Nadwiślańska republika bananowa
Nadwiślańska republika bananowa. "Nadwiślańska lumpeninteligencja zajada banana na polecenie Brukseli czy Berlina"

Tym, co wyjątkowo nas zbliża do mentalności ludów republik bananowych, jest ogromny kompleks niższości, który zdołały wyhodować w Polakach już wcześniejsze rządy PO.
Od kiedy koalicja 13 grudnia przejęła stery państwa, określenie „republika bananowa” zaczęło mimowolnie pojawiać się na ustach wielu obserwatorów. Termin ten od dawna jest używany do opisania niestabilnego, skorumpowanego kraju, zależnego od interesów obcego mocarstwa lub międzynarodowego gracza. Czy słusznie zatem Polska zaczyna niebezpiecznie przypominać najbardziej pogardzane kraje na mapie świata?
Gdyby nie osłona medialna, na którą może liczyć Tusk, a także profil jego wyznawców, bardziej przypominających wyizolowanych ze świata hikikomori niż przytomnych obywateli, rozmowa na temat osuwania się Rzeczypospolitej w nadwiślańską republikę bananową zajmowałaby poważne miejsce w debacie publicznej. Jeśli prawdą jest informacja, która wyciekła do prasy za sprawą jednego z członków Platformy Obywatelskiej, iż sam Tusk miał dyscyplinować swoją ekipę pogróżką, „że jak wróci Prawo i Sprawiedliwość, to wszyscy pójdą siedzieć”, to znak, że ma on świadomość przekroczenia wielu czerwonych linii.
