Igrzyska frontmanów. Lokomotywy i wagonyIgrzyska frontmanów. Ważne jest, byśmy odróżniali lokomotywę od wagonów

Obawiam się, że o Mentzenie jeszcze usłyszymy, ale niekoniecznie będą to dla nas dobre wieści.
Zapewne lada moment prezydent ogłosi datę wyborów jesiennych i kampania ruszy na całego. Pojawią się banery, na słupach i latarniach zawisną portrety kandydatów, każda z partii zadba o reklamę w mediach. Co rusz będziemy oglądać debaty, dyskusje, żarliwe spory.
Czas kampanii to czas liderów, a dokładnie frontmanów poszczególnych partii. Każdy z nich dba nie tylko o własny sukces, lecz także chce wprowadzić do parlamentu jak największą liczbę partyjnych pobratymców. O ile frontmani są jeszcze jakoś tam atrakcyjni i przykuwają uwagę publiki, to ci, którym torują drogę do polskiego areopagu, już niekoniecznie. Przez otwarte drzwi przez elokwentnych liderów lada moment wejdą miernoty, ludzie bez pomysłów, amatorzy poselskich diet i przywilejów, zwykli karierowicze, z których niejeden odbył wędrówkę przez kilka partii, dowodząc, że jest pozbawiony jakiegokolwiek kręgosłupa ideowego. I znów parlament zaroi się od postaci typu Jachira, Krzywonos, Scheuring-Wielgus czy Wipler. Ludzi, którym daleko nie tylko do elementarnej kultury politycznej, lecz także do rozumu jako takiego. A stanie się tak tylko dlatego, że jeden czy drugi partyjny frontman utoruje po temu drogę.
