Tęczowy terror. Polacy nie łatwo odrzucą dziedzictwo wiary
Tęczowy terror. "Nadzieja, że jednak Polacy w przeciwieństwie do Hiszpanów nie tak łatwo odrzucą dziedzictwo wiary"

Można zapytać, skąd w niegdyś katolickiej Hiszpanii tak potężna zmiana obyczajowa? Odpowiedź jest dość prosta. To liberałowie i lewica przejęli agendę mniejszości seksualnych.
Wszyscy przechodzimy przyspieszony kurs nauki o tym, co oznacza bycie queer, niebinarnym, panseksualnym, bo mniejszości seksualne stały się totemem, przy którym gromadzą się „elity”, aby tropić i prześladować tych, którzy mają niechętny stosunek do żądań kolektywu LGBT+. Jak płynna okazuje się granica między zapowiadaną tolerancją, otwarciem na nowe trendy a terrorem ze strony rzekomych „ofiar” patriarchalnego świata, codziennie przekonują się Hiszpanie, a wkrótce też zapewne Polacy.
Zdaje się, że wszyscy pochodzimy z epoki jakiegoś plejstocenu, w której Kmicic uganiał się za Oleńką, Travolta za Olivią Newton-John, a Kaczor Donald za kaczką Daisy. Kajko i Kokosz byli po prostu parą zbójów, a nie parą gejów, z kolei pancernych z czołgu Rudy 102 nie łączyła żadna poliamoria z panseksualnymi sanitariuszkami. Jednym słowem – świat był normalny, nikt nie przedstawiał się podług swoich preferencji łóżkowych, nikt nie posądzał innych o „fobie” ani nie drżał na myśl, że towarzystwo może go wykpić za niedostateczny entuzjazm wobec związku dwóch chłopów. Nie wiedzieć kiedy wylądowaliśmy w epoce, w której wszystkie konfiguracje seksualne są nie tylko mile widziane, lecz także wręcz oklaskiwane.
