OGNIEM NA WPROST. Ot, życie przeklęteOGNIEM NA WPROST. Ot, życie przeklęte. Wprowadzą natowskie wojska na Ukrainę? "Zakończenie wojny nie opłaca się Chinom"

Federacja Moskiewska ma problemy, i to poważne. Nie jest jednak tak, że pozostaje ona niezdolna do wystawienia w stosunkowo krótkim czasie sił mogących prowadzić działania zbrojne na terenie któregoś z sąsiadów. Nie stać jej na konfrontację z NATO, ale „bliska zagranica” – czemu nie? Dlaczego więc tego nie robi? Bo Rosja nigdy nie walczy na dwa fronty. To fundamentalna zasada jej polityki od stuleci. Żeby podjąć akcję zbrojną gdzie indziej, Moskwa musi wygasić front ukraiński. I tu powstaje pytanie, czy Zachodowi opłaca się pokój na Ukrainie? Oczywiście jest kontekst chiński, o którym mówił prof. Feng Yujun, że wygaszenie wojny na Ukrainie nie opłaca się Pekinowi, bo uwalnia siły Zachodu na kierunek Pacyfiku. Ale Zachodowi nie opłaca się też uwolnienie sił moskiewskich, które po wygaszeniu Ukrainy mogą zaatakować gdzie indziej. Teraz konflikt jest zlokalizowany. Wiadomo, gdzie toczy się walka. Jeśli skończy się Ukraina, trudno będzie przewidzieć, gdzie wojna zacznie się znowu. Taki węzeł gordyjski będący konsekwencją kunktatorskiej polityki Zachodu. W tym kontekście trzeba widzieć mocno nagłaśnianą ofertę ze strony USA i otoczenia Donalda Trumpa, czyli zamrożenia linii frontu i wprowadzenia natowskich wojsk rozjemczych. Wymusi to na Kremlu utrzymywanie znacznych sił wojskowych w regionie mimo zakończenia walk. Zamiast pozornego pokoju będziemy mieli zamrożony konflikt. Na razie Trump i US Army wraz z armią ukraińską nie planują defilady zwycięstwa w Moskwie.
Dużo się mówi o dezercjach z armii ukraińskiej. Jak to wygląda w rzeczywistości? Przyjmuje się, że liczba dezercji w 2024 r. osiągnęła już łącznie 70 tys., a w skali całej wojny możemy mówić o 100 tys. przypadków. Dużo? No dużo. A ilu ludzi już przemieliła ukraińska machina wojskowa? Znowu według oficjalnych źródeł ukraińskich pod bronią jest 800 tys. żołnierzy. Do tego trzeba doliczyć poległych – według Amerykanów 400 tys., oraz trwale kontuzjowanych, niepełnosprawnych i ciężko rannych – statystycznie szacuje się tę liczbę na drugie tyle. Mamy więc kolejne 800 tys. wyeliminowanych z walki. I teraz dodajmy te 100 tys. dezerterów. Mamy 1,7 mln. W tym kontekście te gigantyczne 100 tys. daje 5–6 proc. 5–6 żołnierzy na 100. 5–6 na kompanię. 1–2 na pluton. Problem? Na pewno, ale czy faktycznie dramat? Przecież straty w boju są ponad 10 razy większe, jeśli doliczyć lekko rannych i kontuzjowanych. Jeżeli są jednostki jak opisana przez Defence24.pl 155. Brygada, z której w krótkim czasie ubyła połowa stanu, to okazuje się, że muszą istnieć takie, z których nie zdezerterował nikt. Dramatyczna liczba dezercji jest po prostu efektem skali. Jeśli w Warszawie 5 na 100 mieszkańców będzie rudych, to w grupie 500 ludzi tych 25 trudno będzie zauważyć. Ale w dwumilionowym mieście stworzą liczącą 100 tys. osób rzeszę, której nie sposób nie dostrzec. Będziemy ich wręcz spotykać na każdym kroku. Skala dezercji w ukraińskiej armii nie odbiega specjalnie od światowych standardów. W czasie II wojny światowej w brytyjskiej armii procent dezerterów był podobny. Nie tu więc leży problem.
