Gorzkie żniwa. Katastrofa polskiej wsi
Gorzkie żniwa. "Gospodarstwa masowo bankrutują, a rząd Donalda Tuska w koalicji z PSL nie robi nic, by ratować bezpieczeństwo żywnościowe kraju"

Tak tragicznie w polskim rolnictwie nie było od dekad. Opłacalność produkcji drastycznie spada, gospodarstwa masowo bankrutują, a rząd Donalda Tuska w koalicji z PSL nie robi nic, by ratować bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Skutki tej bezczynności odczujemy wszyscy.
„To jest katastrofa polskiej wsi!” – alarmuje Łukasz Komorowski z rolniczej Solidarności. Przymrozki, susza, afrykańskie upały i nagłe ulewne deszcze spowodowały ogromne straty, z którymi rolnicy muszą borykać się sami. Jeśli dodać do tego rosnące ceny paliw, energii i nawozów, łatwo wyliczyć, że koszty produkcji rosną. Niestety dzieje się to w całkowitym oderwaniu od cen skupu. Te są tak niskie, że produkcja staje się nieopłacalna. Dodatkowo rynek jest zalany tanimi i niepełnowartościowymi towarami z zagranicy, które skutecznie wypierają polską żywność.
Ludowcy porzucili wieś
Rolnicy są zrozpaczeni. Hodowcy, producenci mleka i sadownicy przybyli w ubiegłym tygodniu do Warszawy na spontaniczny protest, by przedstawić swoje problemy ministrowi rolnictwa. Bezskutecznie. Stefan Krajewski z PSL na chwilę wyszedł do rolników, po czym ich zignorował i uciekł. Pozostały jedynie kolejne mrzonki o dopłatach z UE i nowych środkach na nawozy, które w żaden realny sposób nie przełożą się na wzmocnienie siły rolnictwa i uzdrowienie tej chorej sytuacji.
„Ministerstwo rolnictwa tak naprawdę nie pracuje na rzecz polskich rolników. Robi sobie z nas żarty, idąc w kierunku Mercosuru i Ukrainy” – mówi Tomasz Obszański, przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. Trudno nie przyznać mu racji. Rząd nie podjął żadnej skutecznej interwencji w sprawie umowy UE z krajami Mercosur, zawartej przez Ursulę von der Leyen. Biernie przyjął też rozstrzygnięcia dotyczące wydłużenia okresu otwarcia unijnego rynku na produkty z Ukrainy. Tym samym polscy rolnicy znaleźli się w potrzasku. Kolejne wielkie protesty, które miały miejsce w Warszawie, na przejściach granicznych, w Brukseli i Strasburgu nie przyniosły żadnych efektów.
Toksyczny import pod parasolem UE
Do Europy wjeżdża towar, który trudno nazwać żywnością. W Ameryce Południowej i na Ukrainie stosuje się zakazane w Polsce pestycydy, hormony wzrostu i antybiotyki, a mechanizmy kontroli w zasadzie nie funkcjonują. Właśnie w taki sposób do Unii trafiła wołowina skażona estradiolem czy salmonellą. Polski rolnik musi przestrzegać szczegółowych restrykcji narzuconych przez wiele instytucji. Jak więc ma zachować konkurencyjność? Zwłaszcza że przeciwności, z którymi musi się mierzyć, jest więcej.
Oszukiwani są także konsumenci. Supermarkety i duże sieci handlowe importują żywność z Europy, nie oznaczając krajów ich pochodzenia. Towary są przepakowywane i sprzedawane jako polskie. Na problem zwracają uwagę sadownicy, których plony zostały zniszczone przez późne przymrozki i wczesne susze. „Truskawka przyjeżdżała z innych krajów, była przesypywana i udawała polski towar. Klient nie ma możliwości rozpoznania tego. Ten sam problem mamy teraz z czereśniami. W marketach jest głównie czereśnia turecka lub serbska” – mówi Dominik Zawadzki, sadownik, przewodniczący struktur powiatowych NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”.
