Siódmy członek, czyli rzecz o suwerenności Ukrainy
Siódmy członek, czyli rzecz o suwerenności Ukrainy. Nie sposób na razie przewidzieć, jak skończy się ta próba sił

Nietrudno zgadnąć, że zaatakowanie Zełenskiego i zarzucenie mu autorytaryzmu i tępienia praworządności nie jest teraz w Brukseli decyzją łatwą do podjęcia
Ukraina jest poletkiem doświadczalnym, na którym ma się okazać, w jakim stopniu Bruksela może ubezwłasnowolnić kluczowe instytucje ustrojowe państwa znajdującego się w politycznym potrzasku.
Sąd Konstytucyjny Ukrainy (KSU) to polityczna kwadratura koła, co rusz wpędzająca władze w Kijowie w coraz to nowe tarapaty. Mimo zwycięstwa Majdanu w 2014 r. w ciągu następnych lat sąd ów był de facto kontrolowany przez stronników dawnego, filomoskiewskiego reżimu. Wyniesiony do władzy przez Majdan prezydent Poroszenko nie znalazł albo też nie chciał znaleźć sposobu na poradzenie sobie z tym problemem. I w końcu nic w tym dziwnego, skoro było jasne, że w dzisiejszych czasach każda próba przeprowadzenia czystki wśród sędziów musi się skończyć potężną awanturą i oskarżeniami rządu o zamach na fundamenty praworządności. Poroszenko był politykiem raczej zachowawczym, zwłaszcza jeśli chodzi o wewnętrzne reformy państwa, a jako oligarcha mający swoje interesy także w Rosji tym bardziej zabiegał o reputację nienagannego Europejczyka, który święcie przestrzega zasad proklamowanych w Brukseli czy Luksemburgu.
