Katastrofa polskiej dyplomacji. Skłócają nas nawet z UE
Katastrofa polskiej dyplomacji. "Obecna ekipa rządząca w Warszawie skłóca nas nawet z tą do cna zepsutą Brukselą"

Wyciąganie nas z tego bagna powinno być jedną z pierwszych i najważniejszych prac prezydenta Karola Nawrockiego.
Po półtora roku rządów obecnej koalicji właściwie nie mamy polityki zagranicznej, a jeśli już, to jest ona obciążeniem i bardziej nam szkodzi, niż buduje relacje ze światem.
Do oceny polskiej polityki zagranicznej bardziej przydatne są narzędzia psychiatrii i psychologii, niż te służące do analiz politologicznych, wojskowych, ekonomicznych czy socjologicznych. A w opisie trafniejszy będzie jakiś styl literacki niż chłodny, rzeczowy raport. Nawet tytuł tego tekstu może być mylący, bo w polskiej polityce zagranicznej nie mamy do czynienia z katastrofą – zdarzeniem nagłym i niespodziewanym. To nawet nie jest kryzys, bo ten oznaczałby czasowe odstępstwo od pożądanej normy. W przypadku polskiej dyplomacji od półtora roku normą jest trwanie w stanie permanentnej klęski, pośród zapowiadanych i łatwych do przewidzenia kataklizmów. Najpierw uderza wielki meteor, wybija w przestrzeń gazy i pyły, a dopiero potem wszystko się dusi i umiera. Porównanie, owszem, przesadne, bo naszym dyplomatom i rządowi nie spadł na głowy żaden obiekt kosmiczny, tylko cegły i bele, które same na siebie zrzucili.
