak długofalowo jest bardzo niebezpieczna, z dwóch powodów. Po pierwsze – temu wiele uwagi poświęca Rickards – tego typu rozwój jest iluzoryczny. Opierając się na dodruku pieniądza bez pokrycia, zmierza do sytuacji, w której nastąpi gwałtowne i bolesne urealnienie. W międzyczasie pompowane są nowe bańki spekulacyjne, zwłaszcza na rynkach akcji i nieruchomości, których ceny musiałyby być znacznie niższe w przypadku prowadzenia odpowiedzialnej polityki pieniężnej.

Po drugie – to Rickards już tylko sugeruje między wierszami – grabiąc biedniejsze kraje, Zachód prowokuje ich gniew, skłania je do tworzenia własnych bloków walutowych i do protekcjonizmu. Jako inicjator tej polityki i emitent głównej waluty rezerwowej świata Ameryka skupia nienawiść najbardziej.

Autor „Śmierci pieniądza” nie dzieli świata na centrum i peryferie, nie odwołuje się do teorii: systemów-światów, zależności, neokolonialnej. Jednak jego analizy przychodzą w sukurs zwolennikom tych teorii. Proeksportowy dodruk pieniądza przez Stany Zjednoczone, Unię Europejską czy Japonię rozgrywa się w krajach określanych jako centralne lub neokolonizatorskie.

I odbywa się kosztem krajów zwanych peryferyjnymi lub neokolonialnymi. Co najważniejsze: potwierdza ustalenia Wallersteina czy Kwame Nkrumaha co do niezwykle wyrafinowanych i trudno dostrzegalnych metod eksploatacji biednych przez bogatych w dzisiejszym świecie. Fakt, że ich mechanizmy są bardzo skomplikowane i wytrawnie ukrywane (za fasadą retoryki o złożonej z „suwerennie równych” społeczności międzynarodowej czy nieustannej gadaniny o prawach człowieka), zarazem odróżnia je od klasycznego kolonializmu i czyni efektywniejszymi od niego sposobami wyzysku.

W ramach porządku neokolonialnego jedni są twórcami reguł i producentami, drudzy podlegają zasadom, nie mając na nie wpływu, i muszą zaakceptować rolę rynków zbytu i podwykonawców. Odwrotnie niż w epoce klasycznego kolonializmu z peryferii do centrum codziennie płynie kapitał drenowany legalnie i nielegalnie przez setki, tysiące podmiotów oficjalnie pozbawionych narodowości. Co oczywiście utrwala stan podrzędnej, obfitującej w biedę i bezrobocie zależności oraz utrudnia wydobycie się z niego.

Z analiz Rickardsa wynika, że strukturalny kryzys wysokorozwiniętych gospodarek, który ujawnił się w roku 2008, pchnął kraje centrum na ścieżkę jeszcze dotkliwszej eksploatacji peryferii – poprzez politykę walutową. Swoją drogą, „zwyczajowy” drenaż kapitału też się pogłębia, co analizowałem niedawno na przykładzie Polski, w której w 2013 r. tylko jego legalna część sięgnęła 5 proc. PKB.

Nasuwa się pytanie, jak długo biedni będą tolerować tę „grabież stulecia”. Z pewnością bogate kraje pozwalają sobie na tak wiele, i coraz więcej, w poczuciu, że mogą – i guzik im kto zrobi. Na dłuższą metę trudno im jednak będzie uniknąć narastającej niechęci peryferii, która z czasem może doprowadzić do ich buntu. W krytycznym momencie może się to skończyć przejściem wielu biednych do obozu dowodzonego przez pretendentów do odciążenia Zachodu z dźwigania roli światowego hegemona.

Król Dolar w tarapatach

Czwartym zasadniczym argumentem Rickardsa za tym, że taki moment wkrótce nastąpi, jest spadek zaufania do dolara. Przywołuje on tu słowa Paula Volckera, słynnego pogromcy amerykańskiej inflacji z lat 80. przekonanego o tym, że potęga dolara będzie trwać dopóty, dopóki ludzie będą ufać w jego wiarygodność. Jednak „nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy spadek zaufania do dolara nie przekroczył już punktu krytycznego” – czytamy w „Śmierci pieniądza”.

O gwałtownej erozji zaufania do amerykańskiej waluty świadczy według Rickardsa pięć głównych objawów. Pierwszym są niskie notowania USD w ramach publikowanego przez FED indeksu dolara. W 2011 r. osiągnął on historyczne dno. W ciągu dwóch kolejnych lat nieco się odbił, ale pozostaje równie słaby jak w latach 1978, 1995 i 2008, czyli momentach największych kryzysów amerykańskiej gospodarki w ostatnich dekadach.

