Nowy „Joker” nie powalił mitu Batmana. Co poszło nie tak
Nowy „Joker” nie powalił mitu Batmana. Czy ta historia miała w ogóle rację bytu? Co poszło nie tak

Broniłem pierwszego „Jokera” Todda Philipsa. Wielu znajomych odrzucało ten film jako przejaw fascynacji zbrodnią. Ja nie widziałem w nim afirmacji przemocy. Główny bohater, koncertowo zagrany przez Joaquina Phoenixa, nie miał w sobie nic pociągającego. Przeciwnie, był nieprzyjemny, męczący z tym swoim psychotycznym, powracającym śmiechem. Ta opowieść chwilami wywoływała zażenowanie, jednak z wyraźnym morałem: popatrzcie, świat taki bywa. Miałem wrażenie, że oferowano nam może nie całkiem jasną, ale jakąś lekcję człowieczeństwa.
Arthur Fleck, przyszły Joker, był wariatem. Owszem, dostaliśmy oskarżenie świata, że nie zadbał o jego leczenie, zaniedbane przez cięcia budżetowe w psychiatrii. I że gotów był go obśmiewać ustami popularnego showmana zagranego przez starego Roberta De Niro. Ale to nie usprawiedliwiało jego czynów ani nie czyniło ich atrakcyjnymi. No, może poczułem odrobinę satysfakcji, kiedy zabijał celebrytę z twarzą De Niro. Przede wszystkim była to jednak opowieść o szaleństwie, które z kalekiej jednostki rozlewało się na świat, czyli na Gotham City – czyli na Amerykę z jej pragmatyzmem i kultem sukcesu. Coś z tego szaleństwa można było przecież wychwycić w kolejnych „Batmanach”, tych prześmiewczych, zainicjowanych przez Tima Burtona, i tych na serio Christophera Nolana.