Duńskie świnie incognito
Problem nie dotyczy tylko importu owoców. Dominik Zawadzki podaje jaskrawy przykład z rynku mięsnego: „Dzisiaj, kupując pewne wędliny, kupujemy tak naprawdę duński produkt. Zakład jest polski, ale wykupiony przez rolników duńskich”. Nie jest to odosobniony przypadek jednego producenta. Do ubojni trafia 40 proc. duńskich warchlaków, a pogłowie świń w Polsce systematycznie spada. Od początku roku zniknęło już 400 stad trzody chlewnej. Utrzymuje się jedynie duża hodowla, tzw. tucz nakładczy, w ramach którego rolnik nie jest właścicielem zwierząt, a jedynie nisko opłacanym pracownikiem koncernu, często zagranicznego. Małe, rodzinne chlewnie po prostu znikają z mapy Polski.
Największy kryzys od czasów transformacji
Aleksandra Bilewicz z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN ujawnia, jak sytuacja przedstawia się w bieżących badaniach. Mówi wprost: „To największy kryzys od czasu transformacji”. „Naukowcy ze Szkoły Głównej Handlowej mierzą koniunkturę w rolnictwie na próbie 2,4 tys. gospodarstw – wskaźnik jest na najniższym poziomie od 30 lat. Nastroje są takie jak w latach 90., kiedy Lepper organizował marsze gwiaździste na Warszawę. Z innego badania – kondycji finansowej polskich rolników – wynika, że co trzeci ma problem z płynnością finansową. Od 2010 do 2020 r., czyli między dwoma spisami rolnymi, ubyło 13 proc. gospodarstw” – podkreśla Bilewicz w rozmowie z Zero.pl.
Diagnozę tę potwierdza Adrian Wawrzyniak, rzecznik Solidarności Rolników Indywidualnych: „Dzisiaj polskie gospodarstwa rodzinne są zagrożone falą bankructw, a przyczyna tego leży w braku działań ze strony resortu rolnictwa, braku działań ze strony ministra Stefana Krajewskiego. Niestety te krytyczne sytuacje ekonomiczne, które były w 2025 r., teraz, w 2026 r. – mówimy o kryzysie związanym z wysokimi cenami nawozów oraz paliw – nie zostały pokryte w żaden sposób poprzez wsparcie państwa. Ten rząd […] zapomniał o rolnikach, rolnicy zostali pozostawieni sami sobie, żadne wsparcie nie zostało ukierunkowane do gospodarstw rodzinnych. Stąd tak naprawdę cała szala goryczy się przelała i nasze kroki jako związku zawodowego idą właśnie w kierunku dymisji pana ministra Stefana Krajewskiego”. Rzecznik dodaje również, że oficjalny wniosek o dymisję ministra Krajewskiego został już złożony bezpośrednio w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.
Matematyka bankructwa
Plony zbóż spadły w tym sezonie nawet o jedną trzecią, a w przypadku rzepaku – aż o połowę. Jednocześnie drastycznie spada cena w skupach. Największe spadki dotyczą owsa, które kosztuje o prawie 24 proc. mniej niż przed rokiem. Za tonę jęczmienia płaci się obecnie jedynie ok. 560 zł. Biorąc pod uwagę wyjątkowo słabe plony, które lokalnie spadły nawet do 3 t z hektara, uprawa staje się wręcz nieopłacalna.
Bloger prowadzący popularny kanał „Ziarno sukcesu” obliczył, że w wyprodukowanie hektara pszenicy rolnik musi zainwestować minimum 4,5 tys. zł. Co istotne, wyliczenie to uwzględniało jedynie absolutnie podstawowe koszty: środki ochrony roślin, paliwo, nawozy oraz serwis maszyn do momentu zbioru plonu. Nie uwzględniono natomiast kosztów dodatkowych, takich jak choćby dzierżawa ziemi. Przy niesprzyjających warunkach pogodowych lub klęskach żywiołowych rolnik nie ma szans zebrać zakładanych 4–5 t zboża, co oznacza dużą stratę finansową.