Drugim sygnałem spadku zaufania do dolara jest wzrost znaczenia regionalnych bloków walutowych. Takich jak w ramach trójstronnej wymiany chińsko-japońsko-koreańskiej, a także Chiny–Ameryka Łacińska. Własną walutę planuje utworzyć Rada Państw Zatoki Perskiej, a o potrzebie detronizacji dolara mówią – podejmując coraz więcej kroków w tym kierunku – Chiny i Rosja oraz ich partnerzy z BRICS i Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Do tego dochodzi oczywiście najpoważniejsza jak na razie konkurencja dla USD, którą jest powstałe w 1999 r. euro. W sumie globalne wykorzystanie dolara jako waluty rezerwowej jest obecnie rekordowo niskie (60 proc. w 2014). I ustawicznie spada, tylko w latach 2000–2014 aż o 10 punktów procentowych.

Trzecim objawem rosnącego sceptycyzmu wobec dolara jest globalny wyścig po złoto. Rickards precyzyjnie odnotowuje masowe skupowanie kruszcu przez banki centralne oraz ściąganie narodowych rezerw z zagranicy. Pierwsze świadczyć ma o zabezpieczaniu się na wypadek nie zwykłego kryzysu, ale upadku międzynarodowego systemu walutowego lub przynajmniej gwałtownego spadku wartości rezerw dewizowych. Drugie – o strachu przed kryzysową konfiskatą zagranicznych rezerw złota przez ich depozytariuszy, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Wszystko to przy akompaniamencie wszechobecnej propagandy mówiącej o „anachronizmie” czy „barbarzyństwie” parytetu złota.

Inne wymienione przez Rickardsa objawy erozji zaufania do dolara to obserwowane w ostatnich latach: wzrost popularności walut wirtualnych i cyfrowych (jak bitcoin) oraz wzrost wymiany bezgotówkowej, barterowej.

Niegospodarcze filary ładu monetarnego

Wszystko to prawda. Jednak amerykański ekspert wyraźnie nie docenia – lub nie dopowiada – potęgi dolara. Wiąże się ona z inną słabością jego wywodów: zlekceważeniem wagi czynników nieekonomicznych, w tym dyplomatycznych i militarnych. Owszem, współczesnej polityki nie da się zrozumieć bez ogarnięcia wpływu, który wywiera na nią gospodarka. Ale tak samo nie da się jej zrozumieć, zawężając ją do gospodarki. Wieszcząc upadek systemu dolarowego w obecnej postaci, Rickards nawet nie wspomina o fundamentalnym sprzężeniu zwrotnym między amerykańską potęgą walutowo-gospodarczą a wojskową.

Trudno sobie wyobrazić dalszą supremację USA bez dolara jako głównej waluty rezerwowej, zwłaszcza przy strukturalnym kryzysie amerykańskiej gospodarki i tak wysokim poziomie zadłużenia. Detronizacja USD oznaczałaby bowiem gwałtowny wzrost kosztów utrzymania obecnego poziomu imperialnej polityki. Bo, jak to ujął Tomasz Gabiś, „obligacje i papiery wartościowe nominowane w dolarach oraz znajdujące się w obiegu poza krajem dolary stanowią dla rządu USA de facto nieoprocentowaną pożyczkę bez terminu spłaty. Dzięki temu rząd amerykański, zwiększając podaż swojej krajowej waluty bez obawy o to, że wybuchnie inflacja cenowa, może sztucznie podwyższać poziom konsumpcji swoich obywateli, pokrywać deficyt budżetowy i wydawać pieniądze na rozmaite ważne cele”.

Dlatego też przeciwko scenariuszowi upadku dolara przemawia nie tylko brak pewności co do tego, że znajduje się on w stanie krytycznym, lecz także całokszałt niewalutowej potęgi Ameryki. Łącznie z kontrolującą najważniejsze szlaki handlowe US Navy, najpotężniejszą na świecie siatką szpiegowską, wielkimi możliwościami prowadzenia gospodarczej dywersji i wojen finansowych. Nie ulega wątpliwości, że Waszyngton użyje wszelkich dostępnych środków, aby utrzymać swoją hegemonię. A ponieważ supremacja dolara jest jej warunkiem, jej też będzie bronił za wszelką cenę. To samo w sobie jest potężnym bodźcem zniechęcającym potencjalnych pretendentów do prób detronizacji „Króla Dolara” (które musiałyby być czymś znacznie więcej niż budową regionalnego bloku walutowego). A cóż dopiero do szans realizacji takich prób.

