Jak wyśmiać to, o czym nie wolno mówić? Jak wyśmiać to, o czym nie wolno mówić? "Mój kabaret nawet nie ma co marzyć o lokalu w Warszawie. Absolutny zakaz"

W internecie pojawiła się polemika z moim felietonem, a w niej niezbyt przyjemne określenie „pisowska menda”. W zasadzie nic już mnie nie dziwi ze strony zwalczających mnie opryszków. Jeżeli oni nieustannie opisują okoliczności mojej śmierci, widać, jak bardzo ich wkurzają moje wypowiedzi. Marzą, by mnie ukatrupić. Z braku rozumnych argumentów posługują się obelgami.
Na ogół nie chce mi się odpowiadać na ataki agenturalnych łajdaków, ale czasem należy wyjaśnić publiczności, gdzie leży granica obelżywego słownictwa, stosowanego przez odmóżdżonych gnojków na polecenie niejawnego sztabu mającego nas zniszczyć. Najprościej – uniemożliwiając dogadanie się Polaków z Polakami.
Od 67 lat pracuję w słowach. To moje tworzywo, bardzo elastyczna materia. Ale też wymagająca umysłowej równowagi. W peerelu sprawa była prosta. Władza decydowała, które słowa są niecenzuralne, i kropka. Jeżeli chciało się w tym obszarze pracować… trzeba się było podporządkować formalnie, co nie znaczy – faktycznie. Powstał cały styl omijania trefnych tematów, tak by dotarła do publiczności zakazana przez komunę myśl. Powrócił ezopowy język, w cenie rosła sztuka aluzji.
