Co się stało w Jarosławiu? Ukrainiec odpłaca się brutalnym morderstwemCo się stało w Jarosławiu? "Ukrainiec nie cierpi na żadne zaburzenia, lecz czasami daje się ponieść emocjom"

Mijają kolejne dni od brutalnego zabójstwa dokonanego w jarosławskim opactwie przez Ihora M., a polska opinia publiczna ciągle nie zna odpowiedzi na wiele kluczowych pytań. Sprawa jest dziwna i nieprzejrzysta, co może szkodzić relacjom polsko-ukraińskim.
Gdyby ktoś nieznający szczegółów sprawy zapytał, jaki mógł być motyw ataku ukraińskiego nożownika w jarosławskim opactwie, to pierwszą nasuwającą się odpowiedzią mogłoby być stwierdzenie, że to rosyjska prowokacja. Bo oto mamy do czynienia z Ukraińcem w wieku poborowym, który zamiast walczyć na froncie, najpierw siedział zadekowany w Niemczech, a potem – ni stąd, ni zowąd – zjawił się w Jarosławiu. Tam wtargnął do kościoła i w napadzie szału zaczął dźgać nożem napotkanych ludzi, zabijając księdza i poważnie raniąc cztery inne osoby – w tym duchowne.
W tej sekwencji zdarzeń mamy niemal wszystko, co jest konieczne, aby wywołać w Polsce falę antyukraińskich nastrojów. Jest młody Ukrainiec, który unikając wojny, korzysta z bezpiecznego schronienia w Europie, a na takich często patrzy się u nas – jak na tchórzy – z niechęcią. Tenże Ukrainiec odpłaca się potem za gościnę brutalnym morderstwem dokonanym na Polakach. Co więcej, ofiarami są osoby duchowne, a do zbrodni dochodzi na terenie kościoła, w którym pomagano uchodźcom. I żeby było jeszcze gorzej, ta ogromna tragedia rozgrywa się w podkarpackim Jarosławiu, a więc w tej części Polski, gdzie – oprócz dzisiejszych nieporozumień – ciągle żywe są dawne antyukraińskie resentymenty.