„Twarz boga wojny”

Wróćmy jednak jeszcze do Rickardowskiego opisu owej pętli zaciskającej się na szyi światowego systemu walutowego. Piątym jej elementem jest rozwój doktryny i techniki wojny finansowej. Finansista najpierw odnotował amerykańskie zapóźnienie w tym względzie (pierwsza amerykańska doktryna wojny finansowej powstała w 2009 r., 10 lat później niż chińska), a następnie szybkie nadganianie dystansu. „Pentagon coraz lepiej rozumiał, że dominacja Stanów Zjednoczonych w konwencjonalnej wojnie powietrznej, lądowej i morskiej skłoni rywali do poszukiwania nowych sposobów szkodzenia nam. Przyszłe wojny miały się toczyć z wykorzystaniem akcji, obligacji, walut, towarów i derywatów”.

Fakt, że amerykańska potęga wojskowa jest niezrównana, motywuje oczywiście wrogów Waszyngtonu do szukania przewag także na polach ataków terrorystycznych, z użyciem broni biologicznej i chemicznej, wojny informacyjnej. Wiele tego typu działań mieści się np. w chińskiej doktrynie „wojny nieograniczonej” z 1999 r. Jednak zdaniem Rickardsa to właśnie finanse, stanowiące krwiobieg wysokorozwiniętego świata, są zarazem obszarem największej potencjalnej przewagi ze strony potencjalnych agresorów i piętą achillesową Zachodu. Zarówno „Wojny walutowe”, jak i Śmierć pieniądza” pokazują, jak łatwo zdeterminowany i odpowiednio wyposażony gracz może wywołać panikę na giełdzie prowadzącą potencjalnie nawet do pełnowymiarowego krachu gospodarki.

Ciekawym przykładem praktycznym, a zarazem kontrapunktem dla tezy o zapóźnieniu USA w tym względzie jest omówiony przez Rickardsa kazus amerykańsko-irańskiej wojny finansowej. W 2012 r. Stany wykluczyły Teheran z systemów rozliczeń międzynarodowych. Jako kraj opierający się na eksporcie ropy Iran musi mieć dostęp do tych systemów, aby móc odbierać dolary za surowiec. Mimo że ojczyzna rewolucji islamskiej miała w tym konflikcie pomoc ze strony Chin, Rosji i Indii, ograniczone działania Waszyngtonu okazały się wystarczająco skuteczne. „Odcinając Iran od globalnego systemu płatności, Stany Zjednoczone wywołały w tym kraju kryzys walutowy, hiperinflację i run na banki, doprowadzając do niedoborów żywności, benzyny i towarów konsumpcyjnych”.

W „Śmierci pieniądza” Rickards doceniał podjęte przez Iran środki zaradcze i wskazywał na niekonieczność amerykańskiego sukcesu w tej wojnie finansowej. Oddając książkę do druku, nie wiedział jeszcze, że wkrótce nastąpi radykalne ocieplenie amerykańsko-irańskie. Teheran stał się bowiem potrzebny Stanom przeciwko Państwu Islamskiemu, a docelowo być może też przeciwko Rosji i Chinom. I Waszyngton potrafił, bez bomb i rozgłosu, poprzez wojnę finansową skłonić Iran do odwzajemnienia tej potrzeby. Znakomita lekcja na temat imperialnych metod skłaniania do kochania.

Niemniej teza Rickardsa o wrażliwości Zachodu na ataki finansowe wydaje się pozostawać w mocy. Przemawia za nią ogrom zachodnich rynków finansowych i ich podatność na behawioralne manipulacje. Warto tu odnotować jeszcze dwie uwagi Rickardsa. Jedna dotyczy filozofii wojny. Jej celem rzadko jest krótkofalowy zysk, a niektóre wojny wybuchają pomimo uświadamianych i ewidentnych strat finansowych, do których prowadzą. Tak więc wysokie koszty agresji, a także ewentualnego ataku odwetowego mogą nie wystarczyć do powstrzymania takiego gracza jak np. Chiny.

I druga uwaga: wojna finansowa przeciwko Ameryce może zadać niemal takie same lub większe straty w porównaniu z konwencjonalnym atakiem wojskowym, przy niższych od niego kosztach i znacznie bardziej wyrównanych szansach. To kolejny argument za tym, jak może wyglądać przyszłość międzynarodowych konfliktów.

