Czas się pakować, panie LiwneCzas się pakować, panie Liwne. "Nie da się już bardziej dosadnie powiedzieć dyplomacie, że powinien się pakować"

Rzadko się zdarza, by wszyscy istotni uczestnicy polskiej polityki byli tak jednoznaczni w ocenie jakiegoś zdarzenia.
Złość na poczynania ambasadora Izraela w Polsce rośnie. Pierwsze polskie reakcje na jego lekceważące oświadczenie w sprawie śmierci wolontariuszy w Gazie były dalekie od stanowczości. Nie nazwał rzeczy po imieniu ani premier Donald Tusk, ani szef MSZ Radosław Sikorski, ani nawet prezydent Andrzej Duda. To był moment, w którym wydawało się, że znów skulimy się w imię „dobrych relacji” z Jerozolimą. Ale rozzuchwalony Jakow Liwne albo nie wyczuł klimatu tego momentu, co w dyplomacji powinno być uznane za coś więcej niż błąd, albo poszedł utartym w przeszłości torem moralnej wyższości. I przesadził.
Nie od dzisiaj mamy poczucie, że w tej relacji nie ma symetrii. Że Izrael, jadąc na pamięci o ofiarach Holokaustu, tratuje wszystkich i wszystko, co napotyka po drodze. Że „ich” ofiary mają inną wartość, że da się nimi przykryć i wytłumaczyć dosłownie wszystko. A wydawałoby się, że naród tak bardzo dotknięty zbiorowym nieszczęściem powinien być bardziej świadomy tego, co niesie za sobą stawianie się wyżej od innych (z jakiegokolwiek powodu).
