Eksperyment nad Wisłą i ciągłe testowanie. Bezkarność władzyEksperyment nad Wisłą i ciągłe testowanie. Zgoda na bezkarność. "Władza może tyle, na ile my jej pozwolimy"

Dominik, osadzony w areszcie chory człowiek, nie otrzymuje niezbędnego leku. Skutki? Utrata wzroku. Bo Dominik tak jak inni przed nim ma „sypać”
Gdzie kończą się granice władzy? Tam, gdzie postawią je obywatele. I nigdzie dalej. To nie banał – to fundament demokracji. Dlatego dziś jesteśmy testowani. My – społeczeństwo. Ale testowani są też oni – ministrowie, prokuratorzy, ludzie, którym Donald Tusk powierzył władzę i którzy go widzą, słuchają, obserwują i interpretują otrzymane możliwości jako zgodę na bezkarność. Granice człowieczeństwa, prawa, przyzwoitości są przesuwane każdego dnia. Eksperyment – jak nazwali to niemieccy dziennikarze w dniu zaprzysiężenia obecnego rządu – trwa. Eksperyment nad Wisłą.
Nie jest to eksperyment laboratoryjny, bez konsekwencji. Jego ofiary żyją – i umierają – wśród nas. Dominik, osadzony w areszcie chory człowiek, nie otrzymuje niezbędnego leku. Skutki? Utrata wzroku. Prokurator Zok zna dokumentację, zna diagnozy, ale nic nie robi. Bo Dominik tak jak inni przed nim ma „sypać”. Nie musi mówić prawdy, ma się złamać, tak jak próbowano złamać Pawła Szopę, którego matce grożono, oraz Annę Wójcik, której autystyczne dziecko próbowało odebrać sobie życie, gdy siedziała w areszcie wydobywczym. Przypomnijmy: sąd jej nie skazał. Ale miała sypać. Za wszelką cenę.