Pikanterii dodaje sprawie wcześniej przywołana teza Rickardsa: o krytycznym stanie zachodniego systemu finansowego i międzynarodowego ładu walutowego. Jej słuszność oznaczałaby, że nawet umiarkowanie dotkliwy atak finansowy ze strony Chin lub innego przeciwnika byłby katalizatorem upadku. Płatkiem śniegu wywołującym lawinę. To samo dotyczy także innych argumentów Rickardsa za nadchodzącym krachem: rujnującej na dłuższą metę polityki gospodarczej i pieniężnej Ameryki, grabieży peryferii (prowokującej ich gniew), spadku zaufania do dolara.

Alternatywny scenariusz

Dwa wspomniane braki w syntezie Rickardsa sprawiają jednak, że jego konkluzja wymaga modyfikacji. Pierwszy to nieobecność przesądzających argumentów za tym, że system światowy już teraz jest w stanie krytycznym. Drugim jest nieuwzględnienie stojącej na straży supremacji dolara niewalutowej potęgi Ameryki. Razem wzięte skłaniają mnie one do odwrotnego niż Rickards patrzenia na trajektorię ewentualnego przyszłego krachu: to raczej zachodni system finansowy padnie pierwszy, a dopiero po nim i w jego konsekwencji nastąpi załamanie ładu monetarnego. Pierwszy jest bowiem narażony na implozję wynikłą z samoczynnego wejścia w fazę krytyczną. Drugi – zbyt mocno zależy od całokształtu potęgi USA, która pozostaje na razie niezrównana.

Z kolei niedocenienie przez Rickardsa czynników nieekonomicznych sprawia, że pomija on nawet – mającą także podstawowy wymiar gospodarczy – niezwykle subtelną i złożoną grę, która toczy się między Waszyngtonem a Pekinem za Zachodnim Pacyfiku o to, kto będzie liderem dalszej integracji gospodarczej Azji Południowo-Wschodniej. Przykładowo na listopadowym szczycie APEC Amerykanie oddali inicjatywę Chińczykom niedługo po wyraźnym przyspieszeniu prac nad budowanym pod auspicjami USA Partnerstwem Transpacyficznym. Czy to objaw słabości, czy może taktyczny odwrót obliczony na zyskanie czasu na uporządkowanie eurazjatyckich tyłów – uspokojenie Rosji? Trudno pominąć tego rodzaju pytania, gdy analizuje się grę o globalną hegemonię. A jednak Rickards to robi.

Inna sprawa: autor „Wojen walutowych” przywołuje za teoretykami złożoności trzy opcje dostępne państwom w przeddzień implozji: uproszczenie, podbój i upadek. Uproszczenie oznacza redukcję kosztów utrzymania poprzez świadome zmniejszenie złożoności systemu. W przypadku Ameryki oznaczałoby to – przekonuje Rickards – decentralizację władzy, podział największych banków, delegalizację patologicznych instrumentów pochodnych. Jako że na tego rodzaju reformy nie ma obecnie widoków, Rickards wieszczy upadek. Co jednak z podbojem? Autor nie wyciąga logicznych wniosków z afirmowanej tezy i nie rozpatruje scenariusza wywołania przez USA lub Chiny regionalnego lub światowego konfliktu, aby sfinansować dalsze funkcjonowanie wobec niemożności lub niechęci uproszczenia systemu. Jednak, jako żywo, trzeba się z tym liczyć.

Zanim będzie za późno

Pomimo tych słabości próba syntezy globalnej sytuacji pióra Rickardsa godna jest dużej uwagi. Jego książki wskazują możliwe – i całkiem prawdopodobne – scenariusze rozwoju wypadków. Przybliżają do zrozumienia światowej polityki, dając cenne lekcje wciąż niedocenianej (w Polsce właściwie nieistniejącej) ekonomii politycznej, a szczególnie – niedocenianych jeszcze bardziej – międzynarodowych stosunków walutowych. Pozwalają pogłębić rozumienie neokolonialnych zależności. Nade wszystko: są wielką przestrogą dla Zachodu, zwłaszcza dla Waszyngtonu, aby przeciwdziałał upadkowi, zanim będzie za późno.

Bartłomiej Radziejewski

Tekst pochodzi z najnowszego numeru internetowego miesięcznika idei Nowa Konfederacja. Polecamy!