Moja obietnica. "Nie można się poddać"Moja obietnica. „Jest to klęska równa przegranym wojnom, nawet zaborom. Nie można się poddać”

Zamawianie kolejnych analiz nic nam nie przyniesie. Wiemy, że jest bardzo źle, wiemy też, jakie są tego przyczyny. Nie wiemy, jak ruszyć do przodu, jak cokolwiek zmienić. Gdzie znaleźć siły społeczne i polityczne, które podejmą problem na poważnie?
Martwimy się swoją dramatycznie złą demografią, ale nie ma dziś właściwie nikogo, kto by nie miał powodów do zmartwień. Także Czechy, które przez lata uchodziły za państwo, które radzi sobie w sferze dzietności relatywnie dobrze. Jak podał Krzysztof Dębiec, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, w 2025 r. zanotowano tam najmniej urodzeń w historii pomiarów. Od 2021 r. – dodaje analityk – notowane są corocznie strome spadki – łącznie to 30 proc. „Nawet nie można powiedzieć, że sprawdza się najgorszy scenariusz – jest gorzej” – czytamy w analizie. Urodziło się zaledwie 77 tys. dzieci, tyle, ile miało się urodzić w 2029 r. Wskaźnik dzietności u naszych południowych sąsiadów wynosi dziś 1,25 dziecka na kobietę, a więc i tak znacznie więcej niż w Polsce, gdzie spadł poniżej 1,1 dziecka. Krzysztof Dębiec przywołuje wyniki badań uniwersyteckich sprzed dwóch lat: w 2005 r. 73 proc. Czechów uważało posiadanie potomka za konieczny warunek spełnionego życia. W latach 2020–2022 już tylko 41 proc., a wśród kobiet w wieku do 29 lat – zaledwie 22 proc. Dramatyczne załamanie, które nie wróży nic dobrego.
Polska debata wokół tragedii demograficznej (tygodnik „Sieci” stara się ją inspirować) rozkręca się powoli. Na pewno całkowicie nieadekwatnie do skali klęski, która nas spotkała. Jest to klęska równa przegranym wojnom, nawet zaborom. Bo co prawda dochrapaliśmy się statusu 20. gospodarki świata oraz przyzwoitego PKB na głowę mieszkańca, przeganiając kraje historycznie bogatsze, ale zapłaciliśmy za to straszliwą cenę. Załamanie dzietności to sygnał rozpadu społecznego, samych jego podstaw. Lektura mediów społecznościowych, zwłaszcza wątków poświęconych relacjom młodych mężczyzn z młodymi kobietami, pokazuje skalę trudności, przed którą stają młodzi ludzie chcący zbudować nawet nie rodzinę, lecz po prostu trwałą relację z intencją pójścia wspólną drogą. Do tego dochodzi luka edukacyjna, czyli wykształcone kobiety przenoszące się do dużych miast oraz mężczyźni na prowincji wykonujący prace fizyczne, jak i zauważalny w całym świecie zachodnim rozdźwięk polityczny: młode kobiety przesuwają się w stronę lewicy, a mężczyźni – w stronę prawicy. Coraz trudniej coś skleić, łatwiej żyć w świecie przygodnych relacji (ich częstotliwość także gwałtownie spada), i w świecie internetowych kapsułek, pełnych neurotycznych emocji. W sumie wolałbym Polskę bez tego spektakularnego sukcesu gospodarczego, ale choć odrobinę zdrowszą społecznie.