W najtrudniejszej sytuacji są jednak hodowcy zwierząt, których praca jest fizycznie najcięższa i najbardziej wymagająca. Nie mają wolnych weekendów ani wakacji. Codzienny obrządek i całodobowe czuwanie nad zwierzętami to ich stały obowiązek. Od wielu miesięcy alarmują, że ceny skupu utrzymują się drastycznie poniżej kosztów produkcji. „Trzoda chlewna osiąga ceny, które dla wielu gospodarstw są po prostu nie do zaakceptowania. W skupach pojawiają się oferty nawet po 3,50 zł za kg” – mówi Adrian Wawrzyniak.
Ekonomiczny wyzysk w liczbach
Z oficjalnych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w maju 2026 r. ceny skupu podstawowych produktów rolnych były średnio o 16,2 proc. niższe niż rok wcześniej. Średnia cena skupu żywca wieprzowego oscyluje wokół 5,45 zł, co oznacza spadek aż o 23,5 proc. w ujęciu rocznym. Jednocześnie polski rynek jest zalewany tanią wieprzowiną z Europy Zachodniej, co dodatkowo dobija rodzimą produkcję. Z podobnymi trudnościami zmagają się także hodowcy bydła i drobiu, producenci mleka, zbóż, warzyw oraz sadownicy. Przy stale rosnących kosztach energii, nawozów, paliwa, pasz i pracy nie sposób mówić o jakiejkolwiek rentowności.
Kilka przykładów: ceny w skupie wiśni są niższe niż przed rokiem, a za kilogram przeznaczony do mrożenia skup przetwórczy płaci 4,5–5 zł. Za kilogram żywca wołowego w skupie płaci się średnio 14 zł, czyli o prawie 7 proc. mniej niż rok temu, a za kilogram żywca drobiowego – 5,83 zł, czyli mniej o 9,3 proc. Spadły też ceny mleka – średnia cena skupu za litr wynosi 1,80 zł, co stanowi jeden z najniższych poziomów ostatnich lat.
Wystarczy porównać te kwoty do cen żywności na półkach sklepowych, by uświadomić sobie grozę i skalę tego wyzysku. Rolnik dostaje najczęściej ok. jednej dziesiątej ceny detalicznej. Z danych Wielkopolskiej Izby Rolniczej wynika, że z każdej złotówki wydanej przez konsumenta na żywność, polski rolnik otrzymuje średnio zaledwie 12 gr. Reszta marży trafia do pośredników: przetwórców, firm transportowych oraz wielkich sieci handlowych.
Niemiecki kartofel wypiera polskiego ziemniaka
Dochodzi tutaj do sytuacji kuriozalnych. Weźmy przykład ziemniaka, który jest w Polsce uprawiany z powodzeniem w ponad 100 wybornych odmianach i którym moglibyśmy wykarmić Europę. Ziemniaki skupowane od polskich rolników po skandalicznej cenie nawet 20 gr za kilogram w supermarketach kosztują nawet ponad 2 zł. W kwietniu br. resort rolnictwa podał oficjalnie, że mamy nadpodaż ziemniaków – krajowa produkcja wynosi ok. 7 mln t, podczas gdy krajowe zużycie nie przekracza 5,5 mln t. Tymczasem okazuje się, że tony tych bulw sprowadzamy z zagranicy. Aż 60 proc. importowanych ziemniaków przyjeżdża do nas z Niemiec. Po co nam niemieckie kartofle, skoro nie jesteśmy w stanie zagospodarować własnych plonów? Jaka w tym logika? Chyba tylko jedna – plan zniszczenia polskiego rolnictwa. Te przykłady można przecież mnożyć w nieskończoność.
Wszystko to wygląda na przebiegły plan stopniowego likwidowania polskiej wsi. Ten szkodliwy proces trwa od lat, a za rządów Donalda Tuska wyraźnie przyspieszył. Nierówność traktowania widać jaskrawo już na poziomie płatności bezpośrednich. Niemiecki rolnik może liczyć na wyższe dopłaty niż polski, a przy tym cieszy się pełną ochroną swojego państwa i płaci znacznie niższe składki. Tymczasem PSL pozostaje całkowicie głuche na wołanie o pomoc.
