Toksyczna zadyma. Dlatego przegrany podważa wyniki wyborów
Toksyczna zadyma. Ma kilka celów: zdjęcie z siebie porażki, zachęcić pieniaczy, powtórzyć operację z 2015 roku

Karol Nawrocki wygrał przecież bardzo wyraźnie, z przewagą 369 591 głosów (1,78 pp.) nad Rafałem Trzaskowskim. To nie było zwycięstwo „na żyletki”, ale wygrana jednoznaczna, bezdyskusyjna. Z Bożą pomocą wygrała Polska.
Dlaczego obóz polityczny, który przegrał wybory prezydenckie, zdecydował się na podważanie ich wyniku? Dlaczego dystrybuuje absurdalne oskarżenia, próbując wmówić nam wszystkim, że normalne, nieodbiegające od normy pomyłki w raportach komisji wyborczych były rzekomo jakimś systemowym oszustwem? Przecież musi zdawać sobie sprawę, że szanse powodzenia tej operacji są bliskie zeru. Wynik wyborów uznała szefowa Komisji Europejskiej i także, co kluczowe, Stany Zjednoczone. A prawo mówi jasno, że o ważności wyborów rozstrzyga Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego – ta sama, która uznała ważność ostatnich wyborów parlamentarnych.
Ta „zadyma” ma kilka celów. W najwęższym planie chodzi tu przede wszystkim o psychologiczne zdjęcie z siebie odium porażki. To rodzaj terapii, niestety niezwykle kosztowny dla naszego państwa, stojącego na i tak dość słabych fundamentach. Przy okazji pozycję w ramach Platformy wzmacnia Roman Giertych, będący głównym motorem tego przedsięwzięcia. Ale nie działa on sam – z ujawnionych niedawno taśm wiemy, że jest, a na pewno był, w wyjątkowo dobrych relacjach z premierem Donaldem Tuskiem. Giertych nie działa więc samodzielnie.
