„Zabezpieczone wolne media”. Istotny jest "przekaz"„Zabezpieczone wolne media”. Rząd. Nie po to przemocą i bezprawiem przejmowano media publiczne, żeby z tego nie skorzystać

Im częściej ktoś mówi o wolności, tym chętniej ją odbiera, a im częściej o demokracji, tym raźniej po niej depcze.
Czasem można odnieść wrażenie, że im częściej ktoś mówi o wolności, tym chętniej ją odbiera, a im częściej o demokracji, tym raźniej po niej depcze. Jeśli spojrzymy na współczesną demokrację, to jej coraz istotniejszym elementem staje się informacja. Przynajmniej formalnie, bo faktycznie wiadomo, że jest ona spychana przez emocje. Czy jednak jest możliwy rzetelny wybór obywatela, gdy nie jest on odpowiednio poinformowany? Czy wyborca, który opiera swoją decyzję na niepełnej lub nawet zdeformowanej informacji, jest w stanie podjąć wybór zgodny ze swoim rzeczywistym przekonaniem? To są oczywiście pytania retoryczne, ale niestety aktualne.
Przed nami wybory prezydenckie i jak co pięć lat będziemy chcieli postawić krzyżyk przy jednym nazwisku. Idealna demokracja byłaby wtedy, gdybyśmy mieli pełną informację o każdym z kandydatów, ale czy tak będzie? Nie w 2025 r. Przykłady mamy każdego dnia, ostatnio, gdy w telewizji rządowej przerwano transmisję z konferencji Karola Nawrockiego, żeby powiedzieć, że nie odpowiada na pytania, podczas gdy właśnie w tym czasie kandydat obywatelski to robił. Symptomatyczne, że jego główny kontrkandydat, czyli Rafał Trzaskowski, w tym samym czasie utyskuje na „brutalną kampanię”, a zrobił to kilka dni po tym, jak prorządowi dziennikarze rzucili insynuacjami o „hajlowaniu” w Nawrockiego. W seansie nienawiści wzięła udział Kamila Biedrzycka z telewizji rządowej, która nie przeprosiła, a jej przełożeni nie wyciągnęli żadnych konsekwencji.