Konieczna natychmiastowa reakcja
Polskiej wsi są potrzebne natychmiastowe działania osłonowe i konkretne środki finansowe. Gdy po napaści Rosji na Ukrainę Polskę dotknął nagły kryzys zbożowy, rząd Prawa i Sprawiedliwości skierował do rolników aż 15 mld zł bezpośredniego wsparcia. Dziś rolnicy nie mogą liczyć nawet na merytoryczne spotkanie z ministrem. Domagają się rozwiązań systemowych, z jakich od lat korzystają producenci w Niemczech, Francji, Holandii czy Danii. Na razie po stronie rządowej nie widać żadnych konstruktywnych działań. Przeciwnie, polskie rolnictwo jest poddane silnej, niszczącej presji w absolutnie każdym wymiarze. Wygląda to tak, jakby celowo próbowano doprowadzić gospodarstwa do bankructwa i rezygnacji.
Jednocześnie coraz częściej widać nowe sposoby na omijanie prawa przez zagranicznych inwestorów, którzy usilnie próbują przejąć potencjał rolny w Polsce. A przecież – jak przezornie zwracał uwagę Prymas Tysiąclecia, kard. Stefan Wyszyński: „Siła Polski opiera się na rolnictwie, dlatego ziemia ojczysta powinna być należycie doceniona i obsłużona”.
Powrót do spółdzielczości
Istnieją procesy dziejowe i gospodarcze, które są nieodwracalne. Dramatyczną i niepowetowaną stratą byłaby całkowita zapaść rolnictwa, które stanowi polską rację stanu i jest kluczowym gwarantem bezpieczeństwa żywnościowego kraju. Obecna sytuacja wymaga natychmiastowego, odważnego i długofalowego planu ratunkowego. Co jednak zrobić, gdy obecny rząd działa na szkodę rolników i na przekór ich żywotnym interesom? Konieczne jest głębokie zrozumienie powagi sytuacji i szerokie, obywatelskie zjednoczenie.
Od kondycji rolnictwa zależy przecież nie tylko jakość naszego zdrowia i codziennego życia, lecz także suwerenność i samowystarczalność, będące filarami bezpieczeństwa indywidualnego, społecznego i państwowego. Na szczęście jako konsumenci stajemy się w tym obszarze coraz bardziej świadomi. W obliczu zalewu skażonych towarów niesprawdzonego pochodzenia musimy na nowo postawić na bezkompromisową jakość lokalnej żywności, wspierać małe gospodarstwa rodzinne i kupować bezpośrednio od krajowych producentów. Może warto posłuchać niezależnych dietetyków i przejść na naturalne odżywianie sezonowe? Zacznijmy budować alternatywne sieci dystrybucji, które na szczęście już powoli i oddolnie zaczynają powstawać.
W czasach kryzysów zawsze doskonale sprawdzała się spółdzielczość, dlatego najwyższa pora przywrócić i unowocześnić ten model w nowych odmianach i na większą skalę. Trzeba raz na zawsze odrzucić podsycaną od lat medialną narrację deprecjonującą rolników jako grupę rzekomo roszczeniową i nieprzydatną. Właśnie w taki sposób sztucznie kreuje się podziały społeczne pod późniejszy, cichy rozbiór strategicznych sektorów państwa. Pierwsze efekty tego procesu już niestety widzimy, a dalszych nietrudno się domyślić.
O kluczowym znaczeniu bezpieczeństwa żywnościowego wiedziano już w starożytności. Sun Tzu w legendarnym dziele „Sztuka wojny” pisał, że bezpieczeństwo żywnościowe to nie tylko kwestia przetrwania armii podczas wojny, lecz przede wszystkim nienaruszalna podstawa stabilności państwa w czasie pokoju. Tylko dobrze zorganizowane zaplecze aprowizacyjne pozwala państwu adekwatnie reagować na kryzysy, eliminuje wewnętrzny chaos i zapewnia ład w działaniach logistycznych. Chiński mistrz strategii ostrzegał również, by pod żadnym pozorem nie uzależniać się od długich, kosztownych i niestabilnych szlaków zaopatrzenia. Jak to możliwe, że obecny rząd, ślepo wykonując instrukcje z Brukseli i Berlina, z premedytacją łamie każdą z tych fundamentalnych przestróg?
