Czy ukraińskie latyfundia wygrają bój o unijny rynek rolny?Czy ukraińskie latyfundia wygrają bój o unijny rynek rolny?

Kijów właśnie otrzymał zielone światło na rozpoczęcie negocjacji z Brukselą w najbardziej kontrowersyjnej dziedzinie, jaką jest rolnictwo. Nie boi się stawiać warunków ani żądać otwarcia rynku. – To większe zagrożenie niż umowa z Mercosurem – ostrzega szef rolniczej Solidarności.
Powiedzieć, że otwarcie unijnego rynku na ukraińskie produkty rolno-spożywcze to bardzo wrażliwa kwestia dla polskich i europejskich rolników, to nic nie powiedzieć. Bo w praktyce mamy do czynienia z dwoma różnymi rzeczywistościami, a różnic i dysproporcji jest tak wiele, że może się okazać, że w trakcie negocjacji nie uda się odpowiednio zabezpieczyć interesów europejskich gospodarstw. I to nawet pomimo dobrych chęci czy optymistycznych zapowiedzi komisarz ds. rozszerzenia UE Marty Kos.
Każdy, kto choć trochę uczył się geografii, wie, że Ukraina to „zbożowy spichlerz Europy” i najlepsze na kontynencie gleby – czarnoziemy. Ale indywidualne gospodarstwa rolne tam to margines, gros ziemi wykorzystują wielkie firmy – agroholdingi, nastawione na jak najwyższą produkcję. I co najważniejsze, na terenie kraju naszego wschodniego sąsiada nie obowiązują wyśrubowane unijne normy produkcji, tak dotkliwe dla polskich rolników. – Ukraina ma zupełnie inne standardy i to się szybko nie zmieni. Nie mam wątpliwości co do tego, że nie uda się tam w pełni wdrożyć norm i wymogów unijnych – przewiduje przewodniczący NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych Tomasz Obszański. I dodaje, że Unia Europejska musiałaby wprowadzić przynajmniej 15-letni, a może nawet 20-letni okres przejściowy, by można było mówić o równych możliwościach konkurowania naszego rolnictwa z ukraińskim. – Te ogromne koncerny niemieckie, francuskie, izraelskie czy amerykańskie, które tam gospodarują na wielkich połaciach ziemi, tylko czekają, by słać jak najwięcej produktów do UE – mówi nam Obszański.
