Michał w krainie brudu. "Był otwarcie prorosyjski"Michał w krainie brudu. „Kiedy Kołodziejczak reprezentował Polskę, zachowywał się tak, jakby był pod wpływem narkotyków”

Gdy Michał Kołodziejczak był Donaldowi Tuskowi potrzebny, nikt nie badał jego słabości i uzależnień, a gdy brudy się wylały, premier nagle przestał go znać.
Donald Tusk chciał go koniecznie mieć w swoim wojsku przed wyborami parlamentarnymi w 2023 r. Głównie jako bat na wsi na Prawo i Sprawiedliwość. Miał wnieść do wyborczej puli mieszkańców wsi i miasteczek, niezadowolonych nie tylko z rządów PiS (z którego listy w 2014 r. uzyskał mandat radnego miasta i gminy Błaszki), lecz także zbuntowanych w ogóle. W 2023 r. Tusk był dla nich kompletnie niewiarygodny, więc musiał mieć własnego buntownika, i to takiego, który miał i mógł poszerzyć wpływy tam, gdzie nie miało ich Polskie Stronnictwo Ludowe.
Ważniejsze było uderzenie w PiS niż ryzyko. A ryzyko było duże, gdyż Michał Kołodziejczak, założyciel i prezes ruchu społeczno-politycznego Agrounia, był właściwie zawodowym zadymiarzem: blokował drogi, nachodził biura poselskie i urzędy, wysypywał na ulicę produkty rolne. I był człowiekiem o wykształceniu spod znaku Collegium Humanum: formalnie miał maturę, ale prokuratura wzięła go na celownik w związku z medialnymi zarzutami o kupienie licencjatu w Wyższej Szkole Nauk Prawnych i Administracji w Wołominie i o uzyskanie lewego zaświadczenia zaliczenia sześciu semestrów studiów z zarządzania w jednej z uczelni na Śląsku, co miało mu dać możliwość ekspresowego zdobycia dyplomu w Collegium Humanum, którego nie zdążył tylko odebrać, bo w tej uczelni zagościli już śledczy.
