Złe wieści z Krakowa dla TuskaZłe wieści z Krakowa dla Tuska. "Czy krakowskie wyniki można potraktować jako proroctwo dotyczące całej Polski?"

Najpierw wyniki wyborów prezydenckich w Krakowie miały być na żyletki, a teraz obóz władzy udaje, że nic tam się nie stało. Tłumaczy, że to tylko wybory samorządowe i nie można wyciągać z tego szerszych wniosków. Obserwatorzy jednak je wyciągają. I pokazują one ciekawe trendy. Zazwyczaj niekorzystne dla Donalda Tuska i całej jego koalicyjnej ekipy. Choć i prawica ma powody do zastanowienia się nad samą sobą.
Gdyby prawo wyborcze w Polsce ograniczyć do ludzi w wieku ponad 60 lat i przyznać je tylko bardzo zamożnym, to Koalicja Obywatelska oraz Nowa Lewica nie musiałyby się obawiać o reelekcję. Miałyby ją w kieszeni. Można byłoby jeszcze to prawo rozszerzyć na osadzonych w aresztach śledczych. Wtedy wygrana KO byłaby jeszcze pewniejsza.
Takie są wnioski z drugiej tury przedterminowych wyborów na prezydenta Krakowa. Jednak w Polsce ciągle obowiązuje powszechne prawo wyborcze, więc mogą głosować ludzie młodsi i nie tylko mieszkańcy najbogatszych dzielnic w rodzaju Woli Justowskiej. Wyraźnie widać zatem, kim jest elektorat obecnego rządu. To oczywiście hałaśliwe, lecz w sumie nieduże grupki fanatyków spod znaku Silnych Razem. Ale przede wszystkim ci obywatele, którzy są zadowoleni ze swojego statusu materialnego i społecznego. Na tej zasadzie, że czują się elitą, której mogą zagrozić „barbarzyńcy” reprezentowani przez partie będące dzisiaj w opozycji. Albo nie zaliczają się do elit, ale boją się zmian – w myśl reguły, by nie ruszać niczego, bo może być tylko gorzej. To ludzie podatni na perswazję strachem. Ich najłatwiej w ten sposób mobilizować. A jednodniowa panika, której efektem było masowe nieposyłanie dzieci do szkół, udowadnia, że istnieje ogromny potencjał w wykorzystywaniu strachu jako narzędzia wpływu.
