Pop to nie Żyd. Co naprawdę powiedziała Ewa Stankiewicz?

wPolityce.pl
wPolityce.pl

Przekłamywanie słów, które padają w politycznej debacie i nadawanie im wygodnej dla siebie interpretacji nie jest właściwe z moralnego punktu widzenia, ale dobrze służy pogrążaniu przeciwników w oczach społeczeństwa, zwłaszcza jeżeli w grę wchodzi rzucenie na kogoś podejrzenia o łamanie zasad politycznego słuszniactwa (political correctness) nietolerancję, rasizm, a w szczególności antysemityzm.

Ostatnio doświadczyła tego znana publicystka Ewa Stankiewicz, która podczas sejmowej debaty na temat projektu ustawy o mediach narodowych użyła popularnego w latach 40. i 50. ubiegłego wieku terminu „pełniący obowiązki Polaka” (pop) określającego około stutysięczną grupę wiernych komunistycznej ideologii obywateli Związku Sowieckiego, którzy w trakcie II wojny światowej oraz po niej przeszli podstawowy kurs języka polskiego, a potem objęli ważne funkcje w Wojsku Polskim i w aparacie bezpieczeństwa PRL, często pełniąc je aż do 1956 roku. Przywołała je twierdząc, że w mediach III Rzeczypospolitej jest jeszcze na ważnych stanowiskach mnóstwo ich dzieci.

Zaraz po tym wystąpieniu Jan Dworak oskarżył ją o szerzenie mowy nienawiści i o antysemityzm. A przecież przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji na pewno dobrze wie, że określenie „pop” odnosi się ogólnie do przysłanych do Polski sowieckich aktywistów bez względu na ich pochodzenie narodowe. Owszem, wśród zaprowadzających nad Wisłą komunistyczne porządki było sporo Żydów, ale to zupełnie inny problem, do którego Stankiewicz w ogóle się nie odniosła.

W podobnym duchu zaatakował ją dawny opozycjonista, członek Komitetu Obrony Robotników, więzień polityczny PRL, a obecnie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Seweryn Blumsztajn przypominając swoją wieloletnią walkę z reżimem komunistycznym i ponoszone za nią poważne konsekwencje.

Spora część mediów bezkrytycznie podjęła ten sposób argumentacji, okrzykując Ewę Stankiewicz antysemitką, co musiało spotkać się z jej zdecydowaną reakcją w postaci wezwania Jana Dworaka do publicznych przeprosin za krzywdzące i niczym nie uzasadnione pomówienie pod groźbą wejścia na drogę sądową. Przemilczanie ohydnych kłamstw i cynicznego przeinaczania faktów nie może pozostać bezkarne, nawet jeśli odbywa się w ramach bezwzględnej walki politycznej.

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...