Czy nowe prawo wyleje polskie wino z legislacyjną kąpielą?Czy nowe prawo wyleje polskie wino z legislacyjną kąpielą? "Proponowana przez polityków Lewicy i Polski 2050 nowelizacja może dobić najmłodszą i najszybciej rosnącą gałąź polskiego rolnictwa"

To może być ostatni artykuł, w którym przeczytacie o polskich winnicach, radości i trudach uprawy winorośli, a informacje o lokalnych festiwalach promujących rzemieślnicze wyroby będą przekazywane wyłącznie pocztą pantoflową, o ile ktokolwiek podejmie ryzyko ich organizacji.
Rozmawiając z prowadzącymi winnice entuzjastami, można się upewnić, że nikt nie neguje potrzeby ucywilizowania rynku alkoholowego w Polsce oraz poprawienia obowiązującej od 1982 r. ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Walka z patologiami, takimi jak „małpki”, alkotubki czy agresywne promocje piwa, to argument zrozumiały dla wszystkich. W legislacyjnym zapale politycy przygotowali jednak regulacje, które rykoszetem mogą dobić najmłodszą i najszybciej rosnącą gałąź polskiego rolnictwa – winiarstwo. Jeśli nowe przepisy wejdą w życie, będziemy musieli milczeć na temat polskich winnic, a tysiące polskich plantatorów nie będzie miało jak promować i sprzedawać swoich wyrobów.
Proponowana przez polityków Lewicy i Polski 2050 nowelizacja ustawy idzie bardzo daleko w zakazach związanych z promocją alkoholu, bez względu na jego rodzaj, moc czy miejsce produkcji. Ale główny spór dotyczy pojęcia „promocji”, którą autorzy chcą zdefiniować według bardzo rygorystycznych zasad. Narasta zatem chaos interpretacyjny, bo w branżowych mediach już można przeczytać o bezwzględnym zakazie wszelkiej informacji o produkcji alkoholu, w tym wina. Promocją tego trunku może się przecież stać nie tylko reklama wielkich koncernów, lecz także degustacja w winnicy, kurs łączenia wina z potrawami czy regionalny festiwal wina. Oznacza to, że popularne imprezy promujące lokalnych producentów, takie jak Winogranie, którego siódma edycja właśnie z sukcesem zakończyła się w Zamościu, po prostu nie będą mogły się odbyć. Co więcej, samo wystawienie butelek na ladach podczas jarmarków mogłoby zostać uznane za nielegalną reklamę, zagrożoną karami sięgającymi miliona złotych oraz odpowiedzialnością karną.
Jeśli ustawodawca w swoim dążeniu do uporządkowania rynku zastosuje mechaniczne zakazy i nie wyodrębni specyfiki winiarstwa, zablokuje tę kiełkującą branżę, zanim na dobre zdąży się rozwinąć
– mówi Robert Ogór, przewodniczący Rady Fundacji Winiarnie Zamojskie oraz prezes Ambra SA.
Przeciwdziałanie patologiom, nocnej sprzedaży czy ograniczenie konsumpcji taniego alkoholu (np. poprzez politykę akcyzową) jest ze wszech miar słuszne i logiczne. Jednak rzemieślnicze winiarstwo polskie, gdy ceny butelek zaczynają się od 60 zł, nie ma nic wspólnego z obszarami takiego taniego upijania się.
Degustacja niedozwolona
Konsekwencje legislacyjnego zamieszania będą fatalne dla polskiego winiarstwa – to drugi element wyraźnie pobrzmiewający w rozmowach z winiarzami. Jeśli przepisy wejdą w życie, o polskich winnicach nie przeczytamy w prasie ani w sieci, a enoturystyka, czyli turystyka winiarska polegająca na odwiedzaniu winnic, poznawaniu regionów uprawy winorośli oraz degustacji lokalnych wyrobów, straci rację bytu. Trasy enoturystyczne czy agroturystyka bazująca na lokalnym rolnictwie zostaną skutecznie zepchnięte do szarej strefy, nie mogąc liczyć choćby na uznanie za produkty turystyczne. Nikt nie podejmie ryzyka wspierania przedsięwzięć, które mogłyby zostać podciągnięte pod „promocję alkoholu”.
